niedziela, 27 września 2009

Porozmawiajmy zatem


 
– zainspirowane dyskusją z Michałem Bąkowskim (Wydawnictwo Podziemne) o patriotyzmie, tożsamości narodowej i... Norwidzie 


Pan Michał Bąkowski postawił mi kilka pytań w dyskusji, jaka rozpoczęła się w innym wątku. Pytań dla mnie bardzo istotnych. Ich waga nie pozwala mi odpowiedzieć na nie kilkoma zaledwie zdaniami i stąd ten nowy wątek. Na początek wklejam w całości wypowiedź Pana Michała, bo to ona stała się przyczyną powstania tego wpisu.

 
Nie stawajmy w szranki. Czy rzeczywiście trzeba? Rozmowa jest podobno nerwem życia, czy nie można w zamian porozmawiać? W rozmowie zawiera się cała (niemal) istota życia duchowego. Rozmawiając, żyje się pełniej. Czy możemy więc porozmawiać? 

Ma Pani za złe Mackiewiczowi, że podawał Europę Wschodnią jako kraj swego pochodzenia. Dlaczego? Czyż nie jest to bliższe "Litwo, ojczyzno moja..." niż "patriotyzm języka", do którego sprowadza się dzisiejszy "patriotyzm"? Proszę pamiętać, że jego kuzyn był Litwinem, inny bolszewikiem, a brat rodzony prlowskim zdrajcą. Ludzie różnie w tamtych czasach wybierali, a czy sądzi Pani, że z dwóch braci Szeptyckich ten był bardziej patriotyczny, który został polskim generałem, niż ten, który był unickim kardynałem i ojcem narodu ukraińskiego? Kochać można kraj, raczej niż naród. To też jest patriotyzm. I Mackiewicz kochał swój kraj, w którym większość mówiła po rusku (jak by dziś powiedziano, białorusku), polski naród poszedł sobie gdzie indziej i patrzył na kraj Mackiewicza jak na kresy, a to nie był dla niego kres czegokolwiek, tylko samo centrum. Kochał ten kraj i ludzi w swoim kraju ("jako część krajobrazu"), a obojętne mu było, jakim mówili językiem. Niechże mu Pani daruje i nie ma już do niego pretensji. Bardzo proszę. 

Mówi Pani "ojczyzna była w sercu", a czy tak nie powinno być? Polska jest w tym względzie dziwnym wypadkiem, bo często jej nie bywało, więc serce było dla niej przytulnym miejscem. Ale proszę mi powiedzieć - tylko rozmawiamy, nie wchodzimy w szranki! - czy uważała Pani zawsze prl za nie-Polskę? Bo ja nie. Józef Mackiewicz musiał mnie walnąć obuchem po głowie, żeby mnie przebudzić z patriotycznej drzemki. Kto tak naprawdę w prlu uważał, że nie mieszka w państwie polskim? Tak uważała nawet ogromna większość politycznej emigracji, co dopiero ludność prlu! Patrząc wstecz, ludzie mówią teraz, "to nie było polskie państwo, ale teraz jest!"  

A co Pani sądzi? Bez wchodzenia w szranki, po prostu rozmawiając. 


Mówiła Pani kilkakrotnie o utracie tożsamości. Wyznaję, że nie rozumiem tego (tylko rozmawiamy!). Czy mi się zdaje, czy Norwid pisał, że "Polak w Polaku olbrzym, a człowiek w Polaku karzeł" (proszę mi wybaczyć, cytuję z pamięci), więc i co z tej tożsamości? Czy nie lepiej by było trochę mniej tożsamości, ciut mniej patriotyzmu, a więcej człowieczeństwa?  

  * * * 

Zacznijmy od Norwida (dobrze, że Pan go przypomniał). Ja przypomnę coś jeszcze. Norwid rozwinął przywołaną przez pana myśl pisząc także, iż "Polska jest ostatnie na globie społeczeństwo, a pierwszy na planecie naród” i to znacznie lepiej oddaje jego poglądy na naród
i społeczeństwo polskie, które nie bez racji traktował jako opozycję pojęć, bowiem te dwa pojęcia nie są tożsame, choć dziś w mowie potocznej traktuje się je właściwie zamiennie. A to jednak dosyć istotne rozróżnienie, które zresztą – o ile się je zechce stosować - tłumaczy wiele nieporozumień dotyczących oceny Polaków. Norwid nigdy nie zaprzeczał wielkości narodu polskiego – wielkości jego historii, kultury, jego dokonań. Naród jest rozumiany jako wspólnota etniczna na tyle silna, by potencjalnie móc stworzyć własne państwo. Społeczeństwo natomiast, to jedynie zbiorowisko ludzkie powiązane wspólnotą bytu materialnego i organizacyjnego na określonym terytorium. Społeczeństwo może funkcjonować jako byt wielonarodowy, wielowyznaniowy i wielojęzyczny. Nic zatem dziwnego, że wysiłki zarówno zaborców, jak i władz komunistycznych skupiały się głównie na niszczeniu poczucia narodowej tożsamości. Chcieli zniszczyć naród, ale potrzebne im było społeczeństwo niewolników. Z Polakami to się nigdy nie udało. Proszę zwrócić uwagę, że bezcelowość zaszczepiania społeczeństwu polskiemu zasady internacjonalizmu zrozumiał Gierek ze swoją ekipą i wykorzystał to spostrzeżenie w swojej „propagandzie sukcesu” dla chwilowego uspokojenia wzburzonych nastrojów. To od niego zaczęło się odwoływanie do naszego poczucia tożsamości i naszej dumy narodowej, a hasłami „Polak potrafi” i „aby Polska rosła w siłę...” oblepiono całą Polskę.W tym sensie teza Mackiewicza znajduje tu częściowe potwierdzenie, bo było to nic innego, jak tylko specyficzny „wentyl bezpieczeństwa”. Jednak czy nie przyspieszyło to dodatkowo (niezamierzenie całkiem) późniejszego rozwoju wydarzeń? Każdy ciemiężca wie, jak niebezpieczne jest danie asumptu do poczucia narodowej dumy. Władze komunistyczne albo o tym zapomniały, albo nie miały już innego wyjścia.  

Wracając do Norwida – widział on rozdźwięk pomiędzy wielkością narodu polskiego, a miernotą współczesnego mu społeczeństwa, które wszak nigdy nie jest jednorodne. Na jednym jego krańcu plasują się bohaterowie, na drugim zaprzańcy, a o sile jego tak naprawdę stanowi jego środek, czyli ludzie, którzy dadzą się pociągnąć za sobą bohaterom, pozostaną w miejscu, albo zaczną usprawiedliwiać zaprzaństwo. Norwid, mimo że wskazywał na marazm umysłowy społeczeństwa, to jednak wierzył, że literatura posiada w sobie moc jego wykreowania na nowo. Jeśli krytykował społeczeństwo, to głównie potencjalnego ówczesnego odbiorcę sztuki, czyli polskiego szlachcica, który w swojej masie był antyintelektualny, a w sztuce poszukiwał dokładnie tego, czego dziś szukają odbiorcy pop kultury – rozrywki. To jemu Norwid zarzucał, że hołduje nawykowi "czytań łatwych i pisań lekkomyślnych" i tłumaczył, że „Ojczyzna jest to wielki – zbiorowy - Obowiązek”. 

Jest to zarazem odpowiedź na Pańskie pytanie: Czy nie lepiej by było trochę mniej tożsamości, ciut mniej patriotyzmu, a więcej człowieczeństwa? Nic bowiem nie stoi na przeszkodzie, by człowieczeństwo służyło narodowi i krajowi.  

