sobota, 15 stycznia 2011

Polski samolot w Smoleńsku nie lądował.

Miało już nie być nowych postów, ale jest coś, co mnie męczy, a nie udzielam się na żadnych forach, by móc o tym porozmawiac. Może chocby tylko wyartykułowane, nazwane, uczyni mój niepokój znośniejszym.



Kapitan Arkadiusz Protasiuk nie chciał lądować "za wszelką cenę" - choc tak właśnie twierdzi MAK. Chciał odejść na drugi krąg nad lotniskiem. Jak wynika z uwag polskiej komisji do rosyjskiego raportu, nie zdążył jednak wykonać tego manewru.
Słowo: „odchodzimy” padało już w stenogramach przedstawionych przez Rosjan 1 czerwca 2010 r., jednak wypowiadał je tam drugi pilot, na14 sekund przed katastrofą, gdy samolot zszedł już poniżej 80 m od ziemi (ale w stosunku do pasa startowego był jeszcze niżej, bo leciał nad jarem o głębokości ok. 60 m).
Dziś jednak już wiemy, że eksperci fonoskopii z Centralnego Laboratorium Kryminalistyki KGP odczytali w grudniu tę samą komendę wypowiedzianą już wcześniej przez kapitana Protasiuka. W uwagach do raportu MAK czytamy: "Zgodnie z zapisem CRV [Cockpit Voice Recorder], odczytanym przez stronę polską, dowódca załogi zgłosił, po minięciu wysokości 100 metrów, że odchodzi na drugi krąg. Drugi pilot to potwierdził". A zatem owe „odchodzimy” drugiego pilota było potwierdzeniem dla wykonania manewru.

Komisja badania wypadków lotniczych jednocześnie zastrzega: "brak jest jednak (...) zdecydowanej komendy inicjującej ten proces" (przerwania zniżania).
Nie oznacza to, że kapitan nie wykonywał tego manewru, na co mogą wskazywać kolejne opinie przedstawione przez komisję:
- "załoga rozpoczęła procedurę odejścia na drugi krąg"; - "załoga próbowała - nieskutecznie - przerwać podejście"; - "była to realizacja spóźnionej procedury odejścia na drugi krąg" (w ostatnim przypadku chodzi o "zerwanie" autopilota).
Natomiast MAK w raporcie napisał jednoznacznie, że "decyzji dowódcy statku powietrznego o odejściu na drugi krąg nie było".

I teraz pojawia się kilka bardzo poważnych wątpliwości. Uwaga, że decyzję „odchodzimy” zarejestrowano na wysokości 100 metrów, jest niezwykle istotna. Jest to bowiem tzw. „wysokość decyzji”, czyli wysokość, na której zgodnie z przepisami pilot miał zdecydować, czy ląduje, czy odchodzi na drugi krąg. Wcześniej kierownik lotów z wieży w Smoleńsku wydał komendę pozwalającą zejść samolotowi na tę właśnie wysokość. Jednocześnie decyzja ta zapadła na 2400 m od progu pasa. Było to na 22 sekundy przed katastrofą. TAWS po raz pierwszy zaalarmował komendą „pull up” („w górę”) o półtorej sekundy później.
Mimo iż, Polska proponowała MAK przed publikacją raportu swoją ekspertyzę, komisja jej nie wykorzystała. W raporcie napisano, że "decyzji dowódcy statku powietrznego o odejściu na drugi krąg nie było". Według raportu MAK pilot "zerwał" wolantem autopilota i automat ciągu dopiero "w momencie pierwszego zderzenia z przeszkodą". Polska strona natomiast pisze, że autopilot i automat ciągu wyłączone zostały sekundę wcześniej. I że nie było to "instynktowne działanie załogi" ani reakcja na przeszkodę (drzewa), której nie widzieli.

Do tej pory nie udało się ustalić dlaczego mimo, że kapitan Protasiuk podjął na czas decyzję o odejściu na drugi krąg, samolot uderzył w ziemię. Jest to tym dziwniejsze, że w polskich uwagach czytamy również, iż "nieudaną procedurę odejścia na drugi krąg" potwierdzają "zarejestrowane ruchy wolantu". Tak więc próbowano wykonać manewr odejścia, ale coś temu przeszkodziło.
Dlaczego manewr się nie udał? Tego nie wiadomo. Jeśli przyczyna leży w samym oprzyrządowaniu samolotu (uszkodzonego przypadkiem lub celowo), to najpewniej prawdy nigdy nie poznamy. Nie po to samolot został przez Rosjan pocięty na kawałki, by chronić ewentualne dowody. Rzecz charakterystyczna, że strona rosyjska od początku próbowała obciążyć cała wina polskich pilotów. Pamiętam, że już w pierwszym swoim wystąpieniu Anodina podkreślała zbyt pobieżne ich wyszkolenie i zbyt małą ilość wylatanych godzin.

Ja jestem wychowana w PRL-u i mam we krwi, że czym bardziej oficjel sowiecki lansuje jakąś tezę, tym bardziej nie ma ona nic wspólnego z rzeczywistością. I ta moja wyćwiczona nieufność zawsze po jakimś czasie okazywała się być jedyną słuszną postawą.
Tak więc już wtedy uderzyła mnie ta powtarzana z niezwykłym naciskiem teza.
Dziś jeszcze bardziej nie daje mi to spokoju. Mam nieodparte wrażenie, że kluczem do wytłumaczenia tej zagadki – dlaczego podjęty w porę manewr odejścia się nie powiódł, jest owa wysokość 100 metrów. Męczy mnie to tym bardziej w kontekście słów wypowiedzianych przez obecnego na wieży zwierzchnika kontrolera lotów - płk Nikołaj Krasnokutskiego: „Doprowadzamy do 100 m, 100 m i koniec rozmowy".
DLACZEGO? Co miało się stać na tych 100 metrach?
Dlaczego trzeba było ściągnąć polski samolot na tę wysokość i co ona miała spowodować?
Dlaczego kontroler Plusnin celowo zaniżał wysokość, jakby chciał, by tutka odleciała ZANIM jeszcze osiągnie ten pułap 100m? Co dokładnie chciał przekazać Paweł Plusnin,
gdy powiedział dziennikarzom tvn, że „zrobił wszystko, żeby do tego nie dopuścić”.
I jakie informacje kryje meldunek Nikołaja Krasnokutskiego do nieznanego rosyjskiego generała: "Towarzyszu generale, do trawersu podchodzi. Wszystko włączone, i reflektory na dzień, wszystko włączone"?


Już po opublikowaniu tego postu natrafiłam na jeszcze jedną ciekawostkę dotyczącą zafałszowania stenogramów. Wypływają z niej bardzo ciekawe wnioski. Warto przeczytać:

http://tl.gd/85v7kf

sobota, 1 stycznia 2011

Już czas






















To miejsce narodziło się 1 listopada 2007 roku. Nie liczyłam tutaj na częste odwiedziny tym bardziej, że pisałam wtedy także w miejscach znacznie bardziej gwarnych i uczęszczanych.
Nie miało być to zatem forum wymiany myśli; była to moja własna „kropla wolności”.
I właściwie tak pozostało do dziś. Ja przez ten czas odnalazłam się raczej w roli biernego obserwatora sieci, niż jego aktywnego uczestnika. Moje myśli nie wydają mi się aż tak cenne, bym koniecznie musiała je oznajmić całemu światu. Podobno też nie są specjalnie odkrywcze czy oryginalne. Tak przynajmniej twierdzą ci, którzy mi dobrze życzą. Więc nie mam powodu w to nie wierzyć. Kiedyś lubiłam pisać – choćby dla samej siebie. Dziś najwyraźniej mi już nie sprawia to przyjemności. Dlatego – już czas. Blog przeżył trzy lata i pozostanie tak zawieszony w wirtualnej przestrzeni. Wolę odchodzić zamykając za sobą drzwi, niż niszczyć do „gołej ziemi”. Więc niech sobie tu gdzieś trwa. To tylko moja droga prowadzi gdzie indziej. Więc mijam i idę dalej.





Dziś jest Nowy Rok i podobno spełniają się życzenia. Na sam koniec mojego tu chwilowego pobytu zostawiam zatem jedno dla świata. Oby nikt na świecie nie musiał już być samotny.
Niech każdy odnajdzie choćby jedną bratnią duszę, która go zrozumie i zaakceptuje dokładnie takim, jakim jest.

No i co z tego, że to niemożliwe? Cuda się zdarzają...

czwartek, 30 grudnia 2010

Noworoczne życzenia













Tym, którzy tu zabłądzą,
życzę w Nowym Roku wiele zdrowia,
szczęścia do ludzi spotkanych na swojej drodze
i radości życia pozwalającej docenić to, co przyniesie los.
A wszystko inne stanie się samo :)

środa, 29 grudnia 2010

Odnalezione dziecko albo - być sobą.


Chodziło mi od pewnego już czasu po głowie powiedzenie jakiejś polskiej bajkopisarki
o tym, jak odnaleźć w sobie dziecko. I dziś znalazłam w sieci jej receptę: „Sięgnąć w miejsca dawno już zapomniane, zakopane gdzieś w niepamięci, trudne do weryfikacji w świecie dorosłych. Gdyby szukać metafory, to pisanie dla dzieci jest jak przypominanie sobie z trudem snu, który, o czym wiemy, był dla nas bardzo istotny”.
Pisanie dla dzieci.....
To szczególny dar, jeśli potrafi się go wykorzystać.
Ale mnie potrzebne było coś innego. Choć do dziś nawet nie wiedziałam jak bardzo potrzebne. Coś dla mnie samej. Dla nikogo innego. Dla mojego wewnętrznego dziecka, które w ostatnich latach tak bardzo zaniedbałam, że ze szczętem o nim zdołałam zapomnieć. Nikt go nie przywoływał, nikt za nim nie tęsknił. Nawet ja sama. Nikomu nie było potrzebne.
I nagle postanowiło o sobie przypomnieć.

