środa, 5 grudnia 2007

Święty Mikołaj z twarzą wujka Kazika



Święty Mikołaj, nazwany przez Jana Pawła II "patronem daru człowieka dla człowieka", dla jednych jest symbolem codziennej pamięci i troski o bliźnich, dla innych oznacza okazję, by pomyśleć o ich potrzebach i marzeniach chociaż raz w roku. Jedni akceptują jego świętość jako biskupa z Miry, który cały swój majątek rozdał biednym, inni wolą jego baśniową, mocno dziś już skomercjalizowaną, postać, która wedle różnych wersji zamieszkuje wraz z grupą elfów Laponię, Grenlandię lub biegun północny. W czasach siermiężnego PRL-u, swoje listy do Świętego Mikołaja pisałam, podobnie jak moi rówieśnicy, nie podając na kopercie adresu. Nic w tym dziwnego, jako że dawnymi laty nigdy nie udało mi się spostrzec więcej niż jednego Świętego Mikołaja na raz. Było oczywiste, że listonosz jest doskonale zorientowany w tym, komu powinien mój list dostarczyć.
Dziś dzieci na świecie wiedzą, że należy je adresować do mikołajowego biura w Rovaniemi, FIN-96930 Napapiiri, Finland, bo inaczej mogą trafić do jednego z tych, których w okresie przedświątecznym można spotkać na ulicach i przed każdym większym domem handlowym, zachęcających do skorzystania ze świątecznej promocji.

Im więcej Mikołajów na ulicach, tym chyba – paradoksalnie – trudniej jest wierzyć w tego jednego, jedynego Świętego Mikołaja. Ten „mój”, z lat mojego dzieciństwa, nie wystawał na promocjach i nieczęsto można było go zobaczyć w mieście. Za to zjawiał się zawsze w moim domu w wieczór wigilijny. Trochę się go bałam, bo przecież nigdy nie było tak do końca wiadomo, czy moje dziecięce przewinienia nie przeważą na szali złych i dobrych uczynków i czy tym razem zamiast prezentu nie pojawi się rózga. Podchodziłam więc do niego pełna obaw, które pierzchały bezpowrotnie, gdy tylko ośmieliłam się spojrzeć w jego młode, roześmiane oczy, które tak dziwnie kontrastowały z białymi kosmykami wysuwającymi się spod czerwonej czapki, białymi sumiastymi wąsami i taką samą brodą. Święty Mikołaj miał twarz uwielbianego przez mnie wujka Kazika. Nie dziwiło mnie to. Taka czarodziejska osoba z pewnością umiała przybierać postać tych, których najbardziej lubimy.

Gdy w gazetowej rubryce „praca” natrafiam na ogłoszenia o takiej treści: „Grupa św. Mikołajów z kilkuletnim doświadczeniem i profesjonalnym podejściem czeka na Państwa zamówienia. Obsługujemy firmy, szkoły, przedszkola, żłobki i osoby prywatne. Bierzemy udział w reklamach telewizyjnych i sesjach reklamowych na terenie całego kraju”, zastanawiam się, czy dziś potrafiłabym wierzyć w Świętego Mikołaja.
I myślę, że potrafiłabym. Jeśli tylko miałby twarz wujka Kazika...

niedziela, 2 grudnia 2007

Świat widziany zza liści dzikiej jabłonki



Podwórko, na które wchodziło się przez łukowato wygiętą bramę, było piaszczyste, tylko gdzie niegdzie porośnięte niewielkimi kępkami trawy.
Po lewej stronie stały rządkiem komórki zamykane na kłódki, w których zimą przechowywano drewno opałowe i węgiel, a latem – wyciągnięte z piwnic rowery. Po prawej, stały trzy drewniane kabiny z wyciętymi w drzwiach serduszkami. Pod oknem „stróżówki” przycupnęła długa, nieco chybotliwa ławka, na której wieczorami przysiadały miejscowe staruszki, plotkując o sąsiadach
i przyglądając się dzieciom grającym „w kapsle”. Z miłymi starszymi paniami, przesiadującymi na skwerkach i uśmiechającymi się do dzieci biegających po alejkach, nie miały nic wspólnego. Przypominały raczej swarliwe i niezadowolone ze wszystkiego czarownice. Od czasu do czasu któraś z nich próbowała sięgnąć swoją trzymaną w kościstych palcach laską i popsuć „kapslowy” wyścig.
Znacznie milej było wtedy przenieść się na sam kraniec podwórka, na którym mieszkańcy kamienicy urządzili sobie nieduży ogródek, nawożąc nieco ziemi i dzieląc ją między siebie sprawiedliwie na niewielkie, kilkumetrowe grządki, pośród których stało jedyne drzewko – dzika jabłonka. Była niezbyt wysoka i krzywa, ale dzięki temu właśnie – ryzykując jedynie kilka zadrapań i siniaków – można było wspiąć się na nią i wśród jej gałęzi znaleźć sobie całkiem wygodne miejsce do siedzenia. Jej gałęzie w mgnieniu oka zamieniały się w cały sad jabłoniowy, jej liście tłumiły dziecięce okrzyki dobiegające z podwórka, a swarliwe głosy staruszek zamieniały się w szmer jakiegoś odległego, skaczącego wśród kamyków potoku. Ćwierkanie ptaków za to można było tam usłyszeć lepiej niż gdziekolwiek.