 

Pisze Pan, że kochać można kraj raczej, niż naród. A ja twierdzę, że trudno jest to oddzielić, gdy krajem tym jest własna Ojczyzna. Wie Pan, ja kocham Italię. Nie waham się tak powiedzieć, bo moje uczucia do tego kraju są zbyt silne, by dało się je zamknąć w określeniu „lubię”. Lubię Francję czy Hiszpanię, na swój sposób lubię też Monaco, Węgry, Litwę czy Danię. 
Ale Italia to osobna historia; za dużo by mówić. A jednak, choć kocham ten kraj, to Włochów jedynie lubię i nie czuję się częścią ich społeczności, choć ich kraj to dla mnie niemal jak drugi dom. I na tym przykładzie najlepiej widoczna jest różnica między Ojczyzną a innym krajem, który się kocha. 

Ojczyzny nie da się oddzielić od narodu, bo to nie tylko ziemia, ale i (a może i przede wszystkim) tradycja, historia, kultura – to wszystko, co naród wytworzył przez wieki swojego istnienia. Brak tej więzi czy kwestionowanie tego dorobku, to ucieczka od własnej tożsamości. 

Społeczeństwo należy poddawać krytyce, jeśli na to zasługuje i należy je próbować zmieniać na miarę własnych możliwości. Taka zawsze była rola elit intelektualnych i artystycznych, które dziś zamieniły swoją tradycyjną powinność na blichtr życia salonowego. O to należy mieć do nich pretensję, a do społeczeństwa o to, że tak łatwo poddaje się manipulacjom. 

Ale naród będzie trwał, dopóki będzie trwać w społeczeństwie pamięć. 

To tylko myśliciele spod lewicowych sztandarów starają się przeciwstawić narodowi społeczeństwo obywatelskie wskazując na to, że więź narodowa może się łatwo przekształcić
w nacjonalizm. Ja tu żadnej sprzeczności nie dostrzegam. W społeczeństwie obywatelskim jest miejsce także na narodową tożsamość.Tak więc, Panie Michale, już chyba wyjaśniłam, że ludzie, wśród których żyję, nie mogą stanowić dla mnie jedynie „części krajobrazu" (nadal tylko rozmawiamy) :) 

Pyta mnie Pan także o PRL. Od czasu, gdy zaczęłam myśleć samodzielnie, nie mówiłam i nie pisałam o nim nigdy inaczej, jak właśnie PRL. Miałam pełną świadomość, że żyję na polskiej ziemi i jestem integralną częścią polskiego narodu, ale miałam też i tę świadomość, że to nie jest MOJA POLSKA. Ta moja była w sercu, tak samo jak była w sercach innych rodaków i tak samo, jak jest teraz. I czekała, by mogła zaistnieć także poza nim. Byłam więc „u siebie” i „nie u siebie” zarazem. Nie wiem jaki przykład byłby tu najlepszy. Może taki, że wywłaszczają Pana przemocą
z Pańskiego domu, ale nadal pozwalają w nim mieszkać, choć nie wolno już Panu malować ścian na ulubiony kolor, ani zmieniać mebli podług swojego gustu i potrzeb. Czy jest to nadal Pański dom, czy też nie? Wiem, że na pewno tęskniłby Pan za czasami, gdy dom był od początku do końca Pańską własnością. Jeśli by Pan pamiętał, to może próbowałby Pan odzyskać dawne status quo. Jeśli by Pan zapomniał, że może być inaczej, nie szukałby Pan rozwiązań wyjścia z tej sytuacji. Tak samo działa poczucie tożsamości narodowej, choć ta pamięć jest pamięcią zbiorową, a nie tylko indywidualną.

 A mnie znów przychodzi na myśl Norwid...  

 
Dalej - dalej - aż kiedyś stoczyć się przyjdzie do grobu

I czeluście zobaczym czarne, co czyha za drogą,

Które aby przesadzić, Ludzkość nie znajdzie sposobu,

Włócznią twego rumaka zeprzem jak starą ostrogą... 



I powleczem korowód, smęcąc ujęte snem grody,

W bramy bijąc urnami, gwizdając w szczerby toporów,

Aż się mury Jerycha porozwalają jak kłody,


Serca zmdlałe ocucą - pleśń z oczu zgarną narody... 

 

Czy nie jest to jasne odwołanie do zbiorowej świadomości, do pamięci historycznej? Czy nie zostało to powiedziane wyraźnie, że bez odwołania się do naszych narodowych ideałów, o które przychodziło walczyć własną krwią (Włócznią twego rumaka zeprzem jak starą ostrogą...), „Ludzkość nie znajdzie sposobu” na wydobycie się z otchłani zapomnienia i przyjdzie jej „stoczyć się do grobu”? Przecież generał Bem jest w tym wierszu uosobieniem bohaterstwa, realizacji wzniosłych ideałów i wielkiej historii, którą należy ocalić w naszej pamięci, bo to za jej przyczyną można „ocucić zmdlałe serca i zgarnąć pleśń z oczu”.
  

Panie Michale, 123 lata zaborów i pół wieku totalitarnego zniewolenia, to czas narodzin prawie
10 kolejnych pokoleń, przerwany jedynie okresem dwudziestolecia międzywojennego, gdy dane nam było odetchnąć wolnością. To wystarczająco dużo czasu, by zrujnować naród duchowo
i moralnie, by go obezwładnić przekonaniem, że jest bezsilny i że niczego nie może zmienić.
Jeśli mimo to nie pogrążyliśmy się w niebycie, to jedynie dlatego, że nie zagubiliśmy nigdy woli istnienia – właśnie jako naród, bo przecież po II wojnie światowej „swoje” państwo na mapie już mieliśmy.

Gdzie bylibyśmy dzisiaj, gdybyśmy o Wolnej i Najjaśniejszej nie mówili zawsze z wielkiej litery?

Wie Pan, czasem myślę, że naszym antenatom w jakimś sensie było łatwiej niż współczesnym znaleźć w sobie ten ogromny szacunek dla dokonań własnego narodu. Łatwiej, bo nie mieli nawet namiastki własnej państwowości. PRL niektórych zaślepił. Nie taka, jaką bym chciał, ale to moja Polska – uważali. A co mówić o tych, którzy nie „zasmakowali” nawet PRL? Dostali wolność bez najmniejszego starania. Nie rozumieją, że wolność jest jak miłość. Nie dostajemy jej raz na zawsze. Musimy ją pielęgnować i troszczyć się o nią, aby jej nie stracić. Bezmyślna wymiana naszych własnych wartości na cudze, bo te drugie wydają się nam wygodniejsze lub bardziej kolorowe, paradoksalnie, ogranicza naszą wolność, miast ją potęgować, a na szerszą skalę pozbawia nas poczucia przynależności do własnego narodu. Robimy wszystko, by się niczym nie różnić od innych, a gdy to osiągniemy, zaczynamy mówić z dumą, że jesteśmy Europejczykami lub kosmopolitami. Nie pamiętam już kto to kiedyś powiedział, ale to dobra ilustracja do tego procesu – „Śmiejecie się ze mnie, bo jestem inny, a ja śmieję się z was, bo jesteście wszyscy jednakowi”. 

George Byron pisał w „Giaurze” - „Walka o wolność, gdy raz się zaczyna spada z krwią ojca dziedzictwem na syna”. I to jest prawda. Dziś ważna część naszej walki o wolność to Pamięć. Wdzięczna Pamięć. A druga ważna część, to Prawda. A co my, jako społeczeństwo, robimy z naszą odzyskaną wolnością? Ksiądz Tischner zadawał to pytanie: „W dzisiejszym świecie nie wolność jest problemem. Wolność już jest. Pozostało pytanie: co zrobić z wolnością?”, a Jan Paweł II dopowiadał: „Wolności nie można tylko posiadać, nie można jej zużywać. Trzeba ją stale zdobywać i tworzyć przez prawdę”. 