Wychodziłam dziś z pracy jako kobieta – nazwijmy to delikatnie – w średnim wieku, zmęczona podróżą (dopiero co wróciłam ze świątecznych wojaży, do tego pociąg miał nieliche spóźnienie) i mało przyjemną koniecznością pojawienia się w pracy niemal tuż po wyjściu z pociągu. Do tego bagaże były wyjątkowo ciężkie, a ja mam poważne problemy z jedną ręką. Czułam się stara, chora i zmęczona i zastanawiałam się czy nie mądrzej byłoby w ogóle dziś nie wracać do domu, skoro od rana znów będę musiała brnąć przez śnieg do pracy.


Zamknęłam za sobą drzwi, wyszłam na zewnątrz i... wpadłam w mroźną ciemność.
Wiatr sypnął mi w oczy śniegiem, więc z niechęcią zacisnęłam powieki. I nagle jakoś wszystko ucichło. Poczułam nieledwie ciepłe płatki śniegu osiadające mi na rzęsach i ostrożnie otworzyłam oczy...
Nie zobaczyłam zwykłej ulicy, ale najprawdziwszą bajkę. Biało-srebrzyste płatki wirowały leniwie w świetle latarń, śnieg skrzypiał przy każdym kroku i przepięknie skrzył się niczym posypany prawdziwymi brylantami.
Pamiętam taką zimową baśń z dzieciństwa. Albo potem już jej nigdy nie było, albo jakoś przestałam ją zauważać. A ona jest J Jest nie mniej prawdziwa niż moje zwykłe, czasem niezbyt łatwe życie. Jest... i czeka aż po raz kolejny ją zauważę. Czasem musi czekać bardzo długo, ale dopóki jest cień szansy, że znów się kiedyś mnie doczeka – jest też cień szansy i dla mnie. Że nie zapomnę bezpowrotnie o tym, co dobre, piękne, mądre...
Dziś po raz kolejny udało mi się przypomnieć sobie mój sen, w którym trwają wiecznie Wiara... Nadzieja... Miłość...


I to był pierwszy krok, by przypomnieć sobie jeszcze coś: „Zanim poznasz kogoś, upewnij się, że znasz siebie i że nie będziesz chciał być taki jak on chce, ale będziesz sobą”.
Dlaczego? „Bo „NIE" wypowiedziane bez lęku może być lepsze i ważniejsze, aniżeli "TAK" wypowiedziane tylko po to, żeby kogoś zadowolić lub, co gorsza, by uniknąć kłopotów.”
(Mahatma Gandhi).



Tak.... dziecko to bardzo krucha istota....

niedziela, 28 listopada 2010

Na tle


Coś nam się chyba bardzo ostatnio rzeczywistość zrelatywizowała. Jeśli próbuję kogoś lub coś poddać krytyce, zwracając na przykład uwagę, że tekst dobry, ale wszak czytałam już lepsze, albo że ktoś mógłby wypowiadać się w sposób nieco bardziej przemyślany, słyszę natychmiast: - No co ty! Przecież na tle tych wszystkich innych tekstów... Albo – Na tle swoich kolegów to on i tak wypada doskonale.

Zatem, by zachować niezmącony dobry humor, porównujmy nieustannie. Niech tło stanie się dla nas nieodzownym elementem postrzegania rzeczywistości. Ba! Skupmy się głównie na nim. Szczególnie na tym najmniej udanym. Nasi starsi bracia w wierze wiedzieli to już zresztą od dawna, czego przykładem jest mądry rabin, który skarżącemu się na ciasnotę własnego mieszkania Żydowi poradził kupno kozy. Rada była słuszna, bo tłok bez kozy na tle tłoku z kozą nagle wydał się całkiem znośny. My sami wiemy doskonale, że aby mężczyzna był atrakcyjny wystarczy, że postawi się go na tle diabła.

Zamiast więc kręcić nosem na to, że nie lubimy krupniku, przypomnijmy sobie, że na tle takiej czerniny krupnik wypada całkiem znośnie. Mortadela na tle pedigree pal przypomina nawet wędlinę, a niejaki Błaszczak, porównany dajmy na to z posłem Suskim, wypada niemal rozumnie. Jeśli więc coś nam się wyraźnie nie podoba, to najpewniej wina leży po stronie źle dobranego tła.

Może więc warto postarać się o jakieś tło przenośne, które zawsze można by mieć przy sobie. Ot – choćby takie, jak to na obrazku. Na tle takiego tła świat od razu powinien nam się wydać znośniejszy.

sobota, 27 listopada 2010

Zimowo


Od zawsze wydawało mi się, że nie lubię zimy. Gdyby ktoś mnie spytał, jak wyobrażam sobie mój prywatny raj, to na pewno odmalowałabym mu zielone palmy, turkusowy szumiący ocean, trochę białych skał i słońce, słońce, słońce. Mnie wystarczyłby hamak zawieszony w półcieniu, leciutki wietrzyk, zimny napój z kostkami lodu w wielkiej szklance i olbrzymi kosz wszelkich możliwych owoców. A jeśli to marzenie okazałoby się zbyt wygórowane, to w zasadzie wystarczyłby mi także las i jezioro.
I dużo trawy do siedzenia, poprzetykanej gdzieniegdzie stokrotkami dla ozdoby i poziomkami dla smaku.

Zima kojarzyła mi się jedynie z okresem, który trzeba przetrwać, zaciskając mocno zęby, by nie dać się przenikliwemu zimnu i zamykając mocno oczy, by nie widzieć codziennie tej kilkunastogodzinnej ciemności, a móc sobie wyobrazić słońce, motyle i zieleń. Zima była tym, co należało przeżyć, by w nagrodę znów móc cieszyć się wiosną, zachłystywać latem i smakować jesień.

I tak było co roku.... aż do pierwszego śniegu, który budził we mnie najlepsze wspomnienia i przenosił w czasy dzieciństwa, przywołując pamięć zapachu pieczonych pierników, świeżego igliwia i wypastowanych podłóg. Śnieg skrzył się i skrzypiał pod stopami, a w świetle latarni kołowały olbrzymie, białe płatki zupełnie tak samo, jak wiele lat temu. Ożywały w pamięci wyraziste postaci tych, którzy już dawno odeszli – Babuni i Dziadunia. Widziałam też siebie samą, siedzącą na puszystym dywanie i z niepokojem czekającą na Świętego Mikołaja. Było tak dobrze, tak ciepło, tak bezpiecznie i była miłość wokół.

Całe lata później na dywanie siedziały moje córeczki – dwa jasnowłose i szarookie stworzenia z ufnością czekające na wizytę Świętego Mikołaja i męczące mnie, by ułożyć wierszyk na jego cześć. No dobra. Ułożymy go razem. I wierszyk powstał.
Dziś ma już dwadzieścia lat.

W górze pierwsza gwiazdka świeci
jak lodu kryształki.
Przy choince siedzą dzieci
nucąc pastorałki.


Pada biały śnieg na drzewa,
szron okrył stodoły
- tu gromadka dzieci śpiewa
przy drzewku wesołym.


Świeczka małym oczkiem mruga:
Mamo! Dzieci wołaj!
Tam na niebie szara smuga
- to przybył Mikołaj.


Renifery ciągną sanie,
przytupują nóżką,
a Mikołaj wielki worek
taszczy wąską dróżką.

Zdejmij czapkę, usiądź z nami,
ogrzej się troszeczkę.
Obdarzeni prezentami
zanucim piosneczkę.


Renifery szarpią sanie,
dzwonią dzwoneczkami.
- Muszę też do innych dzieci
zdążyć z prezentami.


Już go nie ma. Świeczka mruga.
Patrzymy na siebie.
Tylko mała, szara smuga
została na niebie.


I znów w pobliżu była miłość. Tym razem moja własna. Uważna i czuwająca by nic złego nikomu się nie stało i by dom rodzinny na zawsze zapadł w dziecięcą pamięć. Jak ten mój dawny.

Ale była też inna miłość i ktoś, kto pojawił się właśnie zimą. Dziś myślę, że to najbardziej odpowiednia pora na miłość, bo kiedy bardziej potrzebuje się ciepła drugiej ludzkiej dłoni, niż w środku zimy?

Czas jest nieubłagany. Wszystko, co jest naszą teraźniejszością, zamienia we wspomnienia, choćbyśmy nie wiadomo jak mocno pragnęli, by ta teraźniejszość została z nami na zawsze.
Mam taki jeden wymarzony prezent, którego nigdy nie przyniósł mi żaden Święty Mikołaj.
Widocznie żaden nie wierzył, że aż tak bardzo może mi na nim zależeć. A dziś pragnę go bardziej niż kiedykolwiek przedtem. To szklana kula z zatopiona w środku niewielką wioską z cichym kościółkiem, sypiąca śniegiem, gdy się nią potrząśnie. Dziś na widok pierwszego śniegu marzę by wraz z moimi wspomnieniami znaleźć się w środku tej szklanej kuli, bo może tam potrafiłabym jeszcze tchnąć w nie życie...

