<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766</id><updated>2011-09-28T12:06:58.226-07:00</updated><category term='świeczki'/><category term='szczęście'/><category term='miłość'/><category term='gniew'/><category term='UPA'/><category term='św. Marcin'/><category term='impresja'/><category term='damy'/><category term='tolerancja'/><category term='pałace'/><category term='Dzień Wszystkich Świętych'/><category term='strych'/><category term='Powstanie Styczniowe'/><category term='dziennikarstwo'/><category term='strach'/><category term='szklana kula'/><category term='wspomnienia'/><category term='Norwid'/><category term='wybory'/><category term='cisza'/><category term='Wołyń'/><category term='pamięć'/><category term='katastrofa'/><category term='dziadek'/><category term='tło'/><category term='kobiety'/><category term='okupacja'/><category term='deszcz'/><category term='pamiątki'/><category term='czekoladziarnia'/><category term='rząd Tuska'/><category term='wspomnienie'/><category term='portret rodzinny'/><category term='święta'/><category term='czepiec'/><category term='polityka'/><category term='Smoleńsk'/><category term='odnalezienie'/><category term='Warszawa'/><category term='dusza'/><category term='pałac'/><category term='Jan Kaczmarek'/><category term='ciotki'/><category term='Marek Jurek'/><category term='stan społecznej świadomości'/><category term='relatywizm'/><category term='Ojczyzna'/><category term='babcia'/><category term='Święty Mikołaj'/><category term='tradycja'/><category term='Boni'/><category term='Wałęsa'/><category term='szaleństwo'/><category term='witajcie'/><category term='lato'/><category term='przyjaźń'/><category term='nadzieja PiS'/><category term='Kisielin'/><category term='Narodowe Święto Niepodległości'/><category term='magia'/><category term='Jarosław Kaczyński'/><category term='zabory'/><category term='Nowy Rok'/><category term='powroty'/><category term='zima'/><category term='spotkanie'/><category term='PRL'/><category term='anioły'/><category term='wiosna'/><category term='Polska'/><category term='racjonalizm'/><category term='serwilizm'/><category term='portrety wodzów'/><category term='światło'/><category term='jabłonka'/><category term='zagubienie'/><category term='przyjaźń i polityka'/><category term='Salonik Kameralny'/><category term='Powstanie Warszawskie'/><category term='tożsamość narodowa'/><category term='dzieci'/><category term='sprzątanie'/><category term='Ludwik Dorn'/><category term='Rzym'/><category term='marzenia'/><category term='dzieciństwo'/><category term='jesień'/><category term='wolność'/><category term='duchy'/><category term='chleb'/><category term='Starówka'/><category term='donosiciele'/><category term='dziecko'/><category term='grafomania'/><category term='Krzesimir Dębski'/><category term='tęcza'/><title type='text'>Kropla wolnosci</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>75</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-2411106522111874950</id><published>2011-01-15T15:27:00.000-08:00</published><updated>2011-01-15T17:38:26.155-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='katastrofa'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Smoleńsk'/><title type='text'>Polski samolot w Smoleńsku nie lądował.</title><content type='html'>Miało już nie być nowych postów, ale jest coś, co mnie męczy, a nie udzielam się na żadnych forach, by móc o tym porozmawiac. Może chocby tylko wyartykułowane, nazwane, uczyni mój niepokój znośniejszym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kapitan Arkadiusz Protasiuk nie chciał lądować "za wszelką cenę" - choc tak właśnie twierdzi MAK. Chciał odejść na drugi krąg nad lotniskiem. Jak wynika z uwag polskiej komisji do rosyjskiego raportu, nie zdążył jednak wykonać tego manewru.