W czasach wolności społeczeństwu jako całości zawsze milsza będzie myśl o konsumowaniu tej wolności, bez oglądania się na trudną przeszłość i bez zatroskania o przyszłość rozumianą szerzej, niźli tylko przyszłość indywidualna. I to nawet wtedy, gdy będą to robić w takt słów swojej ulubionej piosenki „Na miły Bóg, życie nie tylko po to jest by brać, życie nie po to by bezczynnie stać, lecz aby żyć, siebie samego trzeba dać”. To jest właśnie rola elit intelektualnych, by podtrzymywać świadomość narodową. Mnie dziś ogarnia niepokój, gdy najlepiej słyszalne wśród ludzi młodych zdają się być te głosy, które podnoszą, ze „dosyć już grobów i krzyży”, bo trzeba żyć teraźniejszością. Nie rozumiem dlaczego nie można by tych dwóch aspektów życia połączyć. 

Może to zresztą specyficzny rys społeczeństwa na każdym etapie jego rozwoju? 

 

Norwid ubolewał:

 

 Syn — minie pismo, lecz ty spomnisz, wnuku,

Co znika dzisiaj (iż czytane pędem)
Za panowania Panteizmu-druku, 

Pod ołowianej litery urzędem — 

I jak zdarzało się na rzymskim bruku,

Mając pod stopy katakomb korytarz, 

Nad czołem słońce i jaw, ufny w błędzie, 

Tak znów odczyta on, co ty dziś czytasz, 

Ale on spomni mnie... bo mnie nie będzie!  


 

Może to tak już jakoś jest, że napomnienia współczesnych są słabo słyszalne i dopiero wnuki potrafią docenić ich wartość? Oby tylko nie było za późno.



poniedziałek, 3 marca 2008

Magia wspomnień zaklęta w światło...

Mam kilka całkiem własnych, zaklętych kręgów światła.

Pierwszy... to ciepły, złocisty krąg, jaki dawała stara lampa w domu, którego już nie ma. Stała przy obszernym fotelu, na którym lubiłam siadać z podkurczonymi nogami, owinięta kocem i z książką. Bardzo często tą książką były moje ulubione bajki z dzieciństwa. Ten krąg pozwalał mi zapomnieć o całym świecie, który kręcił się wokół mnie ze swoimi radościami i problemami, ale do mnie dochodziły zeń tylko jakieś odległe odgłosy. Ja wchodziłam w świat, gdzie na powrót stawałam się małym dzieckiem. Moja rodzina wiedziała wtedy, że nie istnieję. Nie warto było do mnie mówić, bo albo wcale nie słyszałam, albo patrzyłam nieprzytomnym wzrokiem i odpowiadałam coś od rzeczy :) Nawet pies to rozumiał. Kładł się przy mnie na podłodze, albo siedział, układając mi głowę na kolanach i patrząc na mnie swoimi brązowymi oczyma. Potem ten psi łeb robił się coraz cięższy i cięższy... A ja w tym świetle i cieple
witałam się ze Znajduszkiem, smutnym Księciem, Panią z czerwoną parasolką i panem Polikarpem z nieodłącznym fularem w tylnej kieszeni surduta...

Drugi krąg światła łączył się z Bożym Narodzeniem. Małe, kolorowe, choinkowe lampki wieszałam nie tylko na choince, ale i na girlandach nad drzwiami i na girlandzie oplatającej ciężki marmurowy żyrandol z „łapami” z brązu, który na łańcuchach wisiał nad naszym stołem. Aż do zdjęcia tych ozdób opuszczałam sypialnię i spałam na kanapie w tym pokoju :) Uwielbiałam zasypiać w świetle tych kolorowych maleńkich lampioników. Przychodziły wtedy do mnie najpiękniejsze, kolorowe sny. I to dziwactwo rodzina także przyjmowała ze stoickim spokojem :)

Trzeci... odblask lampki nocnej na spokojnych twarzyczkach moich dzieci. Chorowały wtedy obie na wirusowe zapalenie płuc. Okropnie długo. To była pierwsza spokojna noc...

Czwarty... to taki nieduży promień słońca, który nagle wypadł spomiędzy drzew i prześwitywał przez włosy kogoś bardzo kochanego. To dziwne jak dokładnie zapadł mi w pamięć kolor tych włosów poplątanych ze słonecznym światłem...

Piąty... niewielki krąg światła rzucany przez wiszącą nad głowami lampkę, w zatłoczonej i gwarnej knajpce. Krąg, który zamknął swoją przestrzenią tylko dwie zbliżone do siebie twarze. Nie było wtedy nikogo i niczego innego w tej knajpce...

Szósty... otwierający się nad horyzontem krąg nowego dnia, jakie daje wschodzące na różowo słońce, rozpraszane przez opary unoszące się nad nieruchomą taflą jeziora. Powoli wydobywane z mroku zarysy drzew. Przenikliwy chłód ciągnący od wody i senność powiek wyrwanych ze snu tylko po to, by zobaczyć to wschodzące słońce we dwoje...

Siódmy... rozświetlone pasma spadających gwiazd. Chwilowe mosty łączące niebo z taflą wody. Za krótkie, by zdążyły się po nich wznieść wszystkie wypowiadane życzenia. Może niektóre z nich zdążyły...

Ósmy... niewidzialny krąg światła, bo widział go tylko on. Na moich włosach. Powiedział: masz włosy całe ze złota, a ja, spoglądając w jego oczy, zrozumiałam, że mówi prawdę...

Dziewiąty... złośliwy krąg, bo oświetlał moje skręcone w pierścionki na deszczu włosy. Wiedziałam, że muszę wyglądać okropnie, ale oczy mojego ukochanego chłopaka mówiły mi co innego. Wtedy zrozumiałam, że kompletnie nie ma gustu... :)

Dziesiąty... trochę kiczowaty krąg światła rzucany przez różowy abażur małej lampki na kraciasty koc przykrywający kaleką, pozbawioną nóg, starą kanapę, z której została tylko tapicerowana góra. Była dosyć niewygodna, ale i tak było to najlepsze miejsce do siedzenia w wynajmowanym pokoju, który musiał zastąpić prawdziwe, własne mieszkanie. Można było zamknąć się w tym kręgu przed całą resztą świata, a kicz zamieniał się w czarodziejską poświatę...

Jedenasty... przestrzeń pomiędzy szafą na książki, niziutką szafką, na której stoi rozświetlona choinka, a ścianą z uczepionym do niej, dodatkowym sznurem lampek. Przestrzeń z zamkniętym w niej, drżącym kręgiem światła rzucanym przez migające kolorowe punkciki lampek. Przestrzeń zarazem moja i nie moja.
A może jednak moja... bo dająca nadzieję na nowy początek?...

Dwunasty... dopiero na niego czekam. Pojawi się kiedyś. Jak zawsze niespodziewanie i zupełnie nie wiadomo gdzie. Ale na pewno się pojawi... :)