*

U ciotki spędzałam co roku część wakacji. Mieszkała na „ziemiach odzyskanych”, w mieście wojewódzkim, ale okolica miała charakter typowej małej mieściny. Stare, przedwojenne, zaledwie dwupiętrowe kamienice, miały doprowadzoną wodę, ale nie posiadały kanalizacji odprowadzającej ścieki. Wzdłuż ulicy wybrukowanej „kocimi łbami” ciągnął się rynsztok, którym stale płynął strumyczek wody, zamieniający się w czasie deszczu w rwącą rzeczkę. Porozciągane kieszonki naszych dziecięcych ubranek, prócz zestawu kapsli (do gry w kapsle), zbliżonych wymiarami kamyków (do gry w podrzucanie ich i łapanie) i kolorowych szklanych kulek, którym ciągle się wymienialiśmy, a które – prócz tej wymiany – nie służyły dosłownie do niczego, musiały jeszcze pomieścić łódeczki wystrugane z kory drzewnej. Kontrolowaliśmy nieustannie stan wody w rynsztoku i puszczaliśmy je kiedy tylko nadeszła jakaś „większa fala”. Biegliśmy wtedy wzdłuż ulicy, bacząc pilnie, czyja łódeczka jako pierwsza dopłynie do kratki ściekowej, w którą rynsztok nagle się zapadał.


*

Po przeciwnej stronie ulicy rozciągał się stary, zapuszczony cmentarz poniemiecki. Tylko raz zapuściłam się tam wieczorem. Musiałam. Była to kwestia honoru.
Dzieci śmiały się, że nie odważę się pójść tam po zmroku, gdy „z grobów wychodzą duchy zmarłych dzieci”. Oczywiście odważyłam się, choć z duszą przypiętą do ramienia. I choć oczy miałam głównie zamknięte, to jednak gotowam przysiąc, że tych duchów było tam wtedy całe mnóstwo.
Po tym spektakularnym wyczynie awansowałam w podwórkowej społeczności.
W zabawie „w kombojów i indian” miałam od tej pory wolny wybór.
Nie byłam już odgórnie wyznaczana na jednego z „indian”, których przywiązywało się do drzewa i którzy mogli jedynie z tej pozycji zazdrośnie spoglądać na gonitwy i potyczki „kombojów”. Mogłam i ja już biegać, mierząc do innego „komboja” z rewolweru wyglądającego jak zwykły kawałek drewienka i krzycząc „pif-paf!” Jednak skorzystałam z tego przywileju zaledwie dwa lub trzy razy. Moje serce już wtedy jakoś dziwnie było po stronie „indian”.

*

Wracając z wakacji u ciotki wiedziałam, że będę musiała za nie odpokutować.
Moje poobijane nogi nijak nie pasowały do falbaniastych sukienek.
– Boże drogi! Przecież dziewczynka nie może mieć nóg jak jakiś łobuziak – mówiła z nieukrywanym niesmakiem moja mama i kazała mi zakładać białe rajstopki.


*

Jednego roku rozkopano całą ulicę, a na poniemiecki cmentarz wjechały buldożery. Zabawy wakacyjne z konieczności ograniczyły się do piaszczystego podwórka. Byłam pełna niepokoju z powodu tych zmian. Może dlatego więcej czasu niż zwykle spędzałam na mojej jabłonce. W następnym roku niemal nie poznałam okolicy. Na ulicy leżał gładki asfalt, po rynsztoku nie było ani śladu,
a zamiast pełnego chaszczy cmentarza pysznił się park poprzecinany alejkami. Patrzyłam na ten park i myślałam, że nigdy nie będę miała odwagi przechadzać się po nim nawet w dzień. Moja jabłonka najwyraźniej zaczęła chorować. Część gałęzi uschła i brakowało na nich liści. Obawiałam się na nią wspinać, by któraś z nich nie złamała się pod moim ciężarem. Dopiero w ostatni wieczór odważyłam się wspiąć na moje ulubione miejsce. Pośród gęstniejącego już mroku, wszystko było znów takie same, jak kiedyś. Skrajem ulicy wybrukowanej „kocimi łbami” płynęła woda w rynsztoku, po drugiej stronie ulicy spały cichym snem zapomniane przez ludzi groby, a staruszki wyszły przed dom, by na chybotliwej ławeczce dać upust swojej złości. Wiedziałam, że to już ostatni raz.


