niedziela, 27 września 2009

Szukając Krainy Szczęśliwości

Ta cisza jest 
Jak łza 
Łza co trwa 
U powiek 
Człowiek 
W słowie 
Gubi ją łatwo 
Żyć bez łzy 
Nie warto 


 


Na samym krańcu świata jest wysoki, kamienny mur, gęsto obrośnięty zielonym bluszczem.
To właśnie za nim rozciąga się Kraina Szczęśliwości, której tak wytrwale szukają ludzie.
Czasami szukają jej przez całe życie, nigdy nie tracąc nadziei, że kiedyś ją wreszcie odnajdą. Marzą o niej, bo tam nikt nie czuje się nieszczęśliwy, bo nie ma w niej ani chorób, ani głodu,
ani śmierci, ani nawet nieszczęśliwej miłości. 
Jeśli będziesz szukać wytrwale, to może kiedyś trafisz na ten mur.
Samo przejście na drugą jego stronę wymaga wiele szczęścia, bo prowadzi tam malutka, zardzewiała, rzadko używana furtka, dobrze ukryta w zielonej gęstwinie. Można stracić pół życia zanim wreszcie się ją odnajdzie. Ale oto już masz. Naciskasz dłonią klamkę i słyszysz ciche skrzypnięcie. Jeszcze tylko mocniej pchnąć i... zrobić jeden krok. Tylko jeden krok...

Już nigdy nie będziesz czuł radości powrotu, bo stamtąd się nie odchodzi. Już nigdy nie będzie czułych powitań, tam, gdzie nie ma smutnych pożegnań. Już nigdy nie poczujesz ulgi chwili,
w której mija ból. Nigdy już łzy nie będą obsychać ci na policzkach. Zapomnisz co to współczucie, bo przecież nie będziesz musiał już współczuć - nie tylko ty, ale wszyscy mieszkańcy tej krainy nigdy nie bywają nieszczęśliwi. Niepotrzebne ci będą marzenia, a jedynie plany – bo co to za marzenia, które bez najmniejszego problemu można zrealizować? Wystarczy tego tylko chcieć. Nie będziesz miał przyjaciół ani wrogów, bo nikt nie będzie ci niczego zazdrościć i nie będzie też potrzeby, by ktokolwiek musiał dla ciebie z czegokolwiek zrezygnować. Nigdy nie powitasz nowego dnia z nadzieją, że będzie lepszy od poprzedniego, bo tam wszystkie one są najlepsze. Zapomnisz co to smutek i cierpienie. Już nigdy...

Masz czas. Przecież trzymasz już tę klamkę w dłoni. Nie spiesz się. Pomyśl chwilę.


Nie wiem do czego potrzeba większej odwagi – by tam wejść, czy... by cofnąć powoli rękę.

O pewnej wiejskiej babie...


Dawno, dawno temu... byłam na Rzeszowszczyźnie.

Wędrowałam po zapadłych wioskach, robiłam dokumentację studziennych żurawi, których wtedy było tam jeszcze pod dostatkiem, dopytywałam o zabytkowe przedmioty i próbowałam je kupować dla muzeum etnograficznego, opisywałam odpust w Leżajsku i zachwycałam się tą prostotą i reliktami przeszłości.
Żeby było zabawniej, na noc wracałam do pięknych wnętrz Pałacyku Myśliwskiego Lubomirskich, który znajduje się w lesie pod Julinem – tam byłam zakwaterowana.
W tych swoich pieszych wędrówkach dotarłam na skraju wsi do jakieś na pół zapadłej chatynki, która na belce nad drzwiami miała wypaloną datę 1790 – miała prawie dwieście lat.
Wręcz nieprawdopodobne. Nie mogłam nie wejść do środka.
W tej chatynce mieszkała babuleńka, która wyglądała tak, jakby sama też była w wieku tej chatki. Była jednak młodsza – powiedziała mi, że ma 96 lat. Nie miała nikogo - żadnej rodziny, żadnych dzieci. Była samiuteńka jak palec.
Siedziałyśmy tak sobie i gawędziłyśmy.
Nabrała chyba do mnie zaufania, bo w końcu otworzyła starą, malowaną skrzynię i wyciągnęłaz niej ludowy strój rzeszowski. I czepiec – przepiękny, haftowany czepiec z koronkami – nigdy takiego nie widziałam. Nie był skończony. Tkwiła w nim igła z nawleczoną nitką. 
Babcia uśmiechała się do tego czepca, gładziła go i opowiadała długą historię swojego życia.
Z uśmiechem powiedziała, że nie umrze, zanim nie skończy tego czepca, bo chce być w tym właśnie stroju pochowana.
W końcu przerwała, popatrzyła na mnie i powiedziała, że pewnie jestem głodna. Zaprzeczyłam, bo w tej chatce ze wszystkich zakamarków aż piszczała nędza.Złapała jednak jakąś miseczkę i żwawo ruszyła do ogródka, każąc mi poczekać.
Wróciła po kilku minutach, niosąc w tej miseczce świeżo wyjęty z ula, złocisty miód. Ukroiła grubą pajdę z takiego ogromnego, przez siebie samą upieczonego chleba i podała mi kubek z mlekiem. Jadłyśmy ten chleb maczając go w miodzie i popijałyśmy zimnym mlekiem.
Już nigdy później nie jadłam tak wspaniałego, pachnącego miodu.

Do dziś wspominam jego niezwykły smak i aromat... i te złocące się w nim, ciemniejsze drobinki pierzgi, wosku i propolisu. Był jak płynny bursztyn. Ściekał po palcach późnoletnimi zachodami słońca i smakował... lasem, polami, łąką, wszystkimi kwiatami lata i... dobrym sercem pewnej starej, bardzo samotnej kobiety.

To było wiele lat temu. Tak dawno, że ten czas, który przeminął, można już liczyć w dziesiątkach lat. Tamtej kobiety już nie ma, bo być przecież nie może. Kto wie – może nawet nie ma już też tamtej chatki. Czasem tylko, gdy myśl mi biegnie do tamtych lat, zastanawiam się, czy zdążyła do końca wyhaftować swój czepiec.

I myślę, że zdążyła. Bo nawet śmierć powinna umieć życzliwie poczekać, gdy trzeba doprowadzić do końca sprawy najważniejsze.

Jesienna opowieść


Mimozami jesień się zaczyna...
Tuwim nazwał mimozą żółte, główkowate, pachnące migdałowo kwiatostany jednej z odmian akacji, która kwitnie pod koniec lata.

Czas mimozy już minął i zaczął się czas mgieł porannych i przedwieczornych.Jeszcze niedawno korony drzew kusiły kolorami, ale powoli robi się... sennie.Kiedyś kochałam jesień.Taką prawdziwą, listopadową, rozpłakaną deszczem.

Może jakoś temperowała moją energię, której zawsze miałam o dużo za dużo?
Dziś energię daje mi słońce. Gdy chowa się za chmurami, i ja również robię się chmurna w środku. To nawet nie jest takie bardzo niemiłe, bo mam w sobie chmury całkiem nieduże i pozwijane w ciepłe kłębuszki szarej wełny, poprzeplatane barwnymi nitkami wspomnień.
Taki melanż. Jesienią pięknie się wspomina....  