wtorek, 26 lutego 2008

Pałac na strychu



Miałam kilka lat i mieszkałam wtedy w Sopocie. To była stara willa wciśnięta w zieleń rozłożystych drzew rosnących ciasno w wąskiej uliczce, niedaleko od głównej arterii miasta – dziś promenady im. Bohaterów Monte Cassino, zwanej pieszczotliwie przez mieszkańców Monciakiem.
Niewiele pamiętam z tamtych lat prócz tego, że nie mieszkały w tym domu żadne dzieci, a mnie dla rozrywki zabierano na spacery na Dziurawe Deski i na jakiś plac zabaw, gdzie mogłam pobawić się z rówieśnikami. Lubiłam te wycieczki, bo drodze można było po raz kolejny nieodmiennie zachwycić się Kolorową Wodą. Dziurawe Deski, to było moje własne, opisowe określenie na sopockie molo. Oczywiście deski nie były dziurawe, ale ułożone w taki sposób, że między nimi pozostawały szersze lub węższe szczeliny, przez które prześwitywała woda. Bałam się tej wody, bo jeśli nawet morze widziane z plaży było błękitne i spokojne, to woda oglądana przez te szczeliny wyglądała groźnie – była ciemna, falowała i marszczyła się, jakby tylko czyhała na połknięcie takiego niedużego stworzonka, jak ja. Szłam więc pełna niepokoju czy te deski się pode mną nagle nie załamią i starałam się nie patrzeć pod nogi.
To był główny powód, dla którego moje kolana były wiecznie oklejone plastrami :) Chyba jednak potrzebowałam tego łyku adrenaliny, bo wycieczki na molo były moimi ulubionymi. Kolorowa Woda była po prostu fontanną podświetloną barwnymi reflektorami. Najpiękniej wyglądała oczywiście wieczorem. W dzień niczym bowiem nie różniła się od innych, zwyczajnych fontann. Rzadko miałam okazję widzieć ją w wieczornej, pełnej krasie. Może dlatego myślałam, że woda w niej jest zaczarowana i czasami zaczyna być kolorowa z jakieś tajemniczej przyczyny. Vis a vis fontanny, do kamienicy przytulała się jednym bokiem przybudówka - niewielka lodziarnia nazywana przeze mnie Zieloną Budką z racji koloru jej drewnianych ścian. Sprzedawano w niej najlepsze na świecie lody cytrynowe. Niewątpliwie poza cytrynowymi były i inne, ale dla mnie te inne nie istniały.

Stara willa podzielona została po wojnie na kilka odrębnych mieszkań (3 albo 4, o ile dobrze pamiętam). My mieszkaliśmy na pierwszym piętrze. Wyżej prowadziły drewniane schody, na których końcu znajdowały się odrapane drzwi. Za nimi był
praktycznie nie używany, straszliwie zagracony strych, o czym na początku nie wiedziałam. Nikt tam nie chodził, bo i nie było po co. Bardzo często wpatrywałam się w te drzwi, siedząc w moim ulubionym miejscu na półpiętrze klatki schodowej. Dlaczego właśnie tam? Bo było tam okrągłe okienko, przez które świat wyglądał jakoś inaczej niż widziany przez zwykłe, prostokątne okna. Wpatrywałam się w drzwi, ale za nic w świecie nie spróbowałabym ich otworzyć. Od niedawna znałam baśnie braci Grimm, a wśród nich baśń o Sinobrodym, który jako żywo mógłby być pierwowzorem seryjnego mordercy. Zabijał swoje kolejne żony za to, że otwierały mimo zakazu tajemne drzwi, za którymi w niszach stały zwłoki wszystkich jego poprzednich nieposłusznych małżonek i w ten sposób koszmarna „kolekcja” ciągle się powiększała.
Byłam niemal pewna, że owe drzwi u szczytu schodów kryją podobną, straszliwą tajemnicę. Wreszcie jednak ta tajemnica stanęła przede mną otworem, a wydarzenie to przeniosło mnie do zupełnie nowego dla mnie świata. Powód był banalny – niepotrzebna już nikomu etażerka, której „żal wyrzucić, bo może się jeszcze kiedyś przyda”. Ku mojemu zdziwieniu, mama udała się z tą etażerką prosto do tajemniczych drzwi, które nawet nie były zamknięte na klucz, a ja, trzymając się kurczowo jej sukienki, ostrożnie próbowałam rozejrzeć się po ciemnym pomieszczeniu.
Było w nim tylko jedno okienko, bliźniaczo podobne do tego z półpiętra.
Mój wzrok powoli przystosowywał się do niewielkiej ilości światła, jaka przesączała się przez brudną, zasłoniętą pajęczynami jak firanką, szybę i zaczynał rozpoznawać kolejne przedmioty. Dostrzegłam stary kuchenny kredens, który pod grubą warstwą kurzu był chyba biały i tuż obok niego toaletkę z pękniętym na pół lustrem, a pod przeciwległą ścianą stojący ukośnie, z racji swego kulawego na jedną nogę kalectwa, fotel. Poza tym mnóstwo było tam innych, nie zidentyfikowanych przeze mnie przedmiotów. Tyle udało mi się spostrzec za pierwszym razem. Potem wracałam na ten strych coraz częściej, codziennie odkrywając na nim coś nowego.
Czułam się jak prawdziwy poszukiwacz skarbów, którego łupem stały się kolejno drewniane, bogato rzeźbione szachy w dziwnym, skórzanym, czarnym pudełku w białe kropki, lampa naftowa na podstawce z brązu, szlifowana szklana szkatułka na sypki puder i dziwne drewniane urządzenie z kółkiem, którego nazwy dowiedziałam się dużo później – kołowrotek. Gdybym to wiedziała już wtedy, pewnie koniecznie chciałabym ukłuć się wrzecionem, by zamienić się w Śpiącą Królewnę :)
Odkryłam też wielki kufer podróżny z metalowymi okuciami, zapinany na dwa skórzane pasy. Pomagał nam potem w kolejnych przeprowadzkach, a potem znów lądował na strychach. Dopiero w moim własnym domu awansował do roli mebla pokojowego.

Strych z okrągłym okienkiem stał się szybko moim pałacem. Znosiłam tam wszystkie swoje największe skarby i starannie układałam je w szufladkach starej toaletki. W krótkim czasie zapełniły się muszelkami i kolorowymi kamykami, których nie pozwalano mi przynosić do domu, bo ponoć zwiastowały „kamienny”, czyli trudny los. Dołączyły do nich znajdowane na plaży brązowe szkiełka, tak doskonale oszlifowane przez piasek i morską wodę, że podtrzymywały moją niezłomną wiarę w ich „bursztynowość”.
Moje nowe Królestwo udało mi się zachować w zupełnej tajemnicy.
Byłam w nim jak mała samotna królewna na Szklanej Górze.

Potem widziałam w swoim życiu jeszcze wiele strychów, ale żaden z nich nie przypominał już pała
cu.


Chodź, wybierzemy się na strych oboje,
W starą dżunglę nad naszym pokojem,
Gdzie nietoperz zwisa
Soplem z pluszu...

Strych: misterium.
Głucha podświadomość
Gwarnych ludźmi roztargnionych domów,
Środek między: "émouvant" i "louche"...

Sznury, na nich zwieszone upiory,
Duszne tchnieniem krochmalu i pary,
Wejściem naszym
jakby zaskoczone...

Na podłodze twardy, gorzko-słodki
Pokład z jabłek wiezie nas jak wrotki
Po raz pierwszy w życiu
Przymierzone.

Drzemią kufry, które czas wysuszył,
Ziewa pudło pełne kapeluszy,
Z czasów, kiedy najdroższy był
Herse...

Trocinowy malarski manekin
Skrzypi, wzdycha z goryczą kaleki,
Żyje jeszcze,
Bo mysz ma za serce [...]

piątek, 25 stycznia 2008

Polski fortepian

Od lat, w rocznice kolejnych zrywów wolnościowych pojawia się wciąż ta sama dyskusja pomiędzy zwolennikami chłodnej kalkulacji zysków i strat, dla których każde nieudane powstanie jest symbolem co najmniej głupoty, a czasem wręcz „zbrodni na narodzie”, a tymi, którzy czują wewnętrzną potrzebę uszanowania pamięci tych, którzy walczyli o wolność.

Ci pierwsi, na ogół podkreślają, że szeregowym powstańcom oddają hołd, a jedynie dowódców oskarżają o głupotę i nieodpowiedzialność. Przyznaję, że nie bardzo rozumiem konieczność takiego rozróżnienia. Wszak decyzje o powstaniach zapadały nie, jak to pisze Łukasz Warzecha w swoim blogu na Salonie24 - bezrefleksyjnie i beż żadnej kalkulacji, ale właśnie skutkiem kalkulacji NIE TYLKO okoliczności zewnętrznych lecz także świadomości i nastawienia przyszłych powstańców oraz nastrojów społecznych. Żeby nie być gołosłownym, przyjrzyjmy się skrótowo okolicznościom wybuchu kolejnych powstań.