Człowieku


Ten mail przyszedł do mnie kilka lat temu. Nie pamiętam już ani kiedy, ani też od kogo. Dziś znalazłam go zachowanego gdzieś
w zakamarkach komputera...



Kochany człowieku !
Obiecaj mi, że nie pozwolisz, by świat zabił w Tobie marzenia. Proszę obiecaj ...
Spotkasz ludzi, którzy wyśmieją Cię, zadrwią z każdej Twojej myśli, będą Ci mówić, że jesteś głupi, że dla Takich jak Ty nie ma miejsca. Nie wierz im. Oni w głębi duszy nadal marzą, tylko tak bardzo się boją. Ty trzymaj się swoich chmur, nie bój się. Marzenia spełnią się.
Obiecaj mi, że będziesz wytrwały. Wiem, że będzie Ci ciężko, wiele razy upadniesz, niekiedy nawet bardzo boleśnie. Trzeba będzie czasu, by rany się zagoiły, ale zobaczysz - zagoją się.
Pewnego dnia życie zburzy Twe plany, zawali się coś, co tak długo budowałeś.
Wydawać Ci się będzie, że to koniec, że nie dasz rady. Siedź wtedy i płacz, ale potem podnieś głowę i wstań. Zobaczysz, że to jeszcze nie koniec.
Zaczniesz od nowa.
Obiecaj mi, że będziesz szukać. Bo przyjdzie taki dzień, kiedy będziesz czuł się najsamotniejszym człowiekiem na ziemi, gdy nikt nie zrozumie. I zgasną wszystkie światła, stanie się noc. Popatrz wtedy w niebo, przeczekaj tę noc, patrząc na gwiazdy.
A potem wyjdź na ulicę i poszukaj. Zawsze jest ktoś, komu trzeba pomóc, kogo tylko Ty możesz odszukać, bo wiesz co to prawdziwa samotność.
Obiecaj, że nigdy nie będziesz egoistą. I gdy pewnego ranka obudzisz się, a jedynym Twoim pragnieniem będzie, by nie wstać, leż, ile chcesz, ale o dwunastej wstań, by podlać kwiaty, bo bez Ciebie zginą.
Obiecaj mi, że zawsze będziesz kochać. A gdy przyjdzie taki dzień, kiedy świat się zawali, bo ktoś odejdzie z Twego życia, pozwól mu odejść. Bez płaczu, bez niepotrzebnych słów. Spokojnie. Dopij kawę i oddaj swój czas komuś, dla kogo było Ci do tej pory szkoda. Pozwól, by inni ludzie zaznali Twej miłości.
Obiecaj mi, że zawsze będziesz sobą. A będą Cię chcieli zmieniać w imię miłości, przyjaźni, rozsądku... Nie pozwól. Wiesz przecież ... że Twoje serce wie, jak naprawdę żyć.
Obiecaj sobie to wszystko i idź. Żyj !

sobota, 13 listopada 2010

Agresywna tolerancja


Ogłuszający gwizd skutecznie zagłuszał hasła wykrzykiwane przez narodowców: "Bóg, honor i ojczyzna", "Wolna Polska niepodległa" i "Wielka Polska narodowa"- tak pisała z dumą Gazeta Wyborcza 11 listopada wieczorem. Jak bardzo trzeba być bezrefleksyjnym i pozbawionym poczucia narodowej tożsamości, jak bardzo trzeba być oderwanym od swojej Ojczyzny i swoich korzeni, by móc napisać coś takiego?

Gazeta Wyborcza w osobie Seweryna Blumsztajna nie po raz pierwszy już, ale tym razem nad wyraz skutecznie, pokazała czym tak naprawdę jest mowa nienawiści i do czego potrafi ona doprowadzić. Nie po raz pierwszy, bo Blumsztajn pisał już dokładnie rok temu: „Na ulicach Warszawy, po raz kolejny, odbywa się praktyczna dyskusja o kształcie polskiego patriotyzmu. Pod pomnik Romana Dmowskiego maszeruje ONR - młodzi ludzie bez żenady odwołujący się do tradycji polskiego faszyzmu. Przeciwko nim protestuje lewicowa młodzież, też przywołująca hasła z lat 30., ale zupełnie inne: "Faszyzm nie przejdzie" czy "No pasaran". [...]Grupka młodzieży ścigająca się z policją, żeby zablokować faszystowski pochód, to byli najważniejsi bohaterowie naszego narodowego święta. Wielu z nich uważa się za anarchistów i nie wierzy w jakiekolwiek państwo, wielu zrażonych nieustanną bogoojczyźnianą celebrą nie uważa się za patriotów. Chcą być obywatelami świata.
To oni jednak uratowali polski honor w dniu narodowego święta. Jedyni, którzy odważyli się splunąć w najgorszą z polskich twarzy”.
To swoje wyznanie Blumsztajn zatytułował: ”Moi narodowi bohaterowie”. Narodowi??? Przecież Naród to podobno pojęcie, które powinno zniknąć z współczesnego słownika. Że przesadzam? Ależ skądże. Przypominam sobie jedynie wypowiedź jednego z tegorocznych młodych „bohaterów narodowych”, który wyjaśnił dziennikarce, że w dzisiejszych czasach „takie pseudowartości jak naród nie mają prawa bytu”.

Młodzi, wykształceni, z wielkiego miasta, zachęceni przez redaktora Blumsztajna i GW, łamali prawo, okazując w ten sposób swoją postępowość i umiłowanie tolerancji oraz zrozumienie zasad obowiązujących w demokratycznym państwie. Wielu z nich robiło to z twarzami ukrytymi w kominiarkach. Podobnie zamaskowani obrońcy tolerancji wkroczyli do pociągu relacji Bydgoszcz-Białystok przed stacją w Sochaczewie, gdzie skatowali przy pomocy młotków i pałek drewnianych trzech mężczyzn z ONR udających się na manifestację do Warszawy.

Po zakończeniu marszu i kontrdemonstracji rzecznik komendanta stołecznej policji Maciej Karczyński powiedział, że demonstracje zabezpieczało kilkuset policjantów. - Zatrzymaliśmy 33 osoby, te najbardziej agresywne, które zaatakowały bądź policjantów, bądź inne osoby. Poleciały w naszą stronę m.in. kamienie.

Wśród zatrzymanych znalazł się działacz gejowski – Robert Biedroń, co wzbudza niejakie zdumienie i każe przytaknąć spostrzeżeniu wyrażonemu przez Pawła Kukiza: „... środowiska lewackie, gejowskie i anarchistyczne postanowiły zrobić kontrmanifestację, chociaż nie przypominam sobie, żeby o niepodległość Polski walczył jakiś pułk pod tęczowym sztandarem”.

Seweryn Blumsztajn, publikując swoje tegoroczne wezwanie w GW, powinien wiedzieć,
że prowokuje eskalację zachowań agresywnych i przemocy: „Twoim zadaniem jest dotrzeć
na trasę przemarszu ONR i Młodzieży Wszechpolskiej i wygwizdać ich. Możesz iść chodnikiem, gwiżdżąc na narodowców, lub dołączyć się do blokujących trasę marszu.
To ostatnie jest zakazane, więc narażasz się na siłową interwencję policji.
Po pierwsze, będzie zimno, a nawet może padać deszcz - ubierz się ciepło.
Po drugie, policja ma gdzieś twoje prawo do gwizdania na chodniku. Jej zadaniem jest przepędzić jak najszybciej i bez awantur narodowców na plac Na Rozdrożu. Nie będą sprawdzali, czy narodowcy heilują i co skandują, raczej będą próbowali nie dopuścić
cię na trasę przemarszu.
Po trzecie, jeśli nie uda ci się przedrzeć w pobliże maszerujących, pamiętaj: oni muszą dotrzeć pod pomnik swojego patrona Romana Dmowskiego na placu Na Rozdrożu.
Czekaj na nich tam.
I nie denerwuj się, wszystko będzie dobrze. Masz przecież prawo do obywatelskiego gwizdu.
Czekamy na ciebie z gwizdkami na rogu Miodowej i Krakowskiego Przedmieścia oraz pod kościołem św. Anny.
Reszta należy do ciebie.”


Czy Gazeta Wyborcza i naczelny redaktor jej wersji Stołecznej odpowie za podżeganie do przemocy? Pytanie retoryczne.

Jednym z najobrzydliwszych incydentów było wystawienie w kontrmanifestacji ludzi przebranych w obozowe pasiaki. Czy dowiemy się czyj to pomysł?

Zwykle kończę notki jakąś pointą. Dziś mojej własnej nie będzie. Wyręczę się Pawłem Kukizem, bo nie potrafiłabym tego powiedzieć lepiej.


„Mam poglądy prawicowe i ten marsz był dla mnie swoistego rodzaju odtrutką na bezideowość i skundlenie obyczajów, jakie widzę w SLD i, niestety, w mojej - kiedyś - Platformie Obywatelskiej, która coraz bardziej mentalnie do SLD się upodabnia.

Wolę prawicę, nawet jeśli jest czasem śmieszna (bo takie było kwestionowanie ewolucji) niż totalną i bezrefleksyjną bezideowość lewicy. Nikomu z tych chłopców, którzy szli we wczorajszym marszu, nie przyszłoby do głowy, żeby wywracać krzyże na cmentarzach albo niszczyć pomnik przy Pawiaku. Ba, nie wpadliby na pewno, żeby gwizdem i zadymami okazywać pogardę celebrującym Święto Niepodległości własnego kraju. Zwłaszcza tak ciężko historycznie doświadczonego”.

niedziela, 3 października 2010

Oni zyja w nas

Pamiętaj: nie wolno ci zwątpić w wolność,
co przyjdzie, choćbyś padł.
Pamiętaj, że na ciebie patrzy
ogromny, zdumiony świat
I wiedz, że krokiem w nędznym bucie
jak pomnik dziś w historię wrastasz.
I wiedz, że w sercu twoim bije
uparte serce twego miasta.