Wiosną i latem zawsze coś odwróci człowieka uwagę od wspomnień. Tyle się dzieje wtedy na świecie. A z kolei zimą wspomnienia potrafią zamarznąć na kość. Zimą znacznie lepiej się czyta cudze wspomnienia, niż snuje własne.

A jesień... daje taki łagodny dystans do świata. Nawet wróble zaczynają ćwierkać jesiennie. Nie szczebiocą nerwowo, nie wdają się w kłótnie, stają się raczej małomówne i zamyślone. Każde wyjście na dwór wymaga pewnej troskliwości. Nie da się ot tak po prostu wsunąć bosych stóp w cokolwiek, co ma podeszwę, nie da się wybiec nagle z odkrytymi ramionami. Trzeba wydobywać z szaf te śmieszne drobiazgi – ni to ozdoby, ni to pożyteczne kawałki szmatek wciskane na dłonie i okręcane skrupulatnie wokół szyi – rękawiczki, apaszki, szale, szaliczki, chusteczki i ...próbować potem ich nie zgubić.  
I nie dać się też wiatrowi. Ostry i zimny wiatr listopadowy to gniewa się, szarpiąc wszystko, na co natrafi po drodze i przeganiając ptaki, to znowu rozpaczliwie płacze w gałęziach bezlistnych już drzew, by za chwilę znów rzucić się z furią na chmury i postrzępić je na drobne kawałeczki, powoli zmieniające się w chłodne krople wody...

 
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

Odziane w łachmany szat czarnej żałoby
Szukają ustronia na ciche swe groby,
A smutek cień kładzie na licu ich miodem...
Powolnym i długim wśród dżdżu korowodem
W dal idą na smutek i życie tułacze,
A z oczu im lecą łzy... Rozpacz tak płacze...


To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie
I zmienił go w straszną, okropną pustelnię...
Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem
I kwiaty kwitnące przysypał popiołem,
Trawniki zarzucił bryłami kamienia
I posiał szał trwogi i śmierć przerażenia...

Aż, strwożon swym dziełem, brzemieniem ołowiu
Położył się na tym kamiennym pustkowiu,
By w piersi łkające przytłumić rozpacze,
I smutków potwornych płomienne łzy płacze...

 /Leopold Staff/



Świat spomiędzy kropel deszczu wygląda jakoś inaczej. Brakuje mu szczegółów. Nawet dobrze znane kształty rozmazują się w szarych strugach wody i rozpływają w kroplach gęsto kapiących z rozłożonej parasolki. Dlatego trzeba sobie kupić na drogę jedną z tych wyniosłych chryzantem – najlepiej taką ogniście rudą, by nie zgubić drogi w deszczu.
A kiedy już dotrze się szczęśliwie do domu, patrząc na tę mokrą chryzantemę niczym na ognisty drogowskaz, dobrze jest ogrzać zziębnięte serce dużym kubkiem herbaty pachnącej malinami albo malutkim kieliszkiem słodko-cierpkiej nalewki z aronii.


Po czerni jeżyny
Po liściu kaliny
 - Jesień, jesień już 
 Po ciszy na stawie 
Po krzyku żurawi 
- Jesień, jesień już 
Po astrach, po ostach 
To widać, to proste że 

- Jesień, jesień już 
I po tym ze wcześniej 
Noc ciągnie ze zmierzchem 
- Jesień, jesień już 

/.../ 
Ach, ten dzień. 
w kolorze śliwkowym! 
- Berberysu i głogu ma smak...
 Stawia drzewom pieczątki 
- Żeby było w porządku 
Że już pora 
Że trzeba iść spać... 
A my tak - po kieliszku,

 po troszeczku 
Popijamy calutki ten dzień 
- Próbujemy nalewki 
Z dzikiej róży, z porzeczki
 Żeby sprawdzić - czy zimą 


To wypić się da?... 
/.../



/Leszek Długosz/


Narodowe Święto Niepodległosci i... Święty Marcin


„Rota Piłsudczyków” (Józef Relidzyński) – do melodii „Roty”

Nie rzucim Ciebie, wodzu nasz,
Nie damy pogrześć Sprawy!
Sztandar przy którym wiecznie trwasz,
Oddamy Bogu krwawy!
Nie wyrwie nam go swój ani wróg-
Tak nam dopomóż Bóg!


Nie spoczniem, póki w proch i pył
Nie legnie przemoc wraża!
Zaczerpniem z ducha twego sił, 
Z wiarą, co cuda stwarza.
Śmiało po złoty sięgniem róg-
tak nam dopomóż Bóg!


Pójdziemy gdy zapalisz wić,
Na kule i na druty!
Choćby w katordze przyszło zgnić,
Nie złożym szabli póty,
Póki shańbiony polski próg
tak nam dopomóż Bóg!


Niestraszne dla nas gromy burz
Ani więzienia mury,
Bo cóż dla ducha kraty, cóż
Więzienia mrok ponury?
Nie zlękniem się podziemnych dróg-
tak nam dopomóż Bóg!


Wszak na sumieniach polskich my
Ołowiem dzisiaj legli...
Podłym zmącimy słodkie sny
Jak grom z tatrzańskich regli...
Wolność by tęczy tęczy błyśnie łuk-
tak nam dopomóż Bóg!

O, niedaremny był twój trud
I niedaremne znoje!
O, cześć Ci, sława, coś nas wiódł

Na pierwsze z Moskwą boje!
Przeorze Polskę dziś Twój pług-
tak nam dopomóż Bóg!




11 listopada 1918 r
– nastąpiło przekazanie przez Radę Regencyjną władzy nad podległym jej wojskiem Józefowi Piłsudskiemu. Tego dnia, po pertraktacjach Marszałka z Centralną Radą Żołnierską wojska niemieckie zaczęły się wycofywać z Królestwa Polskiego. W nocy rozbrojono również niemiecki garnizon stacjonujący w Warszawie. Dzień ten stał się dla Polaków Świętem Niepodległości spontanicznie. Trzeba było jednak aż 19 lat, by ustanowić go oficjalnie świętem narodowym (ustawą z kwietnia 1937 roku). Stąd też do czasu wybuchu II wojny światowej dzień ten obchodzono jako święto państwowe tylko dwa razy – w roku 1937 i 1938. Usunięto go z kalendarza rocznic na niemal cały okres PRL, a przywrócono dopiero ustawą Sejmu IX kadencji (jeszcze w PRL), 21 lutego 1989 roku.

Było jednak takie miejsce w Polsce, gdzie 11 listopada zawsze był hucznie obchodzonym świętem, choć nie jako Święto Odzyskania Niepodległości, a jako dzień Świętego Marcina.


Żywot Świętego Marcina (za Wikipedią)

Urodził się ok. 316 r. w Panonii na Węgrzech. Jego ojciec był rzymskim legionistą. Kiedy Marcin był dzieckiem, ojciec przeniósł się wraz z całym garnizonem do włoskiego miasta Pavii. Tam Marcin zetknął się z chrześcijanami i mając zaledwie 10 lat, wpisał się na listę katechumenów. 
W roku 338 Marcin, już jako rzymski legionista, przerzucony został wraz z całym garnizonem do Galii w okolice miasta Amiens. Tu właśnie miało miejsce wydarzenie znane z żywotu Świętego i utrwalone w bogatej ikonogarafii. Kiedy zimą u bram miasta Marcin napotkał półnagiego żebraka oddał mu połowę swojego płaszcza. W nocy we śnie pojawił mu się Chrystus odziany w jego płaszcz i przemówił do aniołów: Patrzcie, jak mnie Marcin, katechumen przyodział.