Już I rozbiór Rzeczpospolitej, w XVIII w., dawał jasność, że państwa ościenne będą dążyć do całkowitej likwidacji naszego państwa. Początkowe przygnębienie zamieniło się wkrótce w chęć podjęcia walki w imię odzyskania niepodległości. Dążenia te były powszechne i pojawiły się jednocześnie w różnych stronach Polski – od Warszawy, przez Kraków, po Wilno i aż po polską emigrację. Myśli o powstaniu nasiliły się w rok później, po II rozbiorze, kiedy to rosyjski okupant postanowił zredukować wojsko polskie do liczby 15 tys. żołnierzy, podczas gdy liczebność armii rosyjskiej okupującej terytorium Polski sięgała 40 tys. Prawdopodobnie była to prowokacja, która miała dać asumpt do całkowitego spacyfikowania buntujących się Polaków. Prowokacja udana – bo rezultatem była Insurekcja Kościuszkowska.
I rzecz dziwna – to powstanie nie miało żadnych szans zwycięstwa, po nim dokonał się ostateczny podział Rzeczpospolitej, a jednak nikt nie kwestionuje jego moralnego znaczenia dla narodu, zdając sobie sprawę z roli, jaki odegrało dla zespolenia narodu i ochronienia jego tożsamości w obliczu kompletnej obojętności Europy wobec tragedii narodu polskiego.

Później nastąpiły próby odzyskania wolności poprzez związanie się z Napoleonem Bonaparte. Jego wyprawa na Rosję zakończyła się klęską i zniweczeniem nadziei na odzyskanie naszych ziem. A jednak znów nikt nie mówi o braku refleksji i głupocie.

Piętnaście lat później wybuchło Powstanie Listopadowe, do którego przyczyniła się dodatkowo polityka cara Aleksandra i jego następcy, Mikołaja, nagminnie łamiących postanowienia konstytucji. Okazało się m.in., ze tzw. „legalna opozycja” w osobach posłów na Sejm, która posługiwała się metodami zgodnymi z obowiązującym prawem, nie przyniosła żadnego skutku, bowiem Aleksander I już w 1820 roku polecił nie zwoływać Sejmu, który okazał się za bardzo niezależny. Obrady przywrócono dopiero w 1825 roku, jednak wówczas nie wpuszczono na salę posłów opozycji i utajniano obrady.

Daję to pod rozwagę tym, którzy „głupocie” zrywów powstańczych przeciwstawiają „mądrość” i „chłodną kalkulację”.

Powstanie Listopadowe zresztą było wyjątkowo dobrze „wykalkulowane” i przygotowane. Mieliśmy własny rząd oraz regularne, uzbrojone i doskonale wyćwiczone wojsko, a do walki zgłaszali się ochotnicy nie tylko z zaboru rosyjskiego, ale także przedzierali się z obu pozostałych.
Mimo to, skończyło się ono klęską. Nie pomógł zapał ludności ani męstwo i bohaterstwo wojska. Nie pomogły też sensowne kalkulacje.

Wiosna Ludów, podczas której Polacy znów włączyli się do walki o swoją niepodległość, także nie przyniosła nam żadnych wymiernych efektów – ani piędzi ziemi więcej, a jedynie na dziesięć kolejnych lat rozpętała w zaborach jeszcze surowsze antypolskie represje. Jednak sprawiła, że w Europie przypomniano sobie o Polsce i znów zaczęto mówić o jej niepodległości. Zatem czym był powodowany udział Polaków w Wiośnie Ludów? Głupotą? Bezrefleksyjnością? Chłodną kalkulacją? Jaki był wynik zysków i strat?

Minęło kolejnych 15 lat zanim wybuchło następne powstanie – to, które najchętniej uznaje się (obok Powstania Warszawskiego) za szaleństwo, głupotę i zbrodnię przeciwko narodowi - Powstanie Styczniowe.
Bo – podobno – źle skalkulowane. Przyjrzyjmy się jednak dokładniej okolicznościom, które mu towarzyszyły. Przede wszystkim przegrana Rosji w wojnie krymskiej wydawała się świadczyć o jej chwilowej słabości. Wprowadzenie zaś przez cara Aleksandra II pewnych reform ustrojowych zdawało się tę jej słabość potwierdzać. Taka przynajmniej nadzieja zaświtała w głowach zniewolonych. Śmierć Mikołaja I, pogromcy Powstania Listopadowego, była czynnikiem emocjonalnym, który tę nadzieję dodatkowo podtrzymywał. Od kilku lat istniały już organizacje spiskowe. Wiele z nich prowadziło tajne szkolenia wojskowe dla młodzieży. W społeczeństwie narastały nastroje patriotyczne i wolnościowe. W latach 1860-1861 spontanicznie rodziły się wielkie manifestacje uliczne. Car był zdecydowany na zbombardowanie Warszawy z Cytadeli, gdyby nie udało się rozpędzić manifestacji przy pomocy rosyjskiego wojska. Pierwsze ofiary padły na Krakowskim Przedmieściu w lutym 1861 roku, gdy wojsko zaczęło strzelać do manifestantów. Ich pogrzeb przekształcił się w kolejną manifestację, a demonstracje i nabożeństwa żałobne poświęcone ich pamięci były organizowane w innych regionach. Aleksander II poczynił zatem pewne ustępstwa, co z jednej strony zostało odczytane jako jego słabość, z drugiej zaś ocenione jako posunięcia li tylko taktyczne, służące wyłącznie odsunięciu na jakiś czas groźby powstania.
Ocena była słuszna skoro już w kwietniu wojsko carskie ostrzelało bezbronnych ludzi, zabijając 100 osób i raniąc kilkaset. Wzmogły się także represje i aresztowano nawet za noszenie stroju narodowego lub śpiewanie pieśni patriotycznych. W przeddzień rocznicy śmierci Tadeusza Kościuszki rosyjski namiestnik gen. Karol hr. Lambert wprowadził stan wojenny, co zresztą nie powstrzymało warszawiaków przed manifestacją. Oczywiście została ona rozbita, a wojsko rosyjskie nie zawahało się przed wywlekaniem ludzi z kościołów.

Być może to właśnie naruszenie sfery sacrum spowodowało, że dla powstańca styczniowego patriotyzm splótł się z katolicyzmem do tego stopnia, że sam niemal stał się religią (na marginesie – być może właśnie ten atrybut powstania styczniowego jest jednym z istotnych powodów jego totalnej krytyki).

Warto zwrócić uwagę, iż mimo tych okoliczności, powstanie nie wybuchło natychmiast, ale planowano je na wiosnę 1863 roku. W końcu 1862 r. struktury konspiracyjne „czerwonych” obejmowały już prawie 25 tys. członków. Powstańcom wciąż jednak brakowało broni i amunicji.
W tym kontekście pomysł Wielopolskiego dotyczący „branki”, której jedynym celem było sparaliżowanie działalności organizacji spiskowych, nie może być oceniony inaczej, jak tylko jako zdrada polskich idei wolnościowych.  Jaki bowiem czas byłby lepiej skalkulowany?

Polska nie miała już wtedy własnego wojska i nie można było liczyć na to, ze będzie je mieć kiedykolwiek z łaski zaborcy. Młodzi Polacy wcieleni do wojska carskiego na 25 lat w wyniku „branki” nie mieli być przecież chronieni, ale ginąć w walkach w nie swojej sprawie, broniąc interesów swojego ciemiężcy. Temu, że powstanie było „głupotą i zbędną bohaterszczyzną” przeczy chociażby fakt, iż po kilku tygodniach przyłączyli się do niego także przeciwni mu początkowo "biali", przejmując zresztą w krótkim czasie kierownictwo powstania.
W tym, że powstanie zakończyło się klęską, ma swój wymierny udział Wielopolski, który spowodował przyspieszenie jego wybuchu. Najwidoczniej nie rozumiał, do czego zdolny jest człowiek, któremu nagle odbiera się wszelką nadzieję.