&lt;br /&gt;Słowo: „odchodzimy” padało już w stenogramach przedstawionych przez Rosjan 1 czerwca 2010 r., jednak wypowiadał je tam drugi pilot, na14 sekund przed katastrofą, gdy samolot zszedł już poniżej 80 m od ziemi (ale w stosunku do pasa startowego był jeszcze niżej, bo leciał nad jarem o głębokości ok. 60 m).&lt;br /&gt;Dziś jednak już wiemy, że eksperci fonoskopii z Centralnego Laboratorium Kryminalistyki KGP odczytali w grudniu tę samą komendę wypowiedzianą już wcześniej przez kapitana Protasiuka. W uwagach do raportu MAK czytamy: "Zgodnie z zapisem CRV [Cockpit Voice Recorder], odczytanym przez stronę polską, dowódca załogi zgłosił, po minięciu wysokości 100 metrów, że odchodzi na drugi krąg. Drugi pilot to potwierdził". A zatem owe „odchodzimy” drugiego pilota było potwierdzeniem dla wykonania manewru.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Komisja badania wypadków lotniczych jednocześnie zastrzega: "brak jest jednak (...) zdecydowanej komendy inicjującej ten proces" (przerwania zniżania).&lt;br /&gt;Nie oznacza to, że kapitan nie wykonywał tego manewru, na co mogą wskazywać kolejne opinie przedstawione przez komisję:&lt;br /&gt;- "załoga rozpoczęła procedurę odejścia na drugi krąg"; - "załoga próbowała - nieskutecznie - przerwać podejście"; - "była to realizacja spóźnionej procedury odejścia na drugi krąg" (w ostatnim przypadku chodzi o "zerwanie" autopilota).&lt;br /&gt;Natomiast MAK w raporcie napisał jednoznacznie, że "decyzji dowódcy statku powietrznego o odejściu na drugi krąg nie było".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I teraz pojawia się kilka bardzo poważnych wątpliwości. Uwaga, że decyzję „odchodzimy” zarejestrowano na wysokości 100 metrów, jest niezwykle istotna. Jest  to bowiem tzw. „wysokość decyzji”, czyli wysokość,  na której zgodnie z przepisami pilot miał zdecydować, czy ląduje, czy odchodzi na drugi krąg. Wcześniej kierownik lotów z wieży w Smoleńsku wydał komendę pozwalającą zejść samolotowi  na tę właśnie wysokość. Jednocześnie decyzja ta zapadła na 2400 m od progu pasa. Było to na 22 sekundy przed katastrofą. TAWS po raz pierwszy zaalarmował komendą „pull up” („w górę”) o półtorej sekundy później.&lt;br /&gt;Mimo iż, Polska proponowała MAK przed publikacją raportu swoją ekspertyzę, komisja jej nie wykorzystała. W raporcie napisano, że "decyzji dowódcy statku powietrznego o odejściu na drugi krąg nie było". Według raportu MAK pilot "zerwał" wolantem autopilota i automat ciągu dopiero "w momencie pierwszego zderzenia z przeszkodą". Polska strona natomiast pisze, że autopilot i automat ciągu wyłączone zostały sekundę wcześniej. I że nie było to "instynktowne działanie załogi" ani reakcja na przeszkodę (drzewa), której nie widzieli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do tej pory nie udało się ustalić dlaczego mimo, że kapitan Protasiuk podjął na czas decyzję o odejściu na drugi krąg, samolot uderzył w ziemię. Jest to tym dziwniejsze, że w polskich uwagach czytamy również, iż "nieudaną procedurę odejścia na drugi krąg" potwierdzają "zarejestrowane ruchy wolantu". Tak więc próbowano wykonać manewr odejścia, ale coś temu przeszkodziło.&lt;br /&gt;Dlaczego manewr się nie udał? Tego nie wiadomo. Jeśli przyczyna leży w samym oprzyrządowaniu samolotu (uszkodzonego przypadkiem lub celowo), to najpewniej prawdy nigdy nie poznamy. Nie po to samolot został przez Rosjan pocięty na kawałki, by chronić ewentualne dowody. Rzecz charakterystyczna, że strona rosyjska od początku próbowała obciążyć cała wina polskich pilotów. Pamiętam, że już w pierwszym swoim wystąpieniu Anodina podkreślała zbyt pobieżne ich wyszkolenie i zbyt małą ilość wylatanych godzin.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja jestem wychowana w PRL-u i mam we krwi, że czym bardziej oficjel sowiecki lansuje jakąś tezę, tym bardziej nie ma ona nic wspólnego z rzeczywistością. I ta moja wyćwiczona nieufność zawsze po jakimś czasie okazywała się być jedyną słuszną postawą.