W owych latach panowało przekonanie, że chrześcijanie nie powinni pełnić służby wojskowej, gdyż jest ona związana z przelewem krwi. Stąd Marcin postanowił zrezygnować z życia legionisty. Okazja ku temu nadarzyła się w 354 r., kiedy towarzyszył on ariańskiemu cesarzowi Konstansowi w wyprawie przeciwko germańskim Allemanom. Według zwyczaju w przeddzień bitwy dla zachęty dawano żołnierzom podwójny żołd. Marcin zamiast żołdu poprosił dowódcę o zwolnienie z wojska. Rozgniewany wódz kazał aresztować Marcina. Wówczas Święty zażądał, by podczas bitwy pozwolono mu wyjść do pierwszego szeregu, a on bez broni walczyć będzie jedynie znakiem krzyża. Tak się stało i wtedy właśnie wróg poprosił o zawarcie pokoju. Chrześcijanie widzieli w tym wyraźny znak Boży.
 
Kiedy spotkał się z biskupem Poitiers św. Hilarym i zwierzył mu się z pragnienia poświęcenia się na wyłączną służbę Bożą w charakterze ascety, biskup wydzielił mu w pobliskim Ligugé pustelnię. Tam Marcin zamieszkał z kilkoma towarzyszami. W ten sposób stał się ojcem życia zakonnego we Francji. Sława życia i cudów Marcina rozniosła się po całej okolicy. Po śmierci biskupa Tours kapłani i wierni błagali go, by przyjął godność biskupią. Ten jednak odmówił. Według opowieści ukrywał się on nawet w pomieszczeniu gospodarskim, by nikt go nie znalazł. Wydały go zamknięte z nim gęsi swym gęganiem.
4 lipca 371 roku Marcin otrzymał święcenia kapłańskie i sakrę biskupią. Mimo zasiadania przez 26 lat na stolicy biskupiej żył nader skromnie; "ciało swe trapił włosiennicą i postami". Porzucił on styl życia hierarchów ówczesnej Galii, co niektórzy mieli mu za złe. Marcin stawał zawsze w obronie niewinnych i niesłusznie oskarżonych, wobec bliźnich zawsze okazywał wyrozumiałość i miłosierdzie. Zmarł 8 listopada 387 r.

 
Dzień świętego Marcina

Z czasem św. Marcin stał się świętym “narodowym" Francji. Doliczono się ok. 700 miejscowości, które od jego imienia zapożyczyły we Francji swoją nazwę oraz 3670 parafii, które obrały go sobie za patrona. Relikwie św. Marcina złożono w r. 470 w absydzie bazyliki Św. Marcina w Tours, wystawionej nad jego grobem.
Święty Marcin był zresztą niezwykle popularny w całej ówczesnej chrześcijańskiej Europie.
Święto ku jego czci ustanowiono w połowie VII wieku na dzień 11 listopada (data jego pochówku). Naturalną koleją rzeczy obrzędy kościelne połączyły się wtedy z niektórymi zwyczajami pogańskimi. Listopad był bowiem przed wiekami niezwykle ważnym miesiącem: kończono wówczas jesienne prace w polu, składano pogańskim bogom ofiary ze zwierząt, próbowano wywróżyć zimową aurę, urządzano uczty z muzyką i tańcami, podczas których stoły uginały się pod gęsiną i dzbanami z młodym winem. W trakcie biesiadowania bogatsi (naśladując gest świętego) dzielili się jadłem i napojem z biedniejszymi.
Tradycyjne świętowanie obejmowało także wesołe zabawy z tańcami, wróżby i charakterystyczne potrawy, nawiązujące do barwnej legendy o żywocie św. Marcina. Nieodłącznym atrybutem wieczoru marcińskiego była pieczona gęś – tzw. gęś świętego Marcina. Obecność tej potrawy podawanej na różne sposoby przypominała barwną legendę związaną z tamtym wieczorem sprzed wieków, gdy poszukiwano Marcina, by powierzyć mu odpowiedzialną służbę biskupa Tours. Za wydanie św. Marcina ludowi, gęsi ponoszą karę do dziś...
Ogólną rzeź gęsi na św. Marcina niektórzy odnoszą jednak do czasów rzymskich i innego św. Marcina – papieża (pontyfikat od 5 lipca 649 do 16 września 655) , który pierwszy podczas wielkiego głodu, pozwolił użyć na posiłek tych ptaków, szanowanych dotąd za ocalenie Rzymu od Gallów. 

W Polsce w wielu miejscach zachowywano 40-dniowy post adwentowy, który zaczynał się po dniu św. Marcina, czyli 12 listopada. W tym dniu spożywano ostatni raz gęsie mięso przed postem. Chłopi składali swoim panom po dworach daniny, a ci biesiadowali przy mięsiwie suto zakrapianym węgrzynem.

 

Skąd wziął się święty Marcin w Poznaniu

Święty Marcin jest - obok patronów miasta Piotra i Pawła - najbardziej popularnym poznańskim świętym. Kościół pw. św. Marcina - jeden z najstarszych w mieście - ufundowany został w XII w. Tuż obok kościoła wykształciła się podmiejska osada zamieszkana przez rzemieślników, zwana od patrona - Święty Marcin. Wtedy też, na miejscu dawnego traktu wytyczono ulicę, która jest dziś jedną z głównych arterii miasta. Ulica Święty Marcin ( dokładnie tak! Nie – ulica Świętego Marcina, ale właśnie Święty Marcin, co często dziwi przybyszów z innych miast) nabrała wielkomiejskiego charakteru, kiedy u jej wylotu, w miejscu dawnych fortyfikacji otaczających miasto, powstał zamek cesarski i inne reprezentacyjne budowle składające się na tzw. Dzielnicę Zamkową. Ulicy Święty Marcin rokrocznie wyprawia się w Poznaniu imieniny. 11 listopada pojawia się na niej postać Świętego Marcina, który w stroju rzymskiego legionisty na białym koniu prowadzi barwny pochód po sumie odpustowej spod kościoła pod jego wezwaniem aż pod mury cesarskiego zamku, gdzie prezydent miasta przekazuje mu na ten dzień klucz do bram miasta.