Polskie zrywy niepodległościowe, w czasach, gdy Polski nie było na mapie Europy, przez całe pokolenia były jedyną informacją dla innych narodów, że wciąż jeszcze istniejemy. A dla Polaków, pielęgnowana z czcią pamięć o nich, była źródłem nadziei, że „nie zginęła Polska, póki my żyjemy”.
W czasach niewoli nadzieję daje nie myśl o zdolnych reformatorach i sprytnych zarządcach, ale o bohaterach, dla których wolność była ważniejsza od życia. To na nich się czeka, bo tylko oni tę upragnioną wolność mogą przynieść. Jeśli jeszcze nie tym razem, to może następnym. Tylko z taką myślą i taką pamięcią systematycznie niszczony naród może przetrwać.

Racjonalizm, jeśli już chcemy mu się poddać, nie powinien polegać na całkowitym odrzucaniu nieracjonalnej części naszego człowieczeństwa, w której przecież jest miejsce dla miłości, pasji czy nawet poświęcenia. Powinien natomiast otwierać oczy na to, że nie wszystkie aspekty oceny zdarzeń historycznych dadzą się łatwo położyć na szale. Nie zawsze można pominąć emocje uczestników tych zdarzeń, szczególnie wtedy, gdy nie ma możliwości, by je zweryfikować. Należy pamiętać, że decyzje dowódców były podejmowane w sytuacji odmiennej niż współczesna, bez znajomości późniejszych konsekwencji, które nie zawsze dawały się przewidzieć i nie zawsze czynnikiem decydującym była dobrze skalkulowana „szansa powodzenia”. Czasem o terminie wybuchu powstania przesądzał jakiś nieoczekiwany zwrot sytuacji. Gdyby wszystko zawsze dało się obliczyć i przewidzieć, nie byłoby przegranych bitew. Nie jesteśmy też w stanie przeprowadzić symulacji pokazującej, jak wyglądałaby nasza sytuacja, gdyby te wszystkie powstania nie miały miejsca. Możemy jedynie spekulować. Wątpię w to, że bierna akceptacja stanu niewolnictwa byłaby lepszym rozwiązaniem. W tym kontekście stanowcza ocena, że coś było „głupotą” może świadczyć jedynie o naszym braku wyobraźni.

Cyprian Kamil Norwid pisał:

Patrz!... z zaułków w zaułki
Kaukaskie się konie rwą -
Jak przed burzą jaskółki,
Wyśmigając przed pułki:
Po sto - po sto - -

- Gmach - zajął się ogniem, przygasł znów,
Zapłonął znów - - i oto - pod ścianę -
Widzę czoła ożałobionych wdów
Kolbami pchane - -

I znów widzę, acz dymem oślepian,
Jak przez ganku kolumny
Sprzęt podobny do trumny
Wydźwigają... runął... runął - Twój fortepian!

Ten!... co Polskę głosił - od zenitu
Wszechdoskonałości dziejów
Wziętą hymnem zachwytu -
Polskę - przemienionych kołodziejów:
Ten sam - runął - na bruki - z granitu!

*

Lecz Ty? - lecz ja? - uderzmy w sądne pienie,
Nawołując: "Ciesz się późny wnuku!...
Jękły głuche kamienie -
Ideał sięgnął bruku - - "


Polska miała być wdeptana w ziemię. Nasze ideały, nasze pragnienia, wolność, jaka należna jest każdemu człowiekowi, były nam odbierane przemocą, były bezczeszczone.
Nie było miejsca na  n e g o c j a c j e  czy  k o m p r o m i s y.


Na barykadzie nie dało się siedzieć okrakiem, gdy zagrożony był absolutnie podstawowy BYT narodowy. To wielkie szczęście, że w naszym narodzie rodzili się ludzie, którzy za cenę własnego życia nie pozwalali nam zapomnieć, że jesteśmy Polakami, przypominali o poczuciu ludzkiej godności i niezłomnej niezgodzie na potulny serwilizm.

piątek, 4 stycznia 2008

Na skraju ciszy



Między ciszą a ciszą sprawy się kołyszą, sprawy martwe i żywe, nie do końca prawdziwe. I idą, i płyną, póki nie przeminą...

Między ciszą a ciszą mam na głowie dziesiątki problemów – dużych, małych i całkiem niewielkich. Próbuję je rozwikłać lub przynajmniej odnaleźć zagubioną gdzieś pomiędzy nimi nadzieję na przyszłość. Raz się to udaje lepiej, a raz gorzej. Biorę na siebie zbyt dużo, biegnę, pędzę, brakuje mi czasu, denerwuję się, że znów muszę coś przełożyć na później. Od czasu do czasu buntuję się, ordynuję sobie zwolnienie biegu – i przynajmniej polityką postanawiam (który to już raz) się nie przejmować. Oczywiście udaje mi się to tylko przez chwilę.
Dlatego lubię ten moment, gdy nadchodzi Cisza, uspokaja wzburzone, pędzące donikąd fale i spowalnia czas. Życie nabiera wtedy zupełnie innych smaków. Nagle nigdzie mi się nie spieszy, różne sprawy mogą sobie poczekać, problemy odpływają gdzieś w niebyt (skąd tylko dochodzą raz po raz ich pogróżki, że wcześniej czy później powrócą). Wiem, że same się nie rozwiążą, ale teraz niepodzielnie panuje Cisza.

Dla swojego nadejścia, Cisza potrzebuje specjalnych okoliczności.


WIOSNA
Może to być nagłe, z twojego punktu widzenia nawet bezczelnie wręcz niespodziewane, nadejście wiosny. Biegniesz w pogoni za swoimi sprawami, wciąż jeszcze owinięta kożuchem i szalikiem, bo przez kilka ostatnich miesięcy zdążyłaś się już przyzwyczaić do przenikliwego wiatru i mrozu, a tu nagle czujesz jakieś ciepłe tchnienie niosące ze sobą zapach mokrej ziemi. Jest tak zaskakujące i niespodziewane, że odruchowo wciągasz powietrze najgłębiej jak potrafisz... i nagle przestaje istnieć wszelkie „muszę dziś jeszcze”, a pojawia się trudne do opanowania „chcę”. I nagle rozumiesz też, ze wcale nie musisz z nim walczyć. Nic nie musisz. CHCESZ natychmiast znaleźć się na skarpie wiślanej albo w Parku Skaryszewskim, albo w Łazienkach, by obejrzeć dokładnie pierwsze ślady zieleni. Jak najszybciej – żeby tylko nie przegapić tego, czego z utęsknieniem wyczekiwałaś przez długie zimowe miesiące, a o czym tylko akurat ostatnio jakoś dziwnie zapomniałaś. Po drodze jednak ”najszybciej” jest Ogród Saski, więc zapuszczasz się alejkę, myśląc zarazem: „Boże, jak długo tu nie zaglądałam”. Cieszysz się, widząc niezmiennie trwające na swoim miejscu białe posągi i tylko widok fontanny wprowadza cię w chwilową irytację: „Dlaczego ona wciąż jeszcze śpi? Powinna przecież tryskać strumieniami wody”. Ale uspokajasz się. To jeszcze tylko chwila – może kilka dni, gdy znów ożyje.