&lt;br /&gt;Tak więc już wtedy uderzyła mnie ta powtarzana z niezwykłym naciskiem teza. &lt;br /&gt;Dziś jeszcze bardziej nie daje mi to spokoju. Mam nieodparte wrażenie, że kluczem do wytłumaczenia tej zagadki – dlaczego podjęty w porę manewr odejścia się nie powiódł, jest owa wysokość 100 metrów. Męczy mnie to tym bardziej w kontekście słów wypowiedzianych przez obecnego na wieży zwierzchnika kontrolera lotów -  płk Nikołaj Krasnokutskiego: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;„Doprowadzamy do 100 m, 100 m i koniec rozmowy".&lt;/span&gt; &lt;br /&gt;DLACZEGO? Co miało się stać na tych 100 metrach?&lt;br /&gt;Dlaczego trzeba było ściągnąć polski samolot na tę wysokość i co ona miała spowodować?&lt;br /&gt;Dlaczego kontroler Plusnin celowo zaniżał wysokość, jakby chciał, by tutka odleciała ZANIM jeszcze osiągnie ten pułap 100m? Co dokładnie chciał przekazać Paweł Plusnin, &lt;br /&gt;gdy powiedział dziennikarzom tvn, że „zrobił wszystko, żeby do tego nie dopuścić”.&lt;br /&gt;I jakie informacje kryje meldunek Nikołaja Krasnokutskiego do nieznanego rosyjskiego generała: "Towarzyszu generale, do trawersu podchodzi. Wszystko włączone, i reflektory na dzień, wszystko włączone"?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już po opublikowaniu tego postu natrafiłam na jeszcze jedną ciekawostkę dotyczącą zafałszowania stenogramów. Wypływają z niej bardzo ciekawe wnioski. Warto przeczytać:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;http://tl.gd/85v7kf&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-2411106522111874950?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/2411106522111874950/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=2411106522111874950&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/2411106522111874950'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/2411106522111874950'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2011/01/polski-samolot-w-smolensku-nie-ladowa.html' title='Polski samolot w Smoleńsku nie lądował.'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-4430314129339568478</id><published>2011-01-01T01:53:00.000-08:00</published><updated>2011-01-01T01:57:04.403-08:00</updated><title type='text'>Już czas</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TR76MUPHX5I/AAAAAAAAARo/6Tq2jWTPsyk/s1600/%2524494.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 240px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TR76MUPHX5I/AAAAAAAAARo/6Tq2jWTPsyk/s320/%2524494.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5557154079719251858" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To miejsce narodziło się 1 listopada 2007 roku. Nie liczyłam tutaj na częste odwiedziny tym bardziej, że pisałam wtedy także w miejscach znacznie bardziej gwarnych i uczęszczanych.&lt;br /&gt;Nie miało być to zatem forum wymiany myśli; była to moja własna „kropla wolności”. &lt;br /&gt;I właściwie tak pozostało do dziś. Ja przez ten czas odnalazłam się raczej w roli biernego obserwatora sieci, niż jego aktywnego uczestnika. Moje myśli nie wydają mi się aż tak cenne, bym koniecznie musiała je oznajmić całemu światu. Podobno też nie są specjalnie odkrywcze czy oryginalne. Tak przynajmniej twierdzą ci, którzy mi dobrze życzą. Więc nie mam powodu w to nie wierzyć. Kiedyś lubiłam pisać – choćby dla samej siebie. Dziś najwyraźniej mi już nie sprawia to przyjemności. Dlatego – już czas. Blog przeżył trzy lata i pozostanie tak zawieszony w wirtualnej  przestrzeni. Wolę odchodzić zamykając za sobą drzwi, niż niszczyć do „gołej ziemi”. Więc niech sobie tu gdzieś trwa. To tylko moja droga prowadzi gdzie indziej. Więc mijam i idę dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś jest Nowy Rok i podobno spełniają się życzenia. Na sam koniec mojego tu chwilowego pobytu zostawiam zatem jedno dla świata. Oby nikt na świecie nie musiał już  być samotny.