 Świętomarcińskie rogale
 
Jak głosi legenda, to właśnie na odpuście w parafii św. Marcina, pojawiły się ponoć świętomarcińskie rogale. Tradycja ich wypieku sięga 1891 roku, kiedy to ówczesny proboszcz poznańskiej parafii pod wezwaniem św. Marcina, ks. Jan Lewicki, zaapelował do wiernych, aby - wzorem patrona - zrobili coś dla biednych. Józef Melzer, jeden z poznańskich cukierników, odpowiadając na apel proboszcza, upiekł trzy blachy rogali i przyniósł pod kościół. W następnych latach dołączyli do niego inni, aby każdy mógł w ten dzień najeść się do syta. Bogatsi poznaniacy kupowali smakołyk, a biedni otrzymywali go za darmo. Zwyczaj wypieku w 1901 przejęło Stowarzyszenie Cukierników. A po I wojnie światowej do tradycji obdarowywania ubogich powrócił Franciszek Rączyński, natomiast tuż po II wojnie światowej przed zapomnieniem rogala uratował Zygmunt Wasiński.
Tradycja wypiekania z drożdżowego ciasta wypełnionego masą makowo-migdałową świętomarcińskich rogali przetrwała w ten sposób do dziś.
Powstaniu rogala także towarzyszy legenda, według której podobno dawno, dawno temu wyśnił go jeden z poznańskich piekarzy, który ujrzał we śnie świętego Marcina jadącego na koniu, podniósł zgubioną przez jego konia podkowę i postanowił, że będzie piekł ciasto w takim właśnie kształcie.

Unijny znak geograficzny

W tym roku po raz ostatni poznaniacy zjedzą rogale bez certyfikatu unijnego. Od 19 listopada tego roku bowiem wejdzie w życie unijne rozporządzenie nadające rogalowi certyfikat "Produktu o Chronionej Nazwie Pochodzenia w Unii Europejskiej". Tym samym trafi on na listę regionalnych specjałów, które powstają z lokalnych surowców i według oryginalnych przepisów. W praktyce oznacza to, że prawdziwy rogal świętomarciński będzie wypiekany tylko w Poznaniu i w wyznaczonych powiatach Wielkopolski. Poza tym rejonem nikt nie będzie mógł używać tej nazwy. Przeciwko temu już protestują gminy graniczne Wielkopolski, które czują się z nią ściśle związane ( Złotów i Międzychód), a które przywileju wypieku certyfikowanych rogali mają być pozbawione.
Rogale nie należą do ciast najłatwiejszych do wykonania, ale jeśli ktoś zechce spróbować... :)

Przepis na rogale świętomarcińskie 
 
CIASTO
1 kg mąki pszennej
6 jaj
0,5 kostki masła
2 łyżki cukru
50 g drożdży
1 szklanka mleka

MASA
1,5 szklanki cukru pudru
200 g migdałów i orzechów
100 g białego maku (to nie pomyłka – potrzebna jest biała odmiana maku)
śmietana

Drożdże rozpuścić w niewielkiej ilości mleka. Jajka utrzeć z cukrem i połączyć ze stopionym masłem. Nie przerywając ubijania, dodawać porcjami przesianą mąkę, mleko oraz wcześniej przygotowane drożdże. Ciasto wyrabiać do chwili, gdy zaczną pokazywać się pęcherzyki i wtedy pozostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia. Migdały, orzechy i mak zaparzyć, zemleć, utrzeć z cukrem i śmietaną aż do uzyskania gęstej masy. Wyrośnięte ciasto rozwałkować i pokroić na kwadraty. Na każdy z nich nałożyć porcję wcześniej przygotowanej masy, uformować rogaliki i pozostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia. Wstawić do gorącego piekarnika i piec w temp. 220-250 stopni na złoty kolor.


A czy wiecie, jak nazywają się w Wielkopolsce krzaczaste astry o niewielkich kwiatkach? 
To są... marcinki :)

Mała wiśniowa namiętność


Mail od Xiężnej pozbawił mnie ostatnich złudzeń: „najzgrabniejsze czarne pantofle - koniecznie na obcasie” – brzmiał wyrok. „I cieliste rajstopy - au naturel Twoje ciało ma kolor cielisty i nie powinnaś udawać Czarnej Skały”. „Ależ ja...” – przyszło mi do głowy lecz nawet nie dokończyłam tej myśli, bo w porę dojrzałam podpis: „Pozdrawiam stanowczo”. 
  

Na miejscu byłam nieco przed umówioną godziną, ściskając w dłoni samotną czerwoną różę dziekczynną dla Xiężnej, której tak nadspodziewanie łatwo na ten jeden wieczór udało się wcisnąć mnie w wizerunek delikatnej istoty owiniętej w zwiewną czerń i drobiącej kroczkami w bucikach na wysokich obcasach. Czułam się niczym Magiczny Przedmiot Pożądania, tym bardziej, że po drodze utwierdził mnie w tym przekonaniu jakiś stołeczny menel, nucąc na mój widok: „najwięcej witaminy mają polskie... kobiety”. No cóż, wielbicieli człowiek sobie w końcu nie wybiera.
  

Zarezerwowany przez Julll stolik otaczały miękkie, wyściełane siedziska – każde „z innej parafii”. Wcisnęłam się w róg pluszowej kanapy i zagłębiłam w menu. „Wiśniowa namiętność” – to było coś, co od razu przykuło mój wzrok. Filiżanka gorącej czekolady z bitą śmietaną i likierem wiśniowym. Mając do wyboru małą wiśniową namiętność i dużą wiśniową namiętność, skromnie zamówiłam tę mniejszą.

Zaraz potem pojawiła się Julll, cała wypełniona szczęściem przyszłej młodej mamy. A później zjawiały się kolejne damy – Agnieszka Zet z uśmiechem równie ciepłym i słonecznym jak jej żółtawy sweterek, bladoróżowo-muślinowa tym razem, ale jak zwykle elegancka Xiężna, przywodząca na myśl hiszpańską piękność czarnowłosa Referentowa Bulzacka w krwistoczerwonym bolerku i z szyją owinięta takimiż koralami i wiosenna Kocic w kwiecistej sukience i Magicznych Czerwonych Pantofelkach, która opadła na kanapę obok mnie, obrzuciła badawczym spojrzeniem moją torbę i spytała o to, co najważniejsze: „słonia masz?”. Nie miałam. Malachitowy słoń przegrał w konkurencji z aparatem fotograficznym i okularami i nie zmieścił się w tej nieszczęsnej torebce (od początku wiedziałam, że jest stanowczo za mała). Dziś wiem także, że mój wybór był nietrafny, bo aparatu ani okularów nie wyciągnęłam z torby ni na sekundę.
  

Stanowczo za długo przyszło nam czekać na Sosenkę i Panią Łyżeczkę, które z oddali podawały nam jedynie zmieniające się współrzędne miejsc, przez które się przemieszczały, a które to dane świadczyły o tym, że na przemian to zbliżają się, to znowu oddalają od miejsca naszego spotkania. 

Jednak w końcu i one dotarły. Łyżeczka w koronkowej bluzeczce, a Sosenka w spodniach i traktorach, ale z zapewnieniem, że w plecaku ma odświętne pantofelki, które w każdej chwili może przyodziać. 

Na dowód tego, że jest przygotowana na wszystko, wyciągnęła z plecaka koronkowe rękawiczki i wcisnęła je na dłonie. Sosenka pojawiła się z męską obstawą w osobie Mohorta, który na tym babskim spotkaniu zachowywał się niezwykle przyzwoicie – głównie udając, że go tu wcale nie ma. 
  

Siedziałyśmy tak, sącząc czekoladowe delicje w różnych odmianach. Xiężna postanowiła nie korzystać z „gotowców”, ale zażyczyła sobie swoją własną kompozycję, co zresztą podczas obliczania rachunku zaowocowało tym, że zagubiona kelnerka nie bardzo była w stanie obliczyć odpowiednią kwotę i w końcu stwierdziła, że dodatki w czekoladzie Xiężnej „były za free”. „Za free?” – Xiężna uniosła ze zdziwieniem brwi – „Czy chcesz, dziecko, przez to powiedzieć, że jestem na twoim utrzymaniu?”
  