*

Moja ciotka przeprowadziła się tej jesieni do nowego mieszkania, a ja jakoś przestałam jeździć do niej na wakacje.
„Swoją „ dziką jabłonkę postanowiłam odwiedzić dopiero kilka lat później.
Po raz pierwszy miałam ją zobaczyć zimą. Ciekawa byłam, jak też wygląda taka przysypana śniegiem. Nie było jej na znajomym podwórku. Nie chcę tam już więcej wracać. Chcę myśleć, że latem tam wciąż jest – taka sama jak dawniej – niezbyt wysoka i krzywa. Taka w sam raz na kilka zadrapań i siniaków.

czwartek, 29 listopada 2007

Zimowe impresje

Miałam kilka lat. Kuchnia mojej Babci wydawała mi się ogromna. Siedzieliśmy z kuzynkiem przy wielkim stole, nie sięgając nogami do podłogi. Sklejaliśmy, jak co roku, papierowy łańcuch na choinkę.
Mama, ciocia i Babcia krzątały się po kuchni, przygotowując wigilijne potrawy. Każda z nich miała jakieś własne
spécialité de la maison, więc podział pracy był niezmienny i ustalony już od lat.

Ciocia piekła fantastyczne makowce, w których ciasto było cieniutkie, a warstwa maku gruba, pachnąca miodem i migdałami, gęsto poprzetykana rodzynkami wraz ze smażoną skórką pomarańczową. Piekła też pierniki, nasączane później rumem lub arakiem, przekładane powidłami i masą marcepanową, ozdabiane lukrem lub polewą czekoladową upstrzoną krokantem z siekanych orzechów.

Mama była mistrzynią w pieczeniu keksów nadziewanych bakaliami. Przygotowywało się je wcześniej – często już na miesiąc przed świętami, aby zdążyły skruszeć, szczelnie owinięte folią i ściereczkami i poukładane rządkiem na szafie. Tuż przed Wigilią natomiast zajmowała się przyrządzeniem ryb. Nikt tak, jak ona, nie potrafił przyrządzić karpia w galarecie i ryby po grecku. Była też niekwestionowaną rodzinną mistrzynią śledzia podawanego na różne sposoby – w śmietanie z dodatkiem kaparów, w doprawionym korzennie oleju, czy wreszcie śledzia „pod szubą” na sposób kresowy – z dodatkiem majonezu i startych buraczków.

Babcia doprawiała czerwony barszcz i lepiła zgrabne uszka z grzybami, a ja zawsze wtedy żałowałam, że do wigilijnego barszczu nie jada się kołdunów litewskich, za którymi przepadałam. Próbowałam wynegocjować dla siebie tę odmianę, ale Babcia była nieubłagana – żadnego mięsa na wigilijnym stole! Jeśli uszka, to koniecznie z grzybami, a pierogi z grzybami i kapustą. Babcia przyrządzała także kutię i gotowała kompot z suszu wigilijnego.

Parkietowe podłogi były już wywiórkowane, a zapach pasty roznosił się po całym mieszkaniu. Jeśli ktoś pyta mnie o zapach z dzieciństwa, to najdokładniej pamiętam właśnie ten – zapach pasty do podłogi, przemieszany z wonią świeżo upieczonego piernika i zapachem choinki.

Na kilka dni przed świętami Babcia zabierała mnie do sklepu, który zdawał mi się czarodziejski, a krzątająca się w nim siwa sprzedawczyni była w mojej wyobraźni najprawdziwszą wróżką. Babcia kupowała różnokolorowe bibułki, błyszczący brokat w niewielkich paczuszkach, kolorowy papier do wycinanek, jakieś papierowe, podgumowane klejem aniołki i „mikołaje”. Zachłannie porywałam siatkę wypełnioną tymi skarbami i dumnie niosłam do domu. Na dworze było już ciemno, śnieg skrzył się i skrzypiał pod stopami, a w świetle latarni kołowały olbrzymie, białe płatki.
Pamiętam, że moje poczucie szczęścia było wtedy absolutnie doskonałe.