- Trzeba nam teraz umierać, by Polska umiała znów żyć – powiedział Krzysztof Kamil Baczyński.
Powstanie Warszawskie było największą bitwą, stoczoną przez organizację podziemną, z wojskami okupacyjnymi w historii świata. Nigdy przedtem ani nigdy potem nie nastąpił taki masowy, a zarazem zorganizowany zryw patriotyczny w celu zachowania niepodległości.

Sierpień i wrzesień... szczególny czas. Od lat nie wyobrażam już sobie, bym mogła 1 sierpnia o godzinie 17.00 być gdziekolwiek indziej, niż na warszawskiej ulicy. Od lat też w tym czasie przybywa co roku w jakimś miejscu w sieci mój kolejny tekst o tamtych dniach. Kolejny mały ślad nieprzemijającej pamięci i wdzięczności. Dopóki życia starczy...

Co roku, w ten szczególny czas, próbuję sobie wyobrazić czym żyli ci młodzi ludzie, co czuli w tamtych dniach – dniach strasznych, ale i zarazem pełnych nadziei. Po raz kolejny wpatruję się w ich młode twarze utrwalone na kilkunastu, może kilkudziesięciu fotografiach, próbując z nich wyczytać coś więcej, niż to, co już znam na pamięć. Ich rysy – tylekroć oglądane, wydają mi się bliskie niczym twarze osób z rodziny. Są jak moi bracia i siostry. Bliscy jak mało kto, choć przecież nigdy nie widziani za swojego krótkiego życia.
A potem próbuję sobie wyobrazić, co czuli ich rodzice, którzy od małego wpajali im miłość do ojczyzny i w zgodzie z etosem inteligenckim tłumaczyli, jak należy rozumieć powinności wobec swojego kraju i służbę dla niego. Co czuli, gdy ich dzieci, wierne tym naukom, położyły bez wahania swoje życie na szali walki o wolność. I przypominam sobie zdanie z pamiętnika Jadwigi Romockiej – matki dwóch synów – Andrzeja „Morro” i Janka „Bonawentury”: „I przyjm, o Boże, który widzisz wszystko – moje "Tak, Ojcze" za te nasze dzieci polskie”.

Na świecie widzą nas, Polaków, jako naród miłujący wolność, bo walczyliśmy nie tylko o siebie, ale na wszystkich kontynentach, gdzie tylko podejmowano walkę o wolność.
Po wojnie, Franklin Delano Roosevelt powiedział: „Bohaterski opór, jaki naród polski stawiał w ostatnich dwóch latach, jest natchnieniem nie tylko dla Ameryki, ale dla wszystkich ludów miłujących wolność”. Jednak my sami co roku wracamy do tego samego pytania – czy Powstanie Warszawskie miało sens? A ja co roku czuję się nim poirytowana. Bo o jaki sens tu chodzi? Jeśli czysto arytmetyczny, to nie miało żadnego. Tak samo, jak żadnego sensu arytmetycznego nie ma posiadanie dzieci i nikt nie decyduje się na nie dla osiągnięcia wymiernych korzyści. Prawdy arytmetyczne obowiązują bowiem jedynie w dziedzinie tego, co policzalne. Nie da się policzyć miłości, troski, poświęcenia, oddania, bliskości. Nie da się policzyć wolności, honoru, dumy, przywiązania do własnej tradycji czy poczucia tożsamości.

Fragment z wychodzącego w czasie okupacji konspiracyjnego „Biuletynu Informacyjnego”: „W czymże tkwi ta moc, ta siła, która po huraganowej nawale ognia nieprzyjacielskiego potrafi osadzić na miejscu szturmujące czołgi i posuwającą się za nimi piechotę? (...) prawda jest tylko ta: na Starym mieście walczą najcudowniejsi żołnierze, jakich wydało nasze pokolenie.(...) Stare Miasto – serce Powstańczej Warszawy – krwawi, płonie i walczy. (...) Ale wśród tylu ruin i zgliszcz zasiane zostały ziarna takiej mocy, piękna i wielkości – ze plony z nich umacniać będą polską duszę przez wieki całe”.

I te ziarna zostały zasiane. Runęły imperia, zmieniły się ustroje, przetrwaliśmy czas pozbawiony wszelkiej nadziei. Może także i dzięki temu, że nigdy nie ograniczyliśmy się li tylko do chłodnej kalkulacji, że w głębi naszych serc pielęgnowaliśmy te koła ratunkowe, jakie oni kiedyś nam rzucili – wierność i nadzieję. Jeśli nawet wartości, którymi oni żyli, nie są dziś widoczne na każdym kroku w sposób oczywisty, to jednak podskórnie tętnią w naszych żyłach, wyznaczają i definiują także nasze życie.
„Odgarniajmy ziemię, ocalajmy pamięć o nich, odnajdujmy tych, którzy przeżyli, niech nam pomogą znaleźć własną drogę we własnym kraju”.

„Z przeszłości naszej możemy czerpać ostrzeżenie na przyszłość. Ziemi ojczystej trzeba zawsze bronić, a bronić jej można wtedy, gdy tkwimy w niej korzeniami jak drzewa. Nie tylko armia broni terenów ojczystych, ale i ludzie, którzy na niej żyją - jak trawy wśród jałowców i gęstych lasów - bronią jej nienaruszalności”.

66 lat temu, 3 października, Powstanie Warszawskie upadło.
Ale oni trwają. Warszawskie dzieci. Żyją w nas.






cytaty zaczerpnięte z książki Aleksandra Kamińskiego „Zośka i Parasol”

sobota, 25 września 2010

W tym szaleństwie jest metoda






To be, or not to be: that is the question



Najbardziej widocznym symptomem szaleństwa jest zachowanie przeczące zdrowemu rozsądkowi. Jako takie, jest ono zwykle oceniane negatywnie. Wyjątkiem był tu okres romantyzmu, w którym szaleństwo zyskało specyficzny walor poznawczy, jako środek zbliżający do rzeczywistości duchowej i prowadzący ku doznaniom mistycznym.
Generalnie jednak uznanie czyjegoś obłędu było stosunkowo prostym i skutecznym sposobem wykluczenia go ze społeczeństwa. W średniowieczu wysyłano szaleńców w morze, wsadzając ich na tzw. statek głupców, oddając pod opiekę marynarzy, którzy wysadzali ich gdzieś po drodze lub powierzając ich grupom pielgrzymów lub kupcom wyruszającym w daleką drogę.
W XVII-wiecznej Europie, w ruchu, który Foucault nazwał Wielkim Uwięzieniem, członkowie populacji "pozbawieni rozumu" byli zamykani i instytucjonalizowani. W XVIII stuleciu zaczęto traktować szaleństwo jako przeciwieństwo Rozsądku, i ostatecznie w XIX wieku jako chorobę psychiczną. Już w czasach napoleońskich odkryto, iż uznanie za obłąkanego i osadzenie w miejscu odosobnienia jest nie mniej skutecznym sposobem pozbycia się przeciwnika politycznego, niż zamknięcie go w zwykłym więzieniu. Jednak zamknięcie w „psychuszce” jako akceptowaną metodę walki z ludźmi niewygodnymi dla władzy, uznaje się za wynalazek sowiecki. Pierwszym dokumentem, w którym psychiatrię potraktowano jako sposób ochrony władzy przed społeczeństwem, był kodeks karny ZSRR z 1926 r. Jego autorzy zdecydowali się stosować wobec osób niebezpiecznych, obok rozstrzelania lub łagru, działania „medyczno-pedagogiczne”, czyli przymusowe leczenie psychiatryczne. Od 1945 r. o skierowaniu na przymusowe leczenie decydował sąd lub Kolegium Specjalne przy NKWD.
Z drugiej strony, celowo manifestowane szaleństwo może być doskonałym sposobem na ukrycie prawdziwych myśli i zamiarów, co uosabia choćby stworzony przez Wiliama Szekspira - Hamlet.
Granica między zdrowiem a psychiczną chorobą jest więc dosyć umowna i w każdej epoce nieco inaczej przebiega. Można także mówić o „grupach zwiększonego ryzyka”, do których
z jednej strony należałoby zaliczyć artystów, a z drugiej – władców. Szaleństwo artystów daje się łatwo tłumaczyć pewną nadwrażliwością i może prowadzić do powstawania wielkich dzieł. Szaleństwo władców to nieszczęście dla poddanych, manifestujące się zwykle w eskalacji poczucia władzy i bezkarności. Niestety, szaleństwo władców bywało dziedziczne. Znany jest na przykład przypadek Ludwika II Bawarskiego, którego brat również był niespełna rozumu, a jego ciotką osoba przekonana, że połknęła fortepian. Wielu współczesnych badaczy uważa jednak, że nietypowe zachowania bawarskiego króla nie wynikały z obłędu, lecz stresu i problemów nieodłącznie związanych ze sprawowaniem władzy przez wrażliwą jednostkę. Cesarzowa Austrii Elżbieta (Sissy), do końca życia twierdziła, że Ludwik nie był szalony, ale był marzycielem w koronie, który wraz z wiekiem coraz bardziej się izolował i żył oderwany od realnego życia. W swojej grocie Wenus pływał łódką w kształcie muszli, a gdy przebrany służący ciągnął ją po jeziorze, w tle słychać było muzykę Wagnera. Ludwika uznano za niepoczytalnego, gdy realizując swoje bajkowe pałace, wpędził Bawarię w ogromne długi. Dziś ta sama Bawaria na tychże pałacach robi kokosowe interesy, a sam tylko pałac Neuschwanstein odwiedza rocznie ponad 1,5 miliona turystów.
Zatem szaleniec czy ktoś niewygodny dla istniejącego status quo? Wariat czy ktoś, czyje postępowanie wymyka się przaśnemu, „zdroworozsądkowemu” myśleniu?