Czas się kończył. Część z nas wybierała się jeszcze na imprezę salonową w „Rozdrożu”, Xiężnę wzywały sprawy domowe, a Agnieszka chciała jak najszybciej znaleźć się w hotelu, bo do Warszawy przyjechała służbowo – na weekendową konferencję. Mnie trudno było podjąć decyzję. 

Z jednej strony nie miałam ochoty na zatłoczoną salę, z drugiej – żal mi było rozstawać się z Kameralnymi, bo przecież nie wiadomo kiedy będzie następna okazja do spotkania. 

I znów wybrałam źle.
  

„Rozdroże” uderzyło mnie gwarem i tłumem osób znanych ze zdjęć na „czerwonych” blogach oraz nieznanych zupełnie. W tym gwarze i tłumie rozpłynęła się gdzieś atmosfera naszego „czekoladowego spotkania”. 

Nagle zrozumiałam, że wcale już nie jestem ciekawa czy Jaś Osiecki wygląda w naturze równie niemądrze jak na swoim blogowym zdjęciu albo czy dowcip Ludwika Dorna w odpowiedziach na pytania blogerów okaże się równy dowcipowi jego tekstów pisanych.
  

Wróciłam do domu, bo wiedziałam z całą pewnością, że wszystko, co miało dla mnie wartość, zdarzyło się już wcześniej. W tamtym miejscu, w którym Xiężna wydobyła (nie wiadomo skąd, bo torebkę miała przy sobie niewielką) turkusowy woal i owinęła nim Łyżeczkę, a my patrzyłyśmy, jak w tym obłoczku turkusu jej buzia nagle znów przybiera rysy Królowej Elfów. 

Tak... wszystko, co ważne, zdarzyło się już tam – nad miniaturową filiżanką słodkiej małej wiśniowej namiętności.


Wywiad, który się nie ukazał, czyli aneks do historii losów wołyńskich


Na początek małe objaśnienie. Ten wywiad przeprowadziłam niespełna trzy lata temu. Wskutek rożnych perturbacji ostatecznie nie ukazał się nigdy drukiem, a ponieważ nie chciałam sprzedawać go byle gdzie, pozostał schowany "w szufladzie" aż po dziś dzień. Uznałam, że jednak go pokażę jako swoisty aneks do mojego wczorajszego tekstu o wydarzeniach na Wołyniu. Losy jednej z polskich rodzin...


Opowieść rodzinna Krzesimira Dębskiego

 
Krzesimir Dębski to osoba nie wymagająca prezentacji. Kompozytor, skrzypek jazzowy, dyrygent, którego zna każdy, komu polska twórczość muzyczna nie jest obca. Dziś tworzy także nową muzykę do 16 klasycznych komedii Chaplina. Ale nie dlatego umówiłam się z Krzesimirem na rozmowę w pięknym ogrodzie jego podwarszawskiej posiadłości, by dopytywać go o bliższe i dalsze plany artystyczne. Chciałam, aby opowiedział o swoich rodzinnych korzeniach... Zgodził się. Siedzieliśmy nad stertą pożółkłych fotografii, z których spoglądały na mnie twarze będące dziś już tylko Krzesimirowym wspomnieniem. 

I popłynęła opowieść o ludziach, których losy splotły się z Polską i... Ukrainą.  

 
Dziadkowie
  
Matka Krzesimira, Aniela z domu Sławińska, pochodzi z Wołynia. Jej ojciec, Antoni, służył w armii carskiej. Oglądam zdjęcie, które zawsze budziło w rodzinie Krzesimira kontrowersje. Jest na nim wojskowy w mundurze z nie zapiętym jednym z guzików. Jedni uważali to za nonszalancki gest niepokornego Polaka, inni twierdzili, że szacunek dla munduru jest czymś zgoła odmiennym niż przysięga złożona zaborcy. - Kwestia ta nie została nigdy do końca rozstrzygnięta, choć zajmowały się nią w rodzinnych dysputach kolejne pokolenia – tłumaczy mi z uśmiechem Krzesimir. Ze strony ojca płynie w Krzesimirze odrobina kozackiej krwi.

Dziadek Leopold był Polakiem pochodzącym z Kołomyi, później znanym we Lwowie lekarzem. O jego niezwykłej męskiej urodzie krążyły anegdoty. Ożenił się z Anisją Czemierkin - kozaczką, Ukrainką z Zaporoża, której rodzinę przesiedlono na Kaukaz. 

   
Rodzice
  
Włodzimierz Sławosz Dębski, ojciec Krzesimira i jego dwóch braci, z których starszy jest inżynierem, a młodszy weterynarzem, urodził się we Lwowie, ale to na Wołyniu spotkał Anielę Sławińską i to właśnie Wołyń stał się wielką miłością obojga rodziców. Tam się spotkali po przeniesieniu się rodziny Dębskich ze Lwowa do Kisielina, a to spotkanie dokonało się w bardzo tragicznych okolicznościach. Zmarły 5 lat temu Włodzimierz Dębski był uzdolnionym człowiekiem. Był muzykiem i kompozytorem, potrafił także malować. Przez wiele lat opracowywał również monografię miejscowości z gminy Kisielin na Wołyniu i samego Kisielina, gdzie upłynęła jego młodość. Sam Kisielin jest niewielkim miasteczkiem, ośrodkiem ariańskim, w którym zachowały się resztki zabytkowej drukarni ariańskiej i kolegiaty jezuickiej. Dziś rodzina Dębskich przygotowuje do wydania obszerną, dwutomową monografię autorstwa Włodzimierza, zawierającą historię tej ziemi, genealogię jej mieszkańców, szczegółowy opis zwyczajów i charakterystycznych miejsc, tworzących niepowtarzalną atmosferę. Atmosferę, do której rodzicie Krzesimira tęsknili nieprzerwanie. W tym miasteczku zgodnie żyli obok siebie Żydzi, Polacy i Ukraińcy. Nie integrowali się, ale nie było również konfliktów. Wszystko zmieniła wojna. Tego, co się stało, rodzice Krzesimira nigdy nie potrafili zrozumieć...

   
Spotkanie
  
W 1943 roku coraz częściej dochodziły do Kisielina wieści, że na Wołyniu Ukraińcy mordują Polaków. Równocześnie coraz więcej mężczyzn pochodzenia ukraińskiego znikało z miasteczka – mówiono, że zaciągają się do ukraińskiej partyzantki. Nie spodziewano się, by spokojne miasteczko mogło się stać sceną krwawej tragedii. Aż do początków lipca, kiedy to miastem wstrząsnęła wieść, że ukraiński policjant zamordował swoją żonę Polkę i dwóch synów. 11 lipca rodzice zarówno Anieli, jak i Włodzimierza zostali w domu. Nie poszli do kościoła na sumę. Poszły tylko ich dzieci. Gdy ludzie zaczęli wychodzić, kościół był już otoczony przez UPA. Większość cofnęła się, inni wychodzili z podniesionymi w górę rękami. Włodzimierz z bratem, wraz z tymi, którzy nie wyszli z kościoła, zabarykadowali się na pierwszym piętrze budynku plebani. Słyszeli strzały z karabinów. Później okazało się, że zabitych zostało ponad 80 osób. Przez kilkanaście godzin nielicznym obrońcom udawało się odpierać atak UPA, mimo że ich broń stanowiły jedynie siekiery i cegły. Ukraińcy w końcu zrezygnowali - podpalili plebanię i wycofali się do lasu. Na szczęście spadł deszcz, który ugasił płomienie. Dębskiemu odłamki granatu rozerwały tego wieczora nogę. Opatrunek zrobiła mu Aniela, która również zdołała schronić się na plebani. To było ich pierwsze spotkanie.  