*
Miałam kilkanaście lat. To była pierwsza Wigilia bez mojej Babci. I po raz pierwszy spędzałam ją tylko z rodzicami. Już nigdy więcej nie zdarzyło się, by przy jednym stole zasiadło kilkanaście osób. To Babcia była ogniwem, które spajało rodzinę. To do Niej przyjeżdżało się z odległych krańców Polski.
Patrzyłam na ubraną w świecidełka choinkę i czegoś mi na niej brakowało.
Nie mogłam zrozumieć, czego. Dopiero rozbierając ją po świętach zrozumiałam, że nie było na niej łańcucha sklejonego z kolorowego papieru.

*
Nie wiórkowałam, nie pastowałam i nie froterowałam parkietu. Podłogi mojego domu pociągnięte były warstwą bezbarwnego lakieru. Wystarczyło je przetrzeć wilgotną ścierką. Sama zaczęłam piec makowce, keksy i pierniki. Lepiłam uszka – a jakże! z grzybami – do wigilijnego barszczu, gotowałam kompot, przyrządzałam śledzie i tylko kutii nigdy nie zrobiłam. Odeszła na zawsze wraz z moją Babcią.
Moje dwie latorośle siedziały przy kuchennym stole, a ich nóżki nie sięgały do podłogi. Sklejały papierowy łańcuch na choinkę, jak co roku.

sobota, 17 listopada 2007

„Ten kraj”


To była zawsze moja Ojczyzna. Wciśnięta silą w szaro-bure, czerwoną farbą znaczone łachmany, upodlona, niewolona przez kolejnego zaborcę. Sponiewierana, poszarzała od trosk i nędznego życia moich rodaków, bezbronna wobec rozgrywającej się niesprawiedliwości, załamująca ręce nad swoim narodem, któremu nie pozwolono jej być kochającą matką. Ale była. Zawsze. Otulona troskliwie wiarą i nadzieją na wolność, spoczywała w głębi naszych serc. Mieszkała w nas – jakimś wspomnieniem z dzieciństwa, zapachem choinki, pierników i pasty do podłóg gdy zbliżało się Boże Narodzenie, zapamiętanymi słowami kolędy, czułym dotykiem Babcinych dłoni na naszych włosach i naszym własnym, czasem nieco rozpaczliwym, trzymaniem się nie zawsze rozumianych tradycji – 12 czy 13 potraw na Wigilię? – próbowaliśmy sobie przypomnieć. Nieważne. Ważne, że moje dorosłe dzieci nigdy nie zapomną o dodatkowym nakryciu przy wigilijnym stole.

Kiedy wyjeżdżałam na dłużej, tęskniłam. Nigdzie chleb nie ma takiego smaku, jak tutaj. Żaden błękit południowych, ciepłych mórz nie wywołuje takiego drżenia serca, jak szary nurt Wisły. Żadne gaje oliwkowe i korowody ciemnozielonych cyprysów nie mogą zastąpić przycupniętych nad wąskimi strumyczkami, nostalgicznych wierzb i białokorych zagajników brzozowych. Tylko tutaj powietrze ma zapach i smak mojej Polski. Dom. Można z niego wyjeżdżać, by odkrywać uroki obcych krajów. Można podziwiać inne kultury, można zachwycać się architekturą.
Ale trzeba mieć Dom. Po to, by zawsze móc do niego wracać. Móc się uśmiechać, gdy dookoła słyszy się znów tę znajomą, szeleszczącą przepięknie mowę. Żaden szelest nie ma w sobie tyle ukrytej czułości, co te polskie sz, cz, szcz... Takie polskie, tylko dla nas... nikt spoza tej kultury nie potrafi ich wymówić.

Moja Polska jest jesienna – złocista i szeleszcząca.
Może być zasnuta szarym deszczem, bo w nostalgii jest jej bardzo do twarzy.
Nie musi być modna, nie musi być doskonała tą pozorną doskonałością innych krajów, nie musi być do nich podobna. I my nie musimy być podobni do innych społeczeństw. Nie musimy patrzeć na innych z niepewnością i szukać aprobaty dla „brzydkiej i nieposażnej panny”. Mamy posag. Tylko chowamy go wstydliwie w zamkniętym kufrze.  Mamy swoją własną kulturę, swoją tradycję, którą chcemy chronić. Mamy swoją historię, w której wiele znajdujemy powodów do dumy - jeśli tylko potrafimy.



Liliana Sonik przytoczyła niegdyś pewną opowieść, a ja powtórzę ją tutaj za nią:

Z początkiem lat 90. znalazłam się w paryskim gmachu UNESCO, gdzie odbywała się ważna konferencja z udziałem wybitnych dyplomatów, politologów i socjologów. Salę wypełniły garnitury od Diora, krawaty od Hermesa i dyskretny zapach najlepszych perfum. W świetnie skonstruowane wystąpienie jednego z mówców wkradło się mimochodem rzucone zdanie o Ukraińcach, co „mają gęby galerników” (kryminalistów).