We współczesnym języku określenia związane ze słowem "szaleństwo" często mają pozytywne konotacje - uważa prof. Jerzy Bralczyk, językoznawca. - Mówimy o szaleńcach bożych, o szaleńcach naukowcach, którzy próbują wprowadzać nowe, czasem trudne do wyobrażenia idee. Szaleniec to zatem nie tylko dziwak, ekscentryk, ale równie dobrze ktoś odważny. Kontekst chorobowy traci tu sens. Szaleństwo przeobraża się w odwagę, w tym także odwagę głoszenia własnych poglądów, wariactwo - w luz, zabawę czy nie skrępowaną swobodę, zaś obłęd w wyższe, tajemnicze, mistyczne rejony.

Każdy z nas preferuje, by w środowisku, gdzie przebywa, a w szczególności w środowisku, w którym pracuje, znajdowali się ludzie rozsądni, zdrowo myślący, wyważeni. Współczesność nauczyła nas kalkulacji własnych strat i zysków, rozumowego podejścia do spraw, a przede wszystkim spojrzenia na zaistniałą sytuację przez pryzmat własnych zabezpieczeń, tak aby nic nie stracić. Heroizm, dobroduszność, czy bezgraniczne zaufanie, stały się cnotami, które – według wielu – straciły na aktualności i w dzisiejszym, twardym świecie nie ma dla nich miejsca. Z drugiej strony, szaleńcza odwaga, dezynwoltura, skrajny nonkonformizm, wierność zasadom za wszelką cenę, skłonność do poświęcenia tego co wygodne dla tego, co pozostaje w sferze duchowych wartości, to również nie są cechy najbardziej rozpowszechnione i niewiele osób wciela je w swoje własne postępowanie. Nawet jeśli podziwiają je u innych, to rzadko dopuszczają myśli, że chcieliby z takimi „wariatami” na co dzień współpracować.

Czym więc jest obłęd i szaleństwo?

Może to nic innego, jak tylko pewna specyficzna odmienność?
Ani lepsza, ani też gorsza od tak zwanej normalności?
Niektórzy twierdzą, że w dzisiejszym zwariowanym świecie najczęściej jedynym rozsądnym okazuje się szaleniec. Podobno zresztą istnieje tyle teorii choroby umysłowej, ilu jest obłąkanych, z czego wynika jasno, że obłęd jest specyficzny i różny dla każdego człowieka, którego dotknie...
Znaczyłoby to, że właściwie niemożliwe jest dokładne stworzenie definicji szaleństwa, bowiem wszystko sprowadza się do przyjętego punktu odniesienia. Jedno jest wszakże pewne – szaleńcy to ludzie nieakceptowani przez normy społeczno-moralne wyznawane w ramach określonego otoczenia, a zarazem normy te przekraczający. Tworzą swój świat wyidealizowany niejednokrotnie do granicy, poza którą jest już tylko ostateczność – geniusz, miłość, śmierć, zbrodnia... Cokolwiek by to było, w ich słowniku nie istnieje słowo „ostrożność”.





Włóczęga, król gościńców, pijak słońca wieczny,
Zwycięzca słotnych wichrów, burz i niepogody,
Lecę w prześcigi z dalą i złudą w zawody,

Niewierny wszystkim prawdom i sam z sobą
sprzeczny.

Pod gwiezdnym niebem w polu gospody.
Snem i płaszczem nakryty, śpię wszędzie bezpieczny.

U głowy mej zatknięty kij, jak krzew jabłeczny,
Rodzi mi kwiat marzenia i owoc swobody.


Lekkomyślność śpi ze mną, płocha weselnica,
Sakwę, gdziem mądrość chował, przedarła psotnica...
W drodze szczęśliwie-m zgubił swą mądrość
znużoną.

Proszę cię, duszo moja, bądźże mi szaloną,
Bo ukradłem nadzieję gdzieś w karczmie
przydrożnej.
Ciesz się zgubą! Niech będzie przeklęty ostrożny!


(Ptakom niebieskim, 1905 - Leopold Staff)





I tak można by skończyć rozważania o szaleństwie, które naruszając normy społeczno-moralne, potrafi być jednocześnie nośne i pożyteczne.

Ale...ale...

Naruszanie norm społeczno-moralnych wydaje się jednak dziś być dobrym i łatwym sposobem na zaistnienie w przestrzeni publicznej. Do tego sposobem nazbyt często akceptowanym przez „publiczność”. Akceptowanym, a nawet... wyczekiwanym. Efektem tego są nieustające wybryki pajaca Wojewódzkiego, szalone wystąpienia polityka Niesiołowskiego i udającego wesołego wariata staruszka Bartoszewskiego, umysłowe „odjazdy” artystów w rodzaju Kutza, Wajdy czy Hołdysa oraz absurdalne spekulacje myślowe i happeningi polityczne przekraczające granice dobrego obyczaju i zwykłego smaku, w wykonaniu Palikota – ni to polityka, ni to błazna, ni to zwykłego idioty. Dlaczego jest to możliwe? Niedawno natrafiłam gdzieś w sieci na proste wytłumaczenie, które wydaje się być trafne. Kiedyś dziennikarstwo było zawodem, a dziennikarze zajmowali się informowaniem o zdarzeniach. Teraz dziennikarstwo to zajmowanie się plotkami, a dziennikarze skupiają się głownie na informowaniu o stanach psychicznych, emocjach i napięciach. Brazylijski serial w tysiącach odcinków.



niedziela, 15 sierpnia 2010

Był sobie raz cesarz...

Był sobie raz cesarz.
Miał żółte oczy i drapieżną szczękę
Mieszkał w pałacu pełnym marmurów i policjantów. Sam.
Budził się w nocy i krzyczał. Nikt go nie kochał.
Najbardziej lubił polowania i terror.
Ale fotografował się z dziećmi wśród kwiatów.
Kiedy umarł, nikt nie śmiał zdjąć jego portretów
Zobaczcie może jest jeszcze u was w domu jego maska


/Jacek Kaczmarski/

- Nowa kadencja prezydencka to zawsze czas nowych zwyczajów – tak szef MSZ Radosław Sikorski uzasadniał pomysł, by w polskich placówkach dyplomatycznych zawisły portrety prezydenta Bronisława Komorowskiego. W tym konkretnym przypadku wyraził się jednak nie dość precyzyjnie. Lepiej byłoby powiedzieć, że WRACA NOWE. Czasy portretów przywódców wiszące w zakładach pracy, urzędach i szkołach, to przecież nie taka znowu odległa przeszłość. Można by nawet pomyśleć o zaczerpnięciu wzorców z kraju całkiem współczesnego, a mianowicie Korei Północnej, gdzie rzeczone portrety są obowiązkowe także w domach mieszkalnych, a obywatele znają specjalna instrukcję obowiązującą na okoliczność trzęsienia ziemi, kiedy to w pierwszej kolejności trzeba ratować portrety wodzów.
Pomysł ministra od strefy zdekomunizowanej przyjęłam jednak spokojnie. W końcu niech sobie Pan Prezydent wisi gdzie tam chce – na zakładzie, albo za zakładem – i niech tam muchy go sobie do woli obsrywają.
Dziś jednak okazało się, że do tradycji jesteśmy znacznie bardziej przywiązani, niż mogło mi się to kiedykolwiek wydawać. Czasy PRL wracają cichaczem, niepostrzeżenie, ale konsekwentnie. Dopiero co odsłoniliśmy czerwonoarmiejcom pomnik z okazji rocznicy wojny polsko-bolszewickiej, a oto na Trakcie Królewskim – najbardziej eksponowanej i otoczonej szczególną troską konserwatora zabytków - trasie turystycznej w Warszawie,
stanął monstrualnych rozmiarów portret Lenina. Brzmi to jak ponury żart, bo w Polsce obowiązuje konstytucyjny zakaz propagowania komunizmu, niemniej ten portret postawiony nam pod nosem da się zapewne zakwalifikować do jednego z wyjątków, które dopuszczają użycie takiej symboliki (działalność artystyczna, edukacyjna, kolekcjonerska czy naukowa).
Skoro zrobiliśmy pierwszy krok, to chyba za nim pójdą następne.
Watpliwość pozostaje już tylko jedna: portret Pana Prezydenta będzie wisiał pod portretem Lenina czy nad?