LATO
Może to być wyczekiwany od dawna wyjazd na wakacje. Jeszcze tylko trzeba upchnąć w walizce książki – na wszelki wypadek kilka, bo przecież inne na pogodę, a inne na niepogodę.
Aparat fotograficzny dla zatrzymywania chwil w locie i ładowarka – jakże by inaczej? O! I jeszcze ten notatnik, bo a nuż zechce się coś napisać. Zamek już ledwo się dopina... I telefon komórkowy, bo przecież bez telefonu nie da się żyć. Na szczęście telefon – jak zwykle – do zawsze wypakowanej ponad wszelką miarę torebki. I wyruszamy. Po drodze kłębiące się w głowie pytania – czy zgasiłam ostatniego papierosa, czy też zostawiłam go dymiącego na brzegu popielniczki? Czy zamknęłam okna? A co z żelazkiem? Czy na pewno wyłączyłam żelazko? Czy zamknęłam drzwi także na ten dodatkowy zamek? A w pracy? Czy o czymś nie zapomniałam? Jak oni sobie tam dadzą beze mnie radę? No nic, najwyżej zadzwonią. Dobrze, że istnieją te komórki... A potem... w miarę oddalania się od domu, powoli wchodzi się w Ciszę. Komórka nie naładowana leży w szufladzie między skarpetkami, których nie trzeba zakładać, bo słońce przygrzewa całymi dniami. Nie szkodzi. Znajdzie się podczas pakowania. Książki nie zostały nawet wyjęte z walizki. Uciekasz jak najdalej od kąpiących się w jeziorze i pokrzykujących ludzi i udaje ci się znaleźć taki piękny, cichy skrawek twojej własnej przystani pomiędzy trzcinami. Chłoniesz Ciszę, podglądasz kaczki, a odgłosy tego innego, hałaśliwego świata dobiegają cię jak przez gęsto utkaną mgłę. W nocy siadasz na opustoszałym o tej porze pomoście i gapisz się na gwiazdy. Byłabyś gotowa przysiąc, że słyszysz ich odległy śpiew i wiesz, że to właśnie dla ciebie śpiewają. Mroczna tafla jeziora połyskuje ich odbiciem i marszczy się tylko wtedy, gdy w oddali da się słyszeć pojedynczy plusk wody, jasno dowodzący, że ciemną toń zamieszkują jakieś straszne jeziorne potwory. Ostatniego dnia markotniejesz. Trzeba wracać. A ty jesteś tak pięknie wypełniona Ciszą...

JESIEŃ
Spieszysz się. Dni robią się coraz krótsze, a w domu jeszcze sterta naczyń do pozmywania. Wczoraj miałaś szczery zamiar się z tym uporać, ale ciepły pled porzucony na fotelu ustawionym przy lampie wyglądał tak kusząco, że sięgnęłaś po ten łyk domowej ciszy i skończyło się jak zwykle – po kilku godzinach, cała ścierpnięta, przeniosłaś się na łóżko, by dośnić swój niedokończony sen. Dziś musi zwyciężyć poczucie obowiązku. Najlepiej będzie skrócić sobie drogę przez park. Idziesz zajęta swoimi myślami i nagle dociera do ciebie jakiś szelest. Po chwili już rozumiesz, że to ty sama tak szeleścisz, a raczej – że wydobywasz ten szelest z liści, po których stąpasz. Przystajesz, rozglądasz się i wiesz, że niepostrzeżenie wkroczyłaś w Ciszę. Ta Cisza jest złota od tańczących na wietrze liści i ruda od leżących dookoła kasztanów. Wychodzisz z niej, zabierając ze sobą jej drobne okruchy – pęk złotych płatków w dłoniach i kieszenie ciężkie od śmiesznych, lśniących, rudych kulek.

ZIMA
W zimie nie musisz się martwić o Ciszę. Przyjdzie na pewno. Jeśli nie z płatkami pierwszego śniegu, to już najpóźniej w okolicach świąt Bożego Narodzenia. Przyniesie ze sobą biały opłatek i kolędę. Otuli serce ciepłym oddechem. Nie zmarzniesz. Ogrzeją cię uśmiechy, dobre słowa twoich bliskich i te magiczne kolorowe światełka mrugające na choince. I pamięć. Twoja pamięć o tych, których przy tobie w czasie tych dni być nie może, a z którymi opłatkiem możesz podzielić się jedynie w myślach.

Cicha noc, święta noc,
Narodzony Boży Syn,
Pan wielkiego majestatu
Niesie dziś całemu światu
Odkupienie win


MIŁOŚĆ
Antoine de Saint-Exupéry powiedział: „Miłość jest przede wszystkim zasłuchaniem w ciszy. Kochać to rozpamiętywać.”
Ale miłość to nie tylko zasłuchanie w ciszy. Miłość jest sama w sobie najpiękniejszą Ciszą.
Nie masz w sercu, myśli i duszy niczego, co stałoby przed tym, kogo kochasz. To on staje się twoim punktem odniesienia. A świat... świat to tylko dodatek, który jest dla ciebie naprawdę ważny jedynie w tej części, w której możecie dzielić go razem. Wszystko inne zawsze może poczekać. Bo miłość jest zarazem jak bezczelnie wręcz niespodziewane nadejście wiosny i piękny, cichy skrawek twojej własnej przystani pomiędzy trzcinami, jak wirujące w powietrzu płatki złota i jak święta Bożego Narodzenia. I jak pierwszy śnieg.
Niespodziewana a zarazem dziwnie oczywista i zawsze upragniona.
Nawet jeśli czasem płacisz za nią łzami.


Tak bardzo mi do ciebie
Blisko
Ta cisza zrozumiała
Wszystko
Poprowadziła
Nas
Od gniewu
Ku drzewom
W ptaków śpiew
Wśród listków

Nie trzeba nam słów
Słowa ranią
Znów anioł
Ciszy jest
Jest przy nas

Położył nam
Swój palec chłodny na głodne usta
Wypełniła się pustka
Ucichł zgiełk
Co rósł w nas

Ta cisza jest
Jak łza
Łza co trwa
U powiek
Człowiek
W słowie
Gubi ją łatwo

Żyć bez łzy
Nie warto

Bliskość ciszy /Jonasz Kofta/

środa, 5 grudnia 2007

Święty Mikołaj z twarzą wujka Kazika



Święty Mikołaj, nazwany przez Jana Pawła II "patronem daru człowieka dla człowieka", dla jednych jest symbolem codziennej pamięci i troski o bliźnich, dla innych oznacza okazję, by pomyśleć o ich potrzebach i marzeniach chociaż raz w roku. Jedni akceptują jego świętość jako biskupa z Miry, który cały swój majątek rozdał biednym, inni wolą jego baśniową, mocno dziś już skomercjalizowaną, postać, która wedle różnych wersji zamieszkuje wraz z grupą elfów Laponię, Grenlandię lub biegun północny. W czasach siermiężnego PRL-u, swoje listy do Świętego Mikołaja pisałam, podobnie jak moi rówieśnicy, nie podając na kopercie adresu. Nic w tym dziwnego, jako że dawnymi laty nigdy nie udało mi się spostrzec więcej niż jednego Świętego Mikołaja na raz. Było oczywiste, że listonosz jest doskonale zorientowany w tym, komu powinien mój list dostarczyć.
Dziś dzieci na świecie wiedzą, że należy je adresować do mikołajowego biura w Rovaniemi, FIN-96930 Napapiiri, Finland, bo inaczej mogą trafić do jednego z tych, których w okresie przedświątecznym można spotkać na ulicach i przed każdym większym domem handlowym, zachęcających do skorzystania ze świątecznej promocji.

Im więcej Mikołajów na ulicach, tym chyba – paradoksalnie – trudniej jest wierzyć w tego jednego, jedynego Świętego Mikołaja. Ten „mój”, z lat mojego dzieciństwa, nie wystawał na promocjach i nieczęsto można było go zobaczyć w mieście. Za to zjawiał się zawsze w moim domu w wieczór wigilijny. Trochę się go bałam, bo przecież nigdy nie było tak do końca wiadomo, czy moje dziecięce przewinienia nie przeważą na szali złych i dobrych uczynków i czy tym razem zamiast prezentu nie pojawi się rózga. Podchodziłam więc do niego pełna obaw, które pierzchały bezpowrotnie, gdy tylko ośmieliłam się spojrzeć w jego młode, roześmiane oczy, które tak dziwnie kontrastowały z białymi kosmykami wysuwającymi się spod czerwonej czapki, białymi sumiastymi wąsami i taką samą brodą. Święty Mikołaj miał twarz uwielbianego przez mnie wujka Kazika. Nie dziwiło mnie to. Taka czarodziejska osoba z pewnością umiała przybierać postać tych, których najbardziej lubimy.