Blady jak ściana przedstawiciel Ukrainy wstał i powiedział jedno tylko zdanie: - - Jest prawdą, że mamy twarze więźniów, ponieważ wychodzimy z więzienia po siedemdziesięciu latach odsiadki. Na sali zapanowała martwa cisza. Oklaski zerwały się dopiero po chwili.


Przeraża mnie, gdy ktoś, tutaj wychowany, mówi o mojej Ojczyźnie z pogardą – „ten kraj”.
Ja, nawet w czasach PRL, nie potrafiłam powiedzieć „ten kraj”.
To zawsze była Polska.
Moja Ojczyzna – z jej tradycją, jej historią, jej wzlotami i upadkami.



Tradycja, to dąb, który tysiąc lat rósł w górę.
Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza.
Tradycja naszym dziełem jest, warownym murem,
To jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza,
To jest ludu śpiewanie,
To jest ojców mowa.
To jest nasza historia, której się nie zmieni...



Polska może się zmieniać. Nie zawsze w kierunku, jaki chciałabym widzieć.
Ale rdzeń tego, co nazywamy Ojczyzną, jest niezmienne, bo ono trwa w naszych sercach.




POETA
Po całym świecie
możesz szukać Polski, panno młoda,
i nigdzie jej nie najdziecie.

PANNA MŁODA
To może i szukać szkoda


POETA
A jest jedna mała klatka –
o, niech tak Jagusia przymknie
rękę pod pierś.


PANNA MŁODA
To zakładka
gorseta, zeszyta trochę przyciaśnie.

POETA
– A tam puka?


PANNA MŁODA
I cóz za tako nauka?
Serce – !–?

POETA
A to Polska właśnie.

czwartek, 15 listopada 2007

Wspomnienie


Proszę państwa, to jest Jan Kaczmarek. Prosimy nie regulować odbiorników, on naprawdę tak wygląda
- w taki sposób Zenon Laskowik zapowiedział jego występ w opolskim Kabaretonie w 1980 roku.
Nie obraził się. Sam potem wielokrotnie przytaczał te słowa.
Był jednym z tych ludzi, którzy potrafią się śmiać nie tylko z innych, ale i z samych siebie.
Fragment z napisanego przez niego, własnego życiorysu:

Urodziłem się 6-go czerwca 1945 roku, w pierwszą rocznicę D-day,to znaczy lądowania Aliantów w Normandii, w miejscowości Lwówek Wielkopolski, na Kresach Zachodnich II Rzeczypospolitej. Moje rodzinne miasteczko, jedno z najmniejszych w Wielkopolsce, leżące przy szlaku E4 - międzynarodowym szlaku komunikacyjnym Wschód-Zachód, łączącym Lizbonę, Madryt, Paryż, Berlin i Warszawę z Moskwą... W 1945 roku Lwówek nie miał jeszcze obwodnicy. Tak więc międzynarodowy ruch przebiegał przez centrum Lwówka, to znaczy przez Rynek, na którym stał i stoi do dziś murowany zegar, pokazujący upływ czasu na cztery strony świata. Kobiety Lwóweckie od niepamiętnych czasów spędzały większą część dnia w oknach swoich domów, leżąc na pięknie wyszywanych poduszkach i obserwując ruch europejski.

W 1807 roku ulicami Lwówka Wielkopolskiego przewalały się idące na I-szą wojnę polską wojska napoleońskie. Dziedzic leżącej pod Lwówkiem wioski Posadowo, Ordynat Melchior hrabia - Korzbok Łącki, jak głosi do dziś epitafium na ścianie kościoła parafialnego we Lwówku pod wezwaniem Wniebowstąpienia Pańskiego głosi, że "Melchior hrabia Korzbok Łącki, pułkownik Pułku ułanów, który własnym sumptem ufundował", wniósł swój udział do walk o przyszłe Wielkie Księstwo Poznańskie. W czerwcu 1945 roku przez Lwówek przewalały się dwie armie radzieckie. Pierwsza wracała z Berlina, po zdobyciu kończącego II wojnę światową berlińskiego Reichstagu. Druga, w kierunku przeciwnym, rok po zakończeniu II wojny światowej szła ciągle siłą inercji "na Bierlin".