Jestem bezradna. Mam ochotę pizgnąć kubłem białej farby na to świństwo, które stanęło
przy „zaaresztowanym”, otoczonym pancernymi barierkami, samotnym krzyżu na Krakowskim Przedmieściu. I wiem, że tego nie zrobię. Musiałabym mieć karabinek do paintballa albo zrzucić worek z farbą z helikoptera.
W czasach PRL, gdy opadała nas zupełna bezradność, bo kpiono z naszych uczuć w żywe oczy, pozostawał nam już tylko... śmiech. To dowcip z tamtych czasów:

Przychodzi człowiekk do sklepu z obrazami w potarganym ubraniu i mówi:
- Poproszę 10 portretów Stalina i Lenina.
Kupił obrazy i poszedł.
Wraca za godzinę w garniturze, taksówką i mówi:
- Poproszę 50 portretów Stalina i Lenina.
- Kupił, załadował do taksówki i odjechał.
Przyjeżdża po następnej godzinie luksusowym samochodem i w garniturze i w czarnych okularach i mówi:
- Poproszę 100 portretów Stalina i Lenina.
A sprzedawca się go pyta:
- Co pan robi z tymi obrazami?
- Otworzyłem strzelnicę za miastem.

sobota, 10 kwietnia 2010

Żegnaj Mój Prezydencie


Dzwon Zygmunta odzywa się jedynie w najważniejszych dla państwa polskiego chwilach.

Bił 2 kwietnia 2005, po ogłoszeniu śmierci papieża Jana Pawła II (tak samo, jak 27 lat wcześniej, po wyborze Karola Wojtyły na papieża), poprzednio zaś – 30 kwietnia 2004 roku po mszy św. w intencji Ojczyzny, odprawionej w katedrze wawelskiej z okazji przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, a także 1 września 1939 roku, kiedy to Polska została zaatakowana przez III Rzeszę.

Zapłakał też dziś w południe, na wieść o katastrofie, która zabrała Polsce w jednej sekundzie ludzi, którzy decydowali o jej losach i bezpieczeństwie.

Prezydent Kaczyński nie był moim wymarzonym prezydentem. Wieloma zachowaniami budził mój sprzeciw. Często chciałam, by był bardziej zdecydowany. Ale jednocześnie wiem z cała pewnością, że za mojego życia był to jedyny Prezydent RP, o którym mogłam uczciwie powiedzieć, że jest Moim Prezydentem, choć nawet na niego nie głosowałam. Nie wiem czy jeszcze kiedyś o kimś bedę mogła powiedzieć to samo.

Dziękuję Panie Prezydencie...



Pochylam głowę przed wszystkimi ofiarami tej katastrofy...

Anna Walentynowicz... Zbigniew Wassermann... Ryszard Kaczorowski... Janusz Kurtyka... Janusz Kochanowski... Grażyna Gęsicka... ... ... ... ...                                                                                       

Poszli na spotkanie z tymi, którym chcieli oddać cześć...



wtorek, 27 października 2009

Obraz deszczem malowany


Jako dziecko uwielbiałam deszcz. Przede wszystkim ten ciepły letni deszczyk, na który można było wybiec boso, by rozpryskiwać z impetem wodę z tworzących się kałuży.
Letnie ulewy były szczególnie atrakcyjne w niewielkim miasteczku na zachodzie Polski, dokąd jeździłam do jednej z ciotek na wakacje. Istniały w nim bowiem jeszcze w tamtym czasie rynsztoki, które w czasie deszczu wypełniały się spienioną wodą, wartko podążająca wzdłuż ulicy aż do wlotu kratki ściekowej. Rzucaliśmy na tę wodę stateczki i biegli wraz z nimi, podskakującymi na wzburzonych falach, pilnie bacząc, który z nich wygra wyścig.

Stateczki były papierowe i z kory. Te pierwsze płynęły szybciej, ale rzadko dopływały aż do kratki – nasiąkały wodą i znikały w odmętach. Te z kory rozpędzały się powoli i poruszały bardziej majestatycznie. Pędziliśmy za nimi, by zdążyć je złapać, zanim znikną między szczebelkami kratki, ale nie zawsze się to udawało i raz po raz ktoś tracił kolejną dumę swojej floty. Pocieszaliśmy się, że te bezpowrotnie stracone, na pewno w końcu dopłynęły do morza, a stamtąd wyruszyły gdzieś hen, w daleki, pełen przygód świat. Zainteresowanie stateczkami wydatnie malało, gdy na niebie pojawiała się tęcza, a rynsztok tracił swój dotychczasowy pęd i zaczynał sączyć się leniwie. Dyskusje koncentrowały się teraz na zagadnieniu, gdzie zaczyna się i gdzie kończy tęcza. Choć koncepcje bywały różne, to najbliższą wydawała mi się ta, że jeśli znajdzie się jeden koniec tęczy i wejdzie na nią niczym na most, jej drugi koniec doprowadzi wszędzie tam, gdzie tylko się zapragnie.

Letni deszcz to także bębnienie kropli wody o spadzisty daszek namiotu. W tych dawnych namiotach trzeba było bardzo uważać, by nie dotknąć głową tkaniny, bo natychmiast zaczynała przeciekać. Można było za to położyć się na materacu i odchylając nieco sznurowane poły wejścia, gapić się na bańki i bąble tworzące się na tafli jeziora.


Trudno nie lubić letnich ulew, gdy po skwarnym dniu, powietrze nagle robi się świeże i rześkie. Ale ja w ogóle lubiłam deszcz, także te chłodne, jesienne, szare słoty. Sterczałam wtedy z nosem przy oknie i obserwowałam zbierające się na szybie krople, które spływały drobnymi strumyczkami, łącząc się w coraz szersze strugi. Poza nimi istniał świat, który w strugach wody zatracał swoje kontury, rozmazywał się, nabierał jakichś nierealnych wymiarów. Korony drzew szarpane przez wiatr wyglądały jak dziwne straszydła poruszające się w takt muzyki wybijanej przez krople uderzające o blaszany parapet okna.
Fascynacja deszczem była tak silna, że ślub postanowiłam wziąć w listopadowy deszczowy dzień. I tak też się stało. Ale los spłatał mi figla i mimo końca listopada obdarzył mnie w ten dzień piękną słoneczną pogodą.
Dziś szaruga działa na mnie przygnębiająco i od deszczu wolę słońce.

O swojej dziecięcej pasji przypomniałam sobie niespodziewanie jakieś dziesięć lat temu, gdy letnia ulewa zastała mnie w samym środku miasta. Z pełną premedytacją zdjęłam pantofle i powędrowałam niespiesznie boso przez pół miasta, udając, że nie widzę zdumionych spojrzeń chowających się po bramach ludzi. Całkiem możliwe, że wtedy po raz ostatni w życiu byłam dzieckiem :)

niedziela, 4 października 2009

Nie zapomniałam


(dla J)
Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych, a jednak tacy się czasem zdarzają. Bo jak inaczej określić człowieka, po którego odejściu pozostaje pustka?Czarna dziura, jakiej nie jest w stanie wypełnić nikt inny...
Ty byłeś właśnie takim człowiekiem. Jedynym takim, jakiego spotkałam w swoim życiu.Próbowałam wypełnić tę pustkę innymi przyjaźniami, ale to okazało się niemożliwe.
Dziś już nie ma takich Przyjaciół, jakim Ty potrafiłeś być. Widocznie w naszych czasach takich już nie robią. Dziś już nikt nie rozumie, tak jak Ty rozumiałeś prawdziwą i nienaruszalną lojalność w przyjaźni. Nikt i nic nie było w stanie jej podważyć czy złamać. Przez ponad ćwierć wieku nigdy nie stanąłeś przeciwko mnie, nigdy nie zabrakło Ci dla mnie zaufania, nigdy nie postawiłeś niczyjego słowa przed moim. Byłam silna Twoim do mnie zaufaniem i Twoją wiarą we mnie.
I nikomu nie udałoby się nastawić mnie przeciwko Tobie. Myślę, że to czułeś.

Może takie przyjaźnie mogły powstawać tylko w tamtych szarych latach siedemdziesiątych?
Może dlatego były tak silne, że poza nimi nie było nic, w co można by wrosnąć całą swoją duszą? Może to te czasy pełne donosicieli i specyficzna wtedy sytuacja na polskich uczelniach sprawiły, że lojalność stała się podstawową, najważniejszą miarą człowieczeństwa?

Byłeś wyjątkowy. W Twoim sposobie bycia odczuwało się łagodność, spokój, ukojenie.
Czuło się w Tobie dobrego człowieka. Tak po prostu dobrego. Nigdy nie dzieliłeś ludzi inaczej, niż według elementarnych zasad: albo ktoś jest dobrym człowiekiem, albo nie.  Nigdy ich nie oceniałeś według jakichkolwiek innych kryteriów. Nauczyłeś mnie, że radykalizm zamyka na ludzi, uczy podejrzliwości, nie daje szansy naprawy. Mówiłeś też, że nienawiść niszczy człowieka i że do byle łachudry wystarczy czuć obrzydzenie i nie podawać mu ręki. I ja nadal w to wierzę. 
Ludzie garnęli się do Ciebie, bo pokazywałeś im na co dzień, że co jest w życiu najbardziej elementarne, to drugi człowiek. Zanim ostatecznie poddałeś się chorobie, ludzie przychodzili do Ciebie także do szpitala, byli przy Tobie do ostatniej Twojej chwili, bo trudno było się Twoją obecnością nasycić. Miałeś tyle energii i tak pięknie potrafiłeś się nią z ludźmi dzielić.
Dziś piszą o Tobie wspomnienia jako o charyzmatycznym wykładowcy i jednej z najbardziej znanych i szanowanych postaci poznańskiej opozycji. Dla mnie pozostałeś moim Przyjacielem. Kimś, z kim nawet urodziny obchodziłam tego samego dnia. Może dlatego tak dobrze się rozumieliśmy?