 Wojenne losy
 
Po tym wydarzeniu rodzina Sławińskich ukrywała się jeszcze przez kilka dni w stodole swojego sąsiada. Potem tułali się, idąc coraz dalej na zachód. Aniela trafiła do słynnej 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, a kiedy ta została internowana przez sowietów, wcielono ją do Batalionu Platerówek Ludowego Wojska Polskiego. Włodzimierz Dębski znalazł się w szpitalu. Po amputacji nogi spędził tam kilka miesięcy. Na początku 1944 roku i on wstąpił do tej samej 27 Wołyńskiej Dywizji. Walczył aż do jej rozbrojenia w lipcu 1944 roku w Skrobowie na Lubelszczyźnie. Przed wcieleniem do Ludowego Wojska uchroniło go wojenne kalectwo. Przez te wszystkie wojenne miesiące nie spotkali się ani razu. Nie wiedzieli też nic o swoich losach. Odnaleźli się po wojnie, w Zamościu. Wzięli ślub i wyjechali do Wałbrzycha. To tam miało się rozpocząć ich nowe wspólne życie, z dala od ukochanego Kisielina. Włodzimierz nie miał już nigdy odnaleźć swoich rodziców. Przez wiele lat próbował trafić na ich ślady. Żmudne poszukiwania tylko częściowo odkryły tajemnicę ich losów. Podobno po wydarzeniach w kościele, mieszkali jeszcze w Kisielinie przez dwa tygodnie – aż do dnia, gdy UPA wyprowadziło z miasta do lasu ostatnią garstkę Polaków. Byli wśród nich. Ludzie powiadali, że Anisję Ukraińcy chcieli puścić wolno – miała w Ausweissie wpisaną narodowość ukraińską. Postanowiła zostać z mężem. Nie wiadomo jednak czy zginęli razem. Może Ukraińcy zabrali Leopolda do lasu, gdzie potrzebny był im jako lekarz? Może zabili go dopiero później? Nie pozostał żaden ślad. Mimo poszukiwań, nigdy nie udało się odnaleźć ich grobów. Z rodziny Sławińskich Ukraińcy również zamordowali niemal wszystkich. Z pożółkłej fotografii spoglądają na mnie młode twarze czwórki kuzynów Anieli. Tylko jednemu z nich – Witkowi – udało się przeżyć kaźń.  

 
Powojenna rzeczywistość

- Nazwa „Wołyń” towarzyszyła mi przez wszystkie lata – mówi Krzesimir – Po raz pierwszy usłyszałem ją we wczesnym dzieciństwie. Od dziecka znam też historię rodziny. O Wołyniu mówiło się jak o czymś drogocennym, co zostało utracone na zawsze. To było „coś własnego” w tym PRL-owskim świecie, którego mój ojciec nigdy nie zaakceptował. Rodzice poddali się uczuciu, które dziś nazywa się mianem emigracji wewnętrznej. W domu było wiele rozmów o przeszłości, wspomnienia ożywały, gdy odwiedzali nas przyjaciele rodziców z partyzantki,dawni żołnierze AK, więźniowie prześladowani za przekonania polityczne. Nie musiałem wychodzić z pokoju podczas ich rozmów. Nie ukrywano przed dziećmi niczego. Siedziałem, przysłuchiwałem się... a potem - uśmiecha się łobuzersko - miałem problemy na lekcjach historii. Zawsze gdy na stole pojawiały się wiśnie, rodzice powtarzali, że nigdzie na świecie nie znajdzie się ich tak ogromnych i słodkich, jak na Wołyniu. Nie udało im się wrosnąć w to otoczenie społeczne. Miejscowi nazywali ich Ukraińcami i patrzyli na nich nieufnie. Oni przywykli żyć na uboczu tego świata. Ojciec unikał wszystkiego, co miało związek z istniejącym systemem i zakłamaną informacją. Nie zgadzał się nawet na kupno telewizora. Pierwszy telewizor wypożyczyli w 1974 roku tylko po to, aby oglądać mecze piłkarskie podczas mistrzostw. Krzesimir studiował już wtedy na Akademii Muzycznej w Poznaniu. Kilka razy przeprowadzali się z miejsca na miejsce. Po Wałbrzychu były Kielce, potem Lublin.
- Wszystko odbywało się zawsze według tego samego scenariusza – śmieje się Krzesimir – Ojciec w nowym miejscu zawsze najpierw był nauczycielem, potem zostawał dyrektorem szkoły, a potem go wyrzucali.
W jakiś czas po tym, jak Waldemar zostawał dyrektorem, pojawiał się „opiekun szkoły” – oficer UB, a w późniejszych latach SB – i polecał sporządzenie raportu o postawie politycznej nauczycieli i uczniów – Wiecie, towarzyszu, potrzebujemy dokładnych informacji – mówił.
- Ojciec próbował się wykręcić, w końcu przyciśnięty do muru odpowiadał: „nie jestem towarzyszem” i oczywiście nie pisał... no i jechaliśmy do następnego miasta – opowiada Krzesimir - Zwykle pierwszy wyjeżdżał ojciec, a nas sprowadzał po kilku miesiącach na nowe miejsce. Pamiętam, że w Kielcach toczyła się ostra walka z kościołem. Zamknięto biskupa Kaczmarka, żądano wyrzucenia nauczycieli, zakazano ojcu prowadzić chór kościelny. Nie chciał się podporządkować temu zakazowi. Znów skończyło się to wyjazdem. Tym razem do Lublina. Tam wreszcie osiedliśmy na dobre.  

 

Raj utracony 

Włodzimierz Dębski całe lata tęsknił za Wołyniem. Marzył o podróży. I to marzenie w końcu się spełniło. Po raz pierwszy od wojny pojechał tam w latach siedemdziesiątych, wraz z oficjalną delegacją. Po powrocie zaczął malować. Ale nie to, co zobaczył, a to, co zachowało się w jego pamięci z czasów przedwojennych. Zaczął pisać wspomnienia, które stopniowo przerodziły się w monografię tamtych okolic. Odtwarzał z własnej pamięci wygląd dawnego Kisielina i pomagał jej, prowadząc korespondencję z ocalałymi mieszkańcami miasteczka. Kisielin odwiedził jeszcze kilkakrotnie. W latach dziewięćdziesiątych zaczęli na Lubelszczyznę przyjeżdżać drobni handlarze z wolnej już Ukrainy. Niektórzy zatrzymywali się w mieszkaniu Dębskich. Dla Waldemara byli to cenni goście – dzieci i wnuki ludzi, których znał przed wojną. W swoich podróżach na Wołyń zawsze próbował szukać śladów rodziców – Anisji i Leopolda. Wielokrotnie spotykał się z Ukraińcem – Andriejem Sokoliukiem, o którym miejscowi twierdzili, że wie najwięcej o tamtych tragicznych zdarzeniach. Sam Sokoliuk twierdził, że niewiele wie i niewiele pamięta. Słyszał strzały, ale uciekł do lasu. Nic nie wie o losie rodziców Waldemara. Andrej Sokoliuk nigdy nie pojechał do Polski, choć wielokrotnie był zapraszany. Podobno ukraińskiej dziennikarce, która przyjechała pisać o nim reportaż tłumaczył, że bał się zemsty Polaków. Zemsty za co? Tego nie chciał powiedzieć. 