O fakcie urodzin syna, ojciec mój powiadomił miejski magistrat, gdzie ciągle jeszcze urzędował "russkij kammandir goroda Lwówek". Ojciec otrzymał wypisany po rosyjsku, na niemieckim druczku, akt moich urodzin. Dostał też zwyczajowo na chrzciny wiaderko wódki i miskę masła.

W Lwówku Wielkopolskim spędziłem całe dzieciństwo i młodość. Tu zdobyłem wykształcenie podstawowe. Miasteczko Lwówek nie miało żadnej szkoły średniej. W ogólniaku, w odległych o 8 kilometrów od Lwówka Pniewach, uzyskałem wykształcenie średnie i w 1963 roku zdałem maturę.

Na świadectwie maturalnym miałem same piątki, z wyjątkiem języka niemieckiego, z którego miałem czwórkę. Wykładowca języka niemieckiego, dyrektor pniewskiego ogólniaka niejaki Pietz, tak mnie uspokajał: "Naa Herr Katschmarek! Aus Deutsch, z języka niemieckiego piątkę u mnie to mógłby mieć Goethe und może ewenturlichHeine aber Schiller!"

Reszta - na oficjalnej stronie Jana Kaczmarka:
http://daleko.janukowicz.net/ds/janek/default.php?article=jkmain


Z jego niezliczonych tekstów, chciałabym przypomnieć dwa.
Oba - stety/niestety - bardzo polskie...

Polskie strzechy

Polskie strzechy pochylone
Kryte słomą z naszych pól.
Zamyślone, zadziwione,
Stoją tutaj, właśnie tu.
O czym myślą nasze strzechy,
Gdy je smaga deszcz i wiatr
Od Bałtyku morskiej fali,
Aż po śnieżne szczyty Tatr.

Nie angielskie, nie kreolskie,
Ale nasze, nasze polskie,
Nie austriackie, nie jakieś inne,
Ale rodzinne ! Ale rodzinne !

Choćbyś przeszedł świat szeroki,
To powrócisz taki pech,
Wrócisz tu gdzie nad potokiem
Drzemie rząd rodzinnych strzech,
Przywitają cię jak brata,
Żal ukoją ciszą swą,
Tu rodzinna twoja chata,
Tutaj twój rodzinny dom.

Nie angielskie, nie kreolskie,
Ale nasze, nasze polskie,
Nie austriackie, nie jakieś inne,
Ale rodzinne ! Ale rodzinne !

Na tym piasku mazowieckim,
Wśród tych lasów, łąk i pól,
Gdzie biegałeś będąc dzieckiem,
Dzieląc radość poprzez ból,
Stoją strzechy takie swojskie,
Takich drugich nie zna świat,
Nie zna matka, nie zna ciotka,
Ani wujek, ani brat.

Nie angielskie, nie kreolskie,
Ale nasze, nasze polskie,
Nie austriackie, nie jakieś inne,
Ale rodzinne ! Ale rodzinne !



Litania "Ile jeszcze?"

Ile jeszcze będzie nowych Rzeczypospolitych
wyniesionych z pęt niewoli na wolności szczyty ?
Ile razy zmowa zmiecie nas rusko-teutońska
wymazując z mapy świata dumne słowo Polska ?
Ile jeszcze będzie krwawych powstań narodowych
i tych z głową ale również tych całkiem bez głowy ?
Ile groźnych fal represji i pacyfikacji
i samobójstw rozpaczliwych hen na emigracji ?
Ile razy na obczyźnie będą armie polskie
czekające, żeby z ziemi obcej iść do polskiej ?
Ilu wodzów fantastycznych i wielkich herosów?
Ile jeszcze zarzynanych bezkarnie etosów ?
Ile jeszcze zmarnowanych bez sensu okazji ?
Ile chamstwa i prostactwa rodem z dzikiej Azji ?
Ile wściekłej nienawiści, pychy i głupoty ?
Ile przez wyborczą urnę przepchanej miernoty ?
Ile nowych gabinetów jeszcze się przekręci
z racji nieprawdopodobnej ich niekompetencji?
Ilu głupców się wywyższy nad autorytety ?
Ilu się złodziei schowa za immunitety ?
Tę litanię wciąż będziemy śpiewać gromkim głosem,
a w niedoli cicho mruczeć sobie ją pod nosem,
bo to polska jest litania i to jedno wiemy,
że niestety nie ma końca, póki my żyjemy !


Nie powiem "żegnaj, panie Janku".
Powiem... do zobaczenia :)


sobota, 10 listopada 2007

Bądźcie pozdrowieni...



Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata, za niepewność - wśród jego pewności
za to, że odczuwacie innych tak jak siebie samych zarażając się każdym bólem
za lęk przed światem, jego ślepą pewnością, która nie ma dna
za potrzebę oczyszczania rąk z niewidzialnego nawet brudu ziemi
bądźcie pozdrowieni.

Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za wasz lęk przed absurdem istnienia
i delikatność niemówienia innym tego co w nich widzicie
za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania z niezwykłością
za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,
za nieprzystosowanie do tego co jest a
przystosowanie do tego co być powinno
za to co nieskończone - nieznane - niewypowiedziane
ukryte w was.

Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą twórczość i ekstazę
za wasze zachłanne przyjaźnie, miłość i lęk
że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami.

Bądźcie pozdrowieni
za wasze uzdolnienia - nigdy nie wykorzystane -
(niedocenianie waszej wielkości nie pozwoli
poznać wielkości tych, co przyjdą po was)
za to, że chcą was zmieniać zamiast naśladować
że jesteście leczeni zamiast leczyć świat
za waszą boską moc niszczoną przez zwierzęcą siłę
za niezwykłość i samotność waszych dróg
bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi.


/Kazimierz Dąbrowski/

Przyjaźń i polityka


Przyjaciel to ktoś, przy kim można głośno myśleć.
Im bardziej kochamy przyjaciół, tym mniej im schlebiamy.
Kto innym potrafi mówić prawdę, powinien także
umieć jej słuchać.



Szukając przyjaźni, szukamy tak naprawdę takiego związku z drugim człowiekiem, który da nam absolutną, bezwarunkową miłość i zaufanie, z kim łączyć nas będą podobne pasje, z kim będziemy mogli ramię w ramię je realizować, przed kim będziemy mogli odkryć nawet najciemniejsze strony naszej duszy bez lęku, że zostaniemy odrzuceni. Ale zarazem szukamy kogoś, kto nie będzie nas oszukiwał, kto będzie rozumiał, że zawsze mamy prawo usłyszeć od niego prawdę, choćby miała być ona dla nas bolesna. Prawdziwy przyjaciel rozumie to i weźmie dla nas to ciężkie brzemię mówienia nam prawdy na swoje ramiona. Bo przyjaciela się nie „ma”, ale z przyjacielem „się jest”. „Jest się” na dobre i na złe. Prawdziwy przyjaciel nie musi mówić ”jesteś wspaniały”, gdy coś robimy źle. Powinien powiedzieć: „robisz to źle, ale spróbujmy razem pomyśleć, co zrobić, by było dobrze”.

Szukając przyjaźni, szukamy czasami swojego lustra. I często wydaje nam się, że je znaleźliśmy. Cieszymy się, że jest ktoś, kto myśli i czuje identycznie, jak my.
A potem... potem powoli zauważamy jego „inność”(bo przecież nie ma dwóch identycznych osób) i to nas zaczyna albo zaciekawiać, albo... frustrować. I ten właśnie moment jest największym sprawdzianem siły naszej przyjaźni i naszej własnej dojrzałości. Nie - umiejętność przychodzenia przyjacielowi z pomocą w przeciwnościach losu, nie - umiejętność pocieszania, bo do tego wcale przyjaźń nie jest konieczna – wystarczy odrobina empatii - ale umiejętność cieszenia się z jego radości, jeśli nawet nie są one naszymi własnymi i ciekawość jego sposobu widzenia świata łącząca się z chęcią zrozumienia. To nasz przyjaciel, więc bardzo chcemy zrozumieć, dlaczego myśli właśnie tak, a nie inaczej.

Te wzajemne relacje i ta równość partnerska wobec siebie jest warunkiem sine qua non przyjaźni. Przyjaźń bowiem wymaga wzajemności. Można kogoś kochać bez jego wiedzy, albo bez wzajemności, ale nie można się z kimś w taki sposób przyjaźnić.


Jarosław Kaczyński: „Wiele lat maszerowaliśmy razem z Ludwikiem Dornem i dobrze to wspominam, ale kilka lat temu zaczęły w nim zachodzić zmiany, które czyniły współpracę coraz trudniejszą. Wiele jego decyzji z ostatnich lat było dla mnie nie do pojęcia. Miałem poważne kłopoty, żeby porozumieć się z tym nowym Dornem. Teraz Ludwik Dorn krytykuje przebieg kampanii. A ja sobie przypominam, że to on snuł swoje wywody na temat wykształciuchów, aż po sam moment głosowania, bez niczyjej zgody pisał do nich listy i wytaczał procesy w sprawie honoru psa Saby. To raczej nie służyło zjednaniu tej grupy wyborców, o których teraz Ludwik Dorn zaczął się troszczyć. Nie chcę tego tematu dalej rozwijać. Co do protestu wiceprezesów - panowie byli proszeni, żeby się powstrzymać przed ogłaszaniem swojej dymisji, a tym bardziej przed ogłaszaniem listu. Nie posłuchali. Chcę
podkreślić, że w gronie osób, które list podpisały, odróżniam Ludwika Dorna od pozostałych, a szczególnie jednego, którego bardzo wysoka pozycja w PiS była raczej wynikiem życzliwości towarzyskiej niż dorobku politycznego. /.../
W wypadku Ludwika Dorna jest to jednak wydarzenie dla mnie znaczące. Ale cóż, trzeba iść dalej. Nie chcę okazywać lekceważenia wobec osób, które ustąpiły, ale nie będę udawał, że jest to dla mnie jakiś wstrząs ani że to godne postępowanie, bo tak nie jest. /.../