Minęło sześć i pół roku, od kiedy Cię nie ma. Przez te sześć i pół roku wielokrotnie rozmawiałam z Tobą w myślach, a dziś poczułam, że myśli to za mało, że powinnam te słowa zobaczyć czarno na białym. Bo nie ma nikogo, kto potrafiłby i chciał dać mi takie wsparcie, jakie zawsze dawałeś mi Ty. Przez te wszystkie lata nikt już nie powiedział mi nigdy takim tonem, że nie sposób byłoby nie uwierzyć: „Tobie nie może przytrafić się nic złego”.

Tęsknię do Twojego głosu wypowiadającego te słowa. Z nimi świat byłby dużo lepszy.
Ale kiedy myślę o Tobie, uśmiecham się. Bo bliżej mi już do Ciebie niż dalej i wiem,  że niedługo wyjdziesz mi na spotkanie. I zostaniesz. Tym razem już na zawsze.

I wiesz co? To o Tobie Kofta napisał ten wiersz....
"Epitafium dla frajera"

Był raz frajer,
wierzył w bajer,
Potem umarł...

Nad grobem cztery
inne frajery,
wbite w gajery
wytarte stare,
w cholernem słońcu,
stali bez końca,
jakby po piwo
albo ćwiarę...
Aż wreszcie jeden
niemłody frajer
łzę łyknął gorzką
jak zajzajer
i w taki gorąc o suchym gardle,
na siebie biorąc
żałobne "parle",
powiedział...

Przyjacielu,
trochę serca nam ubyło...
ile naprawdę
jeszcze nie wiemy...
Pamięć o tobie
poniesiemy,
zrobimy z nią
ile umiemy!
Ci, co z urzędu
wieńce kładli,
musieli odejść
do swych spraw...
Nas, tak jak ciebie,
czas nie nagli -
frajerzy zawsze
mają czas.
Bracie spod jednej anatemy,
żegnamy cię i dziękujemy...

Że ci się chciało
być zakałą,
gdy wystarczało
głośno klaskać.
Że ci się chciało
widzieć całość,
gdy wystarczała
biała laska...

Że ci się chciało
być tylko sobą,
zwyczajnie - dobro od zła
odróżniać,
kiedy nikogo
nie było obok,
tylko służalcza,
szepcząca próżnia...

Że ci się chciało
myśleć tak mało
o swoich własnych,
nielekkich losach.
Że ci godności
wystarczało,
by nie dorzucać
drewna do stosów...
Że ci się chciało...

Że ci się chciało,
ciężki frajerze,
przeżyć po ludzku
swe ludzkie życie,
choć w zmartwychwstanie
nikt z nas nie wierzył,
ni w wieczną rzeczy pamięć
w granicie...

Bracie spod jednej anatemy -
żegnamy cię
i dziękujemy...

Cztery frajery,
wbite w gajery,
jeszcze postały
chwilkie na słońcu:
ptaszki ćwierkali,
a oni stali...
Po dobrej chwili
poleźli w końcu...

I zapomnieli dać po czerwońcu...!!!

Ja bym takiego klejenta
w życiu nie wpuścił na cmentarz!



sobota, 3 października 2009

Zmierzchu zapach i dźwięk

Rozsnuwa się po bagnach mglisty cień.
Zmierzcha już.
Rozsypał ponad miedzą biały dzień
złoty kurz.
Sam wsunął się pod liście
- słodko śpi.
Śni mu się coś srebrzyście.
Śpij i ty.


(dla M)



Zmierzch. Kiedy się zaczyna, a kiedy kończy ta czarodziejska chwila
zawieszenia pomiędzy światłem dnia a mrokiem nocy?
Nie uchwycisz granicy, nie zmierzysz jej.
Możesz ją tylko przeczuwać w wydłużających się coraz bardziej cieniach.
Jest w zmierzchu coś z tęsknoty, coś z melancholii, która wypełnia
duszę i robi się coraz wyraźniejsza, jak coraz wyraźniejsze stają się 
kontury oświetlane ukośnymi promieniami zachodzącego słońca.
O każdej porze roku zmierzch kojarzy mi się z czymś innym.


Zimowy zmierzch 

Jest wcześniejszy od innych zmierzchów.
I bardziej granatowy. Może poprzez kontrast ciemniejącego nieba
z białym śniegiem. Nie niesie ze sobą zapachów, ale wypełnia zapadającą powoli ciszę skrzypieniem przemarzniętego śniegu pod stopami.
Spacer zimowym zmierzchem nie odstrasza tylko zakochanych,
którym mroźne powietrze daje pretekst do przytulenia się w mroku.
Nigdy indziej, jak właśnie w zimowy mroźny zmierzch, ciepła dłoni
drugiego człowieka i ciepła jego policzka nie można poczuć tak namacalnie.
Nigdy indziej malutkie kafejki nie kuszą tak bardzo ciepłymi, złocistymi kręgami światła zawieszonymi nad niewielkimi stolikami i aromatem gorącej herbaty z dodatkiem goździków i pomarańczy.


Wiosenny zmierzch

Wiosenny zmierzch to przede wszystkim zapach.
Oszałamiający zapach najpierw magnolii, potem bzów i konwalii, wreszcie jaśminów. Zapach, który odurza niczym wino, szumi w głowie, przyspiesza bicie serca. Wiosennemu zmierzchowi najlepiej jest dać się zaskoczyć w warszawskich Łazienkach - wśród biegających wiewiórek i rozkładających swe pyszne złocisto-szafirowo-szmaragdowe ogony, krzyczących pawi. I wśród świergotu zaaferowanych wiosną ptaków.
Wiosenny zmierzch to drewniana ławeczka zagubiona w alejce wśród krzewów.
Nie trzeba nic mówić, ani obiecywać. I tak wiadomo, że trzeba koniecznie wrócić tu za rok.



Letni zmierzch

Przychodzi najpóźniej i zapada najwolniej, skracając i tak krótką już noc.
Letni zmierzch to plusk wody w jeziorze i utkany z głębokich cieni las.
To czyste niebo i wysypujący się srebrny pył nad głową, który nocą zamieni się w migocące gwiazdy. To szelest szuwarów, w których ufnie chronią się przed nadchodzącą nocą kacze rodziny. To zapach kwitnącej lipy, słodka woń lilii i najpierw nieśmiały, a w miarę zapadającego mroku coraz intensywniejszy aromat niepozornej z wyglądu maciejki.
Letni zmierzch to drewniany pomost, to kawałek trawy nad wodą, na której za chwilę zapłonie ognisko, przynosząc zapach palącego się jałowca.
To wspomnienie smaku znalezionych rano w lesie poziomek.



Jesienny zmierzch 

Jesienny zmierzch to feeria barw muśniętych złocisto-czerwonymi pasmami odchodzącego ku zachodowi słońca.
Wszędzie są wielobarwne liście i wszędzie spośród trawy połyskują rudo kasztany. Wszędzie słychać szelest liści pod stopami. Wszędzie jesienny podmuch zrywa drobne listki z krzewów i zamienia je w złoty, wirujący w powietrzu deszcz.
Ale nigdzie jesienny zmierzch nie jest tak piękny, jak w górach.
Po nieruchomych, błękitniejących już szczytach przesuwają się cienie, a w kotlinach powoli zapalają się światełka w oknach przycupniętych w nich domostw. Coraz bardziej mroczny las ogromnieje, a zbłąkane iskierki świetlików zamieniają się w wyobraźni w ślepia wilków.   Z oddali przybliża się dźwięk dzwoneczków potrącanych przez owce schodzące halami w doliny. Dojmujący wieczorny chłód każe myśleć z tęsknotą o ogniu trzaskającym w kominku schroniska.
Góralska herbata rozlewa się ciepłem po żyłach i zabarwia policzki na różowo.
Po całym dniu wędrówki drewniane łóżko, twardy siennik i wełniany kraciasty koc wydają się być królewskim posłaniem. Ostatnim zapachem, jaki zapamiętuje się przed snem, jest żywiczna woń sosnowego lasu. Ostatkiem zmęczonych zmysłów wydaje się, ze nawet księżyc tak pachnie.



To dziwne, ale można przeżyć całe życie i nie zobaczyć ani jednego takiego zmierzchu.

piątek, 2 października 2009

Bezludna wyspa


Kiedy się szumem, tłumem, gwarem
Ludzkie skupiska ustokrotnią
Najdroższym na świecie towarem
Będzie samotność
Tęsknotą ciszy uciekamy

W bezludność wyspy, słońce południa
Lecz kiedy na niej zamieszkamy
Wyspa przestanie być bezludna
Przybędzie z nami trud i strach
Niewola dnia, historii schemat

Jak pięknie wiatr układa piach
Tam gdzie nas nie ma

Wiara, Nadzieja i Miłość


Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, 
zniknie to, co jest tylko częściowe. 
/.../
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: 
z nich zaś największa jest miłość.



Mówi się, że oddajemy jedne rzeczy, żeby zrobić miejsce dla innych - nowych, więc lepszych.
Byłoby dobrze, gdyby to zawsze było prawdą.
A jeśli nawet jest prawdą, to czyż lepsze, nowe rzeczy będziemy tym razem potrafili docenić,pielęgnować, szanować, czerpać z nich radość i nie dać im spowszednieć, czy raczej po raz kolejny przepuścimy je przez palce?
Podobno miłość jest jedną z tych rzeczy, na które nigdy nie jest za późno.
Może tak jest. I może nigdy też nie jest za późno na naukę...