Gdy w gazetowej rubryce „praca” natrafiam na ogłoszenia o takiej treści: „Grupa św. Mikołajów z kilkuletnim doświadczeniem i profesjonalnym podejściem czeka na Państwa zamówienia. Obsługujemy firmy, szkoły, przedszkola, żłobki i osoby prywatne. Bierzemy udział w reklamach telewizyjnych i sesjach reklamowych na terenie całego kraju”, zastanawiam się, czy dziś potrafiłabym wierzyć w Świętego Mikołaja.
I myślę, że potrafiłabym. Jeśli tylko miałby twarz wujka Kazika...

niedziela, 2 grudnia 2007

Świat widziany zza liści dzikiej jabłonki



Podwórko, na które wchodziło się przez łukowato wygiętą bramę, było piaszczyste, tylko gdzie niegdzie porośnięte niewielkimi kępkami trawy.
Po lewej stronie stały rządkiem komórki zamykane na kłódki, w których zimą przechowywano drewno opałowe i węgiel, a latem – wyciągnięte z piwnic rowery. Po prawej, stały trzy drewniane kabiny z wyciętymi w drzwiach serduszkami. Pod oknem „stróżówki” przycupnęła długa, nieco chybotliwa ławka, na której wieczorami przysiadały miejscowe staruszki, plotkując o sąsiadach
i przyglądając się dzieciom grającym „w kapsle”. Z miłymi starszymi paniami, przesiadującymi na skwerkach i uśmiechającymi się do dzieci biegających po alejkach, nie miały nic wspólnego. Przypominały raczej swarliwe i niezadowolone ze wszystkiego czarownice. Od czasu do czasu któraś z nich próbowała sięgnąć swoją trzymaną w kościstych palcach laską i popsuć „kapslowy” wyścig.
Znacznie milej było wtedy przenieść się na sam kraniec podwórka, na którym mieszkańcy kamienicy urządzili sobie nieduży ogródek, nawożąc nieco ziemi i dzieląc ją między siebie sprawiedliwie na niewielkie, kilkumetrowe grządki, pośród których stało jedyne drzewko – dzika jabłonka. Była niezbyt wysoka i krzywa, ale dzięki temu właśnie – ryzykując jedynie kilka zadrapań i siniaków – można było wspiąć się na nią i wśród jej gałęzi znaleźć sobie całkiem wygodne miejsce do siedzenia. Jej gałęzie w mgnieniu oka zamieniały się w cały sad jabłoniowy, jej liście tłumiły dziecięce okrzyki dobiegające z podwórka, a swarliwe głosy staruszek zamieniały się w szmer jakiegoś odległego, skaczącego wśród kamyków potoku. Ćwierkanie ptaków za to można było tam usłyszeć lepiej niż gdziekolwiek.


*

U ciotki spędzałam co roku część wakacji. Mieszkała na „ziemiach odzyskanych”, w mieście wojewódzkim, ale okolica miała charakter typowej małej mieściny. Stare, przedwojenne, zaledwie dwupiętrowe kamienice, miały doprowadzoną wodę, ale nie posiadały kanalizacji odprowadzającej ścieki. Wzdłuż ulicy wybrukowanej „kocimi łbami” ciągnął się rynsztok, którym stale płynął strumyczek wody, zamieniający się w czasie deszczu w rwącą rzeczkę. Porozciągane kieszonki naszych dziecięcych ubranek, prócz zestawu kapsli (do gry w kapsle), zbliżonych wymiarami kamyków (do gry w podrzucanie ich i łapanie) i kolorowych szklanych kulek, którym ciągle się wymienialiśmy, a które – prócz tej wymiany – nie służyły dosłownie do niczego, musiały jeszcze pomieścić łódeczki wystrugane z kory drzewnej. Kontrolowaliśmy nieustannie stan wody w rynsztoku i puszczaliśmy je kiedy tylko nadeszła jakaś „większa fala”. Biegliśmy wtedy wzdłuż ulicy, bacząc pilnie, czyja łódeczka jako pierwsza dopłynie do kratki ściekowej, w którą rynsztok nagle się zapadał.


*

Po przeciwnej stronie ulicy rozciągał się stary, zapuszczony cmentarz poniemiecki. Tylko raz zapuściłam się tam wieczorem. Musiałam. Była to kwestia honoru.
Dzieci śmiały się, że nie odważę się pójść tam po zmroku, gdy „z grobów wychodzą duchy zmarłych dzieci”. Oczywiście odważyłam się, choć z duszą przypiętą do ramienia. I choć oczy miałam głównie zamknięte, to jednak gotowam przysiąc, że tych duchów było tam wtedy całe mnóstwo.
Po tym spektakularnym wyczynie awansowałam w podwórkowej społeczności.
W zabawie „w kombojów i indian” miałam od tej pory wolny wybór.
Nie byłam już odgórnie wyznaczana na jednego z „indian”, których przywiązywało się do drzewa i którzy mogli jedynie z tej pozycji zazdrośnie spoglądać na gonitwy i potyczki „kombojów”. Mogłam i ja już biegać, mierząc do innego „komboja” z rewolweru wyglądającego jak zwykły kawałek drewienka i krzycząc „pif-paf!” Jednak skorzystałam z tego przywileju zaledwie dwa lub trzy razy. Moje serce już wtedy jakoś dziwnie było po stronie „indian”.

*

Wracając z wakacji u ciotki wiedziałam, że będę musiała za nie odpokutować.
Moje poobijane nogi nijak nie pasowały do falbaniastych sukienek.
– Boże drogi! Przecież dziewczynka nie może mieć nóg jak jakiś łobuziak – mówiła z nieukrywanym niesmakiem moja mama i kazała mi zakładać białe rajstopki.


*

Jednego roku rozkopano całą ulicę, a na poniemiecki cmentarz wjechały buldożery. Zabawy wakacyjne z konieczności ograniczyły się do piaszczystego podwórka. Byłam pełna niepokoju z powodu tych zmian. Może dlatego więcej czasu niż zwykle spędzałam na mojej jabłonce. W następnym roku niemal nie poznałam okolicy. Na ulicy leżał gładki asfalt, po rynsztoku nie było ani śladu,
a zamiast pełnego chaszczy cmentarza pysznił się park poprzecinany alejkami. Patrzyłam na ten park i myślałam, że nigdy nie będę miała odwagi przechadzać się po nim nawet w dzień. Moja jabłonka najwyraźniej zaczęła chorować. Część gałęzi uschła i brakowało na nich liści. Obawiałam się na nią wspinać, by któraś z nich nie złamała się pod moim ciężarem. Dopiero w ostatni wieczór odważyłam się wspiąć na moje ulubione miejsce. Pośród gęstniejącego już mroku, wszystko było znów takie same, jak kiedyś. Skrajem ulicy wybrukowanej „kocimi łbami” płynęła woda w rynsztoku, po drugiej stronie ulicy spały cichym snem zapomniane przez ludzi groby, a staruszki wyszły przed dom, by na chybotliwej ławeczce dać upust swojej złości. Wiedziałam, że to już ostatni raz.


*

Moja ciotka przeprowadziła się tej jesieni do nowego mieszkania, a ja jakoś przestałam jeździć do niej na wakacje.
„Swoją „ dziką jabłonkę postanowiłam odwiedzić dopiero kilka lat później.
Po raz pierwszy miałam ją zobaczyć zimą. Ciekawa byłam, jak też wygląda taka przysypana śniegiem. Nie było jej na znajomym podwórku. Nie chcę tam już więcej wracać. Chcę myśleć, że latem tam wciąż jest – taka sama jak dawniej – niezbyt wysoka i krzywa. Taka w sam raz na kilka zadrapań i siniaków.