Ja przypominam, że przed wyborami każdy z nas podpisał zobowiązanie, że jeśli ktoś radykalnie nie zgadza się z linią partii, to powinien zrezygnować z mandatu.


Nie sposób nie zgodzić się z opinią, że przenoszenie wewnętrznych sporów w partii w obszar publicznych mediów, jest dla niej samej bardzo szkodliwe. Ale jednak nie sposób także nie dostrzec, że nic takiego by się nie stało, gdyby ta wewnętrzna dysputa była możliwa.
Żaden z trzech wiceprezesów nie kwestionuje przywództwa Kaczyńskiego.
Żaden z nich nie kwestionuje także przecież linii partii.

Kaczyński popełnia podwójny błąd. Z jednej strony jest to błąd natury emocjonalnej, z drugiej – czysto pragmatycznej.

Ten pierwszy, to sprzeniewierzenie się przyjaźni. Długoletniej przyjaźni z Dornem, która już raz została wystawiona na bardzo poważną próbę, gdy Kaczyński, miast Dornowi, zaufał Kaczmarkowi. I niestety niczego go to nie nauczyło.
Jednak, choć zaczęłam od przyjaźni, bo umiejętność jej pielęgnowania bardzo wiele mówi mi o osobowości człowieka, to skończę na polityce i próbie oceny tej sytuacji bez emocji.


J.K.: „Żeby wygrać wybory, powinniśmy teraz zachować ten elektorat, który zdobyliśmy - i wiele będziemy w tym celu robili - a jednocześnie zwrócić się ku elektoratowi wielkomiejskiemu /.../
Część inteligencji - pozwolę sobie powiedzieć: lepsza część - jest oburzona przebiegiem kampanii, uznając, że była ona skrajnie wobec nas nieuczciwa, po prostu kłamliwa. To odczucie wśród tych ludzi musimy zagospodarować. Przede wszystkim musimy dotrzeć do tej części elektoratu z wiedzą o naszych osiągnięciach. Musimy to zrobić w momencie, gdy ludzie, którzy głosowali na naszych rywali, zorientują się, że zostali przez nich wprowadzeni w błąd”.



Błąd Kaczyńskiego najpełniej jawi się w kontekście tych planów pozyskania nowego elektoratu, któremu dano oto wyraźny sygnał, że nie może liczyć na jakiekolwiek osobowości w łonie PiS, bo wszystkie one prędzej czy później zostaną odstawione na boczny tor.
Ci, którzy mogliby przyciągnąć do PiS (choćby liderzy lokalni) także i tych wyborców, dla których są oni bliżsi mentalnie niźli sam Kaczyński, zostaną wyeliminowani na rzecz bezbarwnych Suskich, Karskich i Kuchcińskich. To bardzo jasny komunikat – ktoś, kto ma własną wizję, nie ma w PiS czego szukać. Pomijam już tę oczywistość, że niezależność myślenia współpracowników i ich odwaga w krytyce w połączeniu z niekwestionowanym uznawaniem autorytetu i pierwszeństwa szefa, to najlepsze, co może się przytrafić każdemu przywódcy, bo pozwala unikać błędów czy choćby je korygować. Jeden człowiek nigdy nie zastąpi „burzy mózgów”. Dlatego nie rozumiem dziś Kaczyńskiego. Na kim chce budować przyszłość swojej partii, a zarazem przyszłość kraju? Czy tylko na tych, którzy na jedno jego skinienie są gotowi każdego wartościowego polityka uznać albo za zdrajcę, albo za wariata, albo za zwykłą miernotę? Na tych, którzy uśmiechają się ze zrozumieniem, gdy Kaczyński o polityku, który nie wypisuje hasła „zasady” na swoich bilboardach, ale po prostu na co dzień tych zasad przestrzega, mówi: „A kto to jest Marek Jurek”?...