Miłość to nie jest olśnienie pięknością
przed twarzą, która nagle dla ciebie zaświeciła, 
Bo prawdziwe piękno jest odblaskiem duszy, 
[...] 
Miłość nie jest uczuciem wobec serca bijącego bardziej dla ciebie 
niż dla innych, 
To nie jest zdziwienie, że zostałem wybranym bez powodu, który 
by usprawiedliwiał to szaleństwo, 

[...]
Olśnienie, oczarowanie, głód i dreszcze, uczucia i wybuchy 
pożądania, 
to wszystko jest piękne i potrzebne w mężczyźnie i w kobiecie, 
ale tylko, by pomóc w miłości temu, który chce kochać. 
[...]
To uchylone drzwi i szeroko otwarte okna, 
To wiatr wtrącający w przepaść, 
To zew pełnego morza i szept Boga 
zapraszający do wyjścia z twego zamkniętego domu, 
Aby iść ku tej, którą wybrałeś dla wypełnienia swego życia, 
Ponieważ kochasz ją i chcesz kochać.




Kochać to wierzyć drugiej osobie i ufać jej,
wierzyć w jej ukryte siły, w życie które posiada,
jakiekolwiek byłyby kamienie do usunięcia dla
wyrównania drogi.

To zdecydować się rozsądnie i odważnie wyruszyć na
drogi czasu, nie na sto, tysiąc czy dziesięć
tysięcy dni, ale na pielgrzymkę, która się nie skończy,
bo jest pielgrzymką, która trwać będzie ZAWSZE.

Powinienem ci to powiedzieć, aby oczyścić twe
marzenia, że kochać to zgodzić się na cierpienie,
śmierć sobie samemu, aby żyć i ożywiać,
Ponieważ tylko ten, kto może bez bólu zapomnieć
o sobie dla drugiego, może wyrzec się życia dla
siebie tak, żeby nie umarło w nim cokolwiek z niego.

Kochać wreszcie to jest to wszystko, o czym
powiedziano i jeszcze więcej,
Bo kochać to otworzyć się na nieskończoną MIŁOŚĆ,
to pozwolić się kochać, być przejrzystym
wobec tej MIŁOŚCI, która ZAWSZE W PORĘ.


Samotność


Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie

I zmienił go w straszną, okropną pustelnię...

Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem

I kwiaty kwitnące przysypał popiołem,

Trawniki zarzucił bryłami kamienia

I posiał szał trwogi i śmierć przerażenia...

Aż, strwożon swym dziełem, brzemieniem ołowiu

Położył się na tym kamiennym pustkowiu,

By w piersi łkające przytłumić rozpacze,

I smutków potwornych płomienne łzy płacze...

Miłość - rozstanie


Miłość jest TCHNIENIEM nieskończonym, które przychodzi skądinąd i zmierza gdzie indziej...


Podobno jeśli mężczyzna robi coś bardzo głupiego, to zawsze z motywów najszlachetniejszych. 
Tak przynajmniej twierdził Oskar Wilde. Prawdopodobnie większość popełnianych przez ludzi głupstw wynika jeśli już nie ze szlachetnych, to w każdym razie nie z gruntu złych pobudek i płeć nie ma tu nic do rzeczy. Najgłupiej ludzie zachowują się wtedy, gdy wydaje im się, że są w stanie kogoś tym uszczęśliwić. A później rozpamiętują czarną niewdzięczność owego, tyleż niespodziewanie, co zupełnie zbytecznie obdarowanego nieszczęśnika.
Jednym z największych głupstw, jakie zdarza się popełnić, jest uznanie, że miłość otrzymuje się raz na zawsze i że będzie ona trwać wiecznie bez żadnych starań z naszej strony.
Bywa i tak, że dopiero z perspektywy czasu umiemy docenić wagę spotkania z drugim człowiekiem, jego wyjątkowość i niepowtarzalność. A bardzo rzadko myślimy o tych spotkaniach jako o szansach jednorazowych, bez możliwości powtórki. Mijanie się ludzi nie jest najgorszym z możliwych zdarzeń, bo czasem można się spotkać po raz drugi, ale zniszczenie tego, co mogło przynieść to spotkanie, to zniszczenie na zawsze.
Podobno aby być szczęśliwym z mężczyzną, trzeba go bardzo dobrze zrozumieć i trochę kochać. 
Aby być szczęśliwym z kobietą, trzeba ją bardzo kochać i w ogóle nie próbować zrozumieć. 
Nie wiadomo czy to skuteczna recepta, ale może lepsza niż żadna.

Jest taki wiersz, który zaczyna się słowami...

Odcięli aniołom skrzydła
bo dawały wolność.


Miłość postępuje inaczej - dając wolność od siebie, odcina skrzydła.
Świat zwyczajnieje. Zaczarowana bajka znika.


To może przypadek
Że znów się widzimy
Patrzymy na siebie
W spokojnej udręce
Wspomnienia spłowiały
Przez lata i zimy
Już tylko się znamy...
...Nic więcej...

Ty jesteś ta sama
Tak piękna jak wtedy
Gdy było do siebie
Nam bliżej niż blisko
To było niedawno
A mówi się: kiedyś
Już tylko się znamy...
...To wszystko...


Dzielimy złą ciszę
Obcymi słowami
Ty serce masz chłodne
I chłodne masz ręce
Czy mą poufałość
Wybaczy mi Pani?
Bo przecież się znamy...
...Nic więcej...



Miłość - dojrzewanie


Dla kobiet miłość jest odpustem zupełnym; mężczyzna prawdziwie kochający może popełniać zbrodnie, a będzie zawsze jak śnieg biały w oczach tej, którą kocha, jeżeli kocha gorąco.

Czy można zatem kochać za bardzo? Kobieta to chyba potrafi, na własne nieszczęście. Bo tę swoją miłość rozumie jako bycie jak najbliżej (i w tym celu zechce usunąć każdą przeszkodę, która jej to utrudnia, czasem włącznie z własnym „ja”) i w każdej sytuacji (nawet w tej, gdy mężczyzna szuka sposobu, by schronić się na moment w „swojej norce”). Rzeczywistość kobiety jest znacznie bardziej plastyczna i giętka właśnie dlatego, że postrzegając się poprzez pryzmat relacji interpersonalnych, kobieta w związku czuje się w pierwszym rzędzie żoną czy kochanką, a dopiero później człowiekiem.

Mężczyzna natomiast buduje sobie stosunkowo hermetyczną rzeczywistość chcąc (choćby jedynie podświadomie), by ona ją rozumiała, akceptowała i dostosowała się do niej. Każdy sprzeciw traktuje niemal jak zamach na ten swój świat. Ale z drugiej strony czuje, że ten świat bez niej, wcale nie jest taki wymarzony i wyjątkowy.

I mimo zdolności kobiety do rezygnowania ze swoich potrzeb na rzecz potrzeb jego, często nie potrafią się porozumieć. Nie tylko dlatego, że mężczyzna do rozmowy przywiązuje znacznie mniejszą wagę, ale przede wszystkim dlatego, że mówią odmiennymi językami.
Kiedy powie się do mężczyzny: "Okazałbyś mi trochę uczucia"- to ten najpewniej pójdzie naprawić cieknący kran, bo trudno mu zrozumieć, że dla kobiety symbolami uczuć są słowa, ale także kwiaty, czekoladki, albo tylko wspólne marzenia i plany. I pamięć o – jego zdaniem – nic nie wartych drobiazgach.
Kobiety są znacznie mniej praktycznymi istotami, niż to się mężczyznom wydaje. Swój praktycyzm realizują w życiu codziennym, a w miłości poszukują doń przeciwwagi. Dlatego kobiecie najlepiej jest podarować kompletnie niepraktyczne... zapach i piękno (zaklęte w kwiatach, flakoniku perfum, sznurku pereł, płycie z muzyką albo tomiku poezji).
Fiodor Dostojewski powiedział: ”Kobiety niczego by nie żądały, gdyby kochano je tak, jak pragną”.
Mężczyzna może nauczyć się, jakie znaczenie mają symbole dla kobiety, ale nie należy liczyć na to, że to zrozumie i okazując uczucie, zazwyczaj będzie to robił w sposób zupełnie inny, niż ona by tego oczekiwała. 
Typowym bowiem męskim symbolem miłości jest chęć niesienia pomocy. 
Z kolei miłość kobiety mężczyzna nader często mierzy jej moralnym wsparciem, wyrażanym przez nią podziwem czy podkreślaniem, że bez niego z pewnością nie dałaby sobie rady.
Dlaczego taki dziwny mariaż wsparcia z bezradnością? Bo mężczyźni z jednej strony słabo radzą sobie ze stresem (stąd potrzebują wsparcia), z drugiej zaś kobiecy płacz czy nieporadność budzą w nich instynkt opiekuńczy, porównywalny z instynktem, jaki odczuwa kobieta na dźwięk płaczu dziecka. Kobiety wydają się to wyczuwać i łez – nie bez przyczyny nazywanych „kobiecą bronią” – używają bardzo często, czasem całkiem świadomie, czasem jedynie instynktownie. A te, które nie płaczą, są na przegranych pozycjach, bo kobiety samodzielne i silne powodują, że mężczyzna traci grunt pod nogami, przestając się czuć jak „przywódca stada”.
Wniosek wydaje się nasuwać sam - mimo iż kobieta jest zdolna do większej miłości, to jednak mężczyzna bardziej jej potrzebuje.