 

Podróże Krzesimira w przeszłość  

W 1977 roku oboje z matką wyprawili się na Kaukaz. Pojechali do Stawropolskiego Kraju.
Na Kaukazie została siostra babci Anisji Czemierkin, której jeszcze z Wołynia babcia wysyłała paczki w czasie olbrzymiego głodu. Te paczki ratowały życie. Rodzina tej ciotecznej babki odnalazła w Polsce Dębskich przez Czerwony Krzyż. Ta podróż zostawiła po sobie przedziwne wspomnienia. Krzesimir i jego matka byli tam pierwszymi obcokrajowcami i codziennie musieli meldować się na milicji. Wioska, do której przyjechali, liczyła 15 tys. ludności.
– O dziwo najwięcej można było się dowiedzieć od kuzynów pijaków, wykluczonych poza obręb społeczności – mówi Krzesimir - Nie wiadomo jaka tak naprawdę była ta ich świadomość, ale pijąc krzyczeli „precz z komuną!” i to oni potrafili powiedzieć najwięcej o losach rodziny.
Widząc zdziwienie w moich oczach, dopowiada – Widzisz, trzeba tam być na miejscu, trzeba zobaczyć na własne oczy, żeby zrozumieć. Kozacy byli białogwardzistami – później więc zsyłano ich masowo na Syberię. Wielu z nich nie wiedziało ile mają lat, nie mieli żadnych dokumentów, często nie znali nawet imion swoich rodziców. Żyli jak w łagrze, nie mogli nigdzie wyjeżdżać. Kiedy powstawały kołchozy, kozakom trudno było dostosować się do nowych warunków. Niektórym się udało, inni nie pracowali, a tylko zapijali się na śmierć. Społeczność wyrzucała ich poza swój obręb. Nie pasowali do obrazu sowieckiego człowieka. Trzymali się więc na uboczu, ale może właśnie dzięki temu zachowała się w nich jakaś pamięć dawnych lat. Dzięki nim odkryliśmy rodzinną ciekawostkę, że Andriej Czemierkin, zasymilowany kozak, wielokrotny radziecki medalista olimpijski wagi ciężkiej jest naszym dalekim kuzynem.
Krzesimir odbył z matką jeszcze jedną podróż – tym razem na Wołyń.
Pojechali tam z ekipą filmową, która chciała nakręcić film o losach rodziny Dębskich. Kisielina znanego Krzesimirowi z opowiadań rodziców i z obrazów malowanych przez ojca, praktycznie już nie ma. Na miejscu starych domów pobudowano nowe, miejsca po innych zajęły kołchozowe pola. - Próbowaliśmy odnaleźć znane moim rodzicom miejsca i zagubione ślady naszej rodziny. Pozostało mi w pamięci smutne wrażenie opustoszałych terenów, bez dawnych, tętniących życiem miasteczek i wiosek, a w tych, które się uchowały - straszyły zrujnowane kościoły i zaniedbane domostwa – mówi ze smutkiem Krzesimir. O losach rodziny nie dowiedzieli się praktycznie nic ponadto, co już wcześniej odkrył ojciec. 

Ukraińcy im nie dowierzali, patrzyli z ukosa na ekipę filmową.
- Czasem ktoś kiwał na nas zza węgła albo zza krzaków, bojaźliwie rozglądając się na wszystkie strony i podawał jakąś informację. – przypomina sobie Krzesimir
– Nie wiem dlaczego, ale to wszystko sprawia wrażenie, jakby tymi ludźmi wciąż kierował strach. Zupełnie jak kilkadziesiąt lat temu, gdy za pomaganie Polakom groziła śmierć z rąk UPA. Był taki jeden, który jak się wydawało, bardzo chciał nam pomóc. Towarzyszył ciągle ekipie, całował matkę po rękach i obiecywał, że zdradzi miejsce pochówku dziadków. Później jednak nagle znikł. Od kogoś innego dowiedzieliśmy się, że to właśnie on brał udział w mordzie – milknie na dłuższą chwilę, a ja nie wiem jak ją przerwać. Udaję, że jestem bardzo zajęta nalewaniem sobie do szklanki wody z plastrami cytryny i limonki z oszronionego dzbanka, który z uśmiechem postawiła przed nami pani domu – Ania Jurksztowicz. Ale Krzesimir już za moment sam przerywa tę dźwięczącą ciszę, mówiąc - Moi rodzice zawsze bardzo tęsknili za tamtymi stronami. Może dlatego, że właśnie tam przeżyli swoje najpiękniejsze młode lata, a może – tak, jak twierdzili – dlatego, że był to najwspanialszy skrawek ziemi pod słońcem, który wabił do siebie, inspirował i przywiązywał. Nie wiem czy chciałbym to zrobić dla samego siebie, czy może dla mojego nieżyjącego już ojca albo dziadka Leopolda, ale... chciałbym na tamtej ziemi odbudować ruiny kościoła z plebanią i drukarnię ariańską, przywrócić do dawnej świetności kolegiatę jezuicką. Chciałbym posadzić drzewka wiśni - może znów rodziłyby największe na świecie owoce. Może nawet mógłbym tam zamieszkać... – mówi coraz wolniej, jakby już tylko do siebie, uśmiechając się do swoich myśli, ale nagle dodaje, smutniejąc - Tylko... jak przezwyciężyć narosłe przez lata zaszłości i uprzedzenia Ukraińców?

"Jeśli zapomnę o nich, Ty Boże zapomnij o mnie"...


W tym roku mija 66 lat od rzezi Polaków dokonanej na Wołyniu przez ukraińskich nacjonalistów. Jest to rocznica umowna, bo pierwsze mordy rozpoczęły się już w 1939 roku, przerodziły w systematyczną eksterminację w roku 1942 i trwały aż po rok 1947. Jednak największe ich nasilenie przypada na letnie miesiące 1943 roku. 11 lipca 1943 podpalono i wymordowano ludność jednocześnie w 167 miejscowościach na Wołyniu. W ciągu całego lipca 1943 r. oddziały eksterminacyjne pojawiły się w ponad 500 miejscowościach. Ludobójstwa dokonywano nie tylko na ludności polskiej, ale także żydowskiej, czeskiej, ormiańskiej i na samych Ukraińcach, którzy ginęli, jeśli chcieli nieść pomoc ofiarom. Z wołyńskich Polaków zginęło co najmniej 60 tys. - najprawdopodobniej jednak znacznie więcej ludzi (niektórzy historycy wspominają nawet o 250 tysiącach) – głównie kobiet, dzieci i starców. OUN rękami swoich oddziałów UPA nie tylko zabijało całe rodziny, ale niszczyło wszelkie ślady obecności Polaków na tej ziemi. Burzono i podpalano domy, kościoły, a nawet wycinano polskie sady. 

Pamiętamy o Katyniu. Żaden Polak nie powie, że nie była to zbrodnia na polskim narodzie. Tymczasem wołyńska hekatomba to ofiary jakichś „zajść” czy „wydarzeń”. Zamiast o zaplanowanej i konsekwentnie realizowanej rzezi, mówi się nieśmiało o nieszczęściu „obu narodów” mającym swe źródło we „wzajemnej nienawiści”, zapominając, że OUN i jego przywódcy kierowali się ideologią zbliżoną do faszyzmu i nazizmu, a ideolog ukraińskiego nacjonalizmu - Dmytro Doncow był zagorzałym wielbicielem Mussoliniego i Hitlera, których dzieła tłumaczył na ukraiński i z inspiracji których korzystał przy tworzeniu zrębów programu założonej w 1929 r OUN. Dziś, wspominając o ofiarach na Wołyniu, przytacza się niejednokrotnie wyliczenia, że „zginęło około 100 tysięcy Polaków, a po stronie ukraińskiej było około 30 tysięcy ofiar”, nie dodając przy tym, że owe 30 tysięcy ofiar po stronie ukraińskiej, to w większości ofiary nie polskich akcji odwetowych, ale również ofiary ukraińskiego nacjonalizmu. 

 

Stanisław Srokowski, uratowany w dzieciństwie od śmierci przez młodą Ukrainkę, który za swoją powieść dotyczącą rzezi dokonanej przez Ukraińców "Nienawiść" otrzymał 11 listopada 2007 r. wyróżnienie w konkursie Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza, mówi: „Całe Kresy stanowiły bogate, wielokulurowe społeczeństwo. Nie odczuwałem żadnej niechęci do innych nacji. Ale kiedy nadeszły mordy, wieś pękła. Najbardziej dramatyczne stały się sunące ku nam echa zbrodni, które nas okrążały i koło śmierci zacieśniało się jak pętla na szyi. Zabijano nasze dusze na raty, dzień w dzień, noc w noc. Najpierw gdzieś daleko komuś odcięto język, bliżej wydłubano oczy, a najbliżej porżnięto piłami. I w tym oczekiwaniu na śmierć musieliśmy żyć.[...] Polacy w ogóle nie byli przygotowani. To było wielkie trzęsienie ziemi w dziejach Polski i tamtej Europy. Najpierw wydawało się, że to jednorazowa zbrodnia i więcej się nie powtórzy. Ale było coraz gorzej. Mordy stawały się coraz okrutniejsze, coraz bardziej wyrafinowane. Płonęły kolejne wsie, palono żywcem tysiące Polaków. Groza wydarzeń uświadamiała skalę okrucieństwa, męczeńską śmierć, którą trudno do dzisiaj zapomnieć.[...] Niedawno pojechałem na Kresy, by się upewnić, że kiedyś tam mieszkałem. 
W człowieku żyje potrzeba rekonstrukcji własnego życia, sprawdzenia, czy się rzeczywiście istniało i czy istniał tamten świat. Szukamy własnych korzeni. Mimo, że sam przeszedłem przez piekło, wciąż miałem poczucie, że to nieprawda, a koszmarny sen. Dotarłem do miejsca, gdzie był mój dom, ale już go nie ma. Nie ma cmentarza, płyty nagrobne zniszczone, krzyże powyrywane, pasą się tam krowy. Kościół zamieniono w magazyn. I ta dzwoniąca w uszach, straszna cisza po Polakach! Płakać się chce![...] Mieszkańcy ukraińskich wiosek idą w zaparte i twierdzą na ogół, że Polacy tam w ogóle nigdy nie mieszkali. [...] Im się wydaje, że to Polacy są winni. Kiedy opowiadam prawdę, nie chcą jej przyjąć. Mówią, że to niemożliwe. I ja ich rozumiem. Bo tego normalny umysł nie jest w stanie ogarnąć.”  
Cytat ze strony ks. Isakowicza-Zaleskiego: „Zabijanie bezbronnych siekierami stało się ukraińskim etosem narodowym. Najlepiej ilustruje to opis zawarty w monografii ludobójstwa Polaków na Tarnopolszczyżnie. Otóż Stefan Dancewicz, były mieszkaniec wsi Puźniki w powiecie Buczacz, wymordowanej przez UPA, przybył parę lat temu w rodzinne strony. Oto co zapisał w swojej relacji: Zapytani młodzi Ukraińcy na Zalesiu, gdzie była suszarnia, w której banderowcy w 1945 r. spalili żywcem kilkudziesięciu Polaków, niewiele wiedzą o tamtych tragicznych czasach (...) Inny młody Ukrainiec zapytany, "Czy on walczył za Samostijną Ukrainę?", odpowiedział, że nie, bo wtedy był jeszcze za mały i żałuje, że nie mógł tego robić, ale dodał: "mój ojciec za to dobrze rąbał". Nie potrafił jednak odpowiedzieć, za co "rąbał" sąsiadów - Polaków.  

Pamiętajmy o słowach człowieka, któremu jako 7-letniemu dziecku udało się uniknąć straszliwej, męczeńskiej śmierci i któremu tamta barbarzyńska rzeź po dziś dzień śni się po nocach: „To nie tylko śmierć kilkuset tysięcy niewinnych ludzi. To zagłada wielowiekowej cywilizacji i kultury europejskiej, która wyrosła na Kresach. Zamiary zbrodniarzy sięgały daleko. Nie tylko wyciąć w pień Polaków. Ale i zadać śmiertelny cios nauce i kulturze, które w tym regionie przez stulecia wytwarzały intelektualną i duchową rzeczywistość Europy. 

Tutaj rozwijał się szacunek dla dziedzictwa narodowego, które świeciło blaskiem wielu ludów. Tutaj kształtował się charakter narodowy, podstawowe zasady moralne, wrażliwość i wyobraźnia, duma, godność i honor, wartości, których tak często nam dzisiaj brakuje. Tutaj wprowadzał na salony polski język Mikołaj Rej. Niedaleko stąd pisał Kochanowski. A całe Kresy to potęga polskiej i europejskiej literatury: Mickiewicz i Słowacki, Miłosz, Lem i Herbert, ale też Fredro, Leśmian, Staff, Brzechwa, Bruno Schulz, Parandowski, Makuszyński i setki innych. A ileż by jeszcze na tej urodzajnej ziemi wyrosło geniuszy, gdyby ich, jako dzieci, nie zadźgano nożami. Kresy to też Ossolineum, Uniwersytet Jana Kazimierza, głośna na cały świat szkoła matematyczna z profesorami - Stefanem Banachem i Hugonem Steinhausem na czele. To setki pałaców i dworków, w których kwitło życie kulturalne. 

I to wszystko obrócono w pył. Wielki fragment europejskiej cywilizacji runął w przepaść. Zieje tam dzisiaj pustka.” 


 

Zapalmy znicze... przez pamięć na naszych dziadków i pradziadków. 

Żeby nie pozostała po nich pustka... także w naszych sercach.