&lt;br /&gt;Niech każdy odnajdzie choćby jedną bratnią duszę, która go zrozumie i zaakceptuje dokładnie takim, jakim jest.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i co z tego, że to niemożliwe? Cuda się zdarzają...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-4430314129339568478?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/4430314129339568478/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=4430314129339568478&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4430314129339568478'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4430314129339568478'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2011/01/juz-czas.html' title='Już czas'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TR76MUPHX5I/AAAAAAAAARo/6Tq2jWTPsyk/s72-c/%2524494.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-3897522040641996234</id><published>2010-12-30T15:19:00.000-08:00</published><updated>2010-12-30T15:24:11.131-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Nowy Rok'/><title type='text'>Noworoczne życzenia</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TR0T631u6LI/AAAAAAAAARY/Ie0AOGgrZDs/s1600/mediumkcc8cs564951114cb583e57358.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 152px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TR0T631u6LI/AAAAAAAAARY/Ie0AOGgrZDs/s200/mediumkcc8cs564951114cb583e57358.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5556619417387722930" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym, którzy tu zabłądzą, &lt;br /&gt;życzę w Nowym Roku wiele zdrowia, &lt;br /&gt;szczęścia do ludzi spotkanych na swojej drodze &lt;br /&gt;i radości życia pozwalającej docenić to, co przyniesie los.&lt;br /&gt;A wszystko inne stanie się samo :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-3897522040641996234?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/3897522040641996234/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=3897522040641996234&amp;isPopup=true' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/3897522040641996234'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/3897522040641996234'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2010/12/noworoczne-zyczenia.html' title='Noworoczne życzenia'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TR0T631u6LI/AAAAAAAAARY/Ie0AOGgrZDs/s72-c/mediumkcc8cs564951114cb583e57358.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-1962082675829982512</id><published>2010-12-29T14:08:00.000-08:00</published><updated>2010-12-29T14:16:26.985-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dziecko'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='odnalezienie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zagubienie'/><title type='text'>Odnalezione dziecko albo - być sobą.</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TRuy92y19YI/AAAAAAAAARQ/CCXWhFaMY78/s1600/cud.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TRuy92y19YI/AAAAAAAAARQ/CCXWhFaMY78/s200/cud.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5556231341042169218" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Chodziło mi od pewnego już czasu po głowie powiedzenie jakiejś polskiej bajkopisarki &lt;br /&gt;o tym, jak odnaleźć w sobie dziecko. I dziś znalazłam w sieci jej receptę: „Sięgnąć w miejsca dawno już zapomniane, zakopane gdzieś w niepamięci, trudne do weryfikacji w świecie dorosłych. Gdyby szukać metafory, to pisanie dla dzieci jest jak przypominanie sobie z trudem snu, który, o czym wiemy, był dla nas bardzo istotny”.&lt;br /&gt;Pisanie dla dzieci.....&lt;br /&gt;To szczególny dar, jeśli potrafi się go wykorzystać.&lt;br /&gt;Ale mnie potrzebne było coś innego. Choć do dziś nawet nie wiedziałam jak bardzo potrzebne. Coś dla mnie samej. Dla nikogo innego. Dla mojego wewnętrznego dziecka, które w ostatnich latach tak bardzo zaniedbałam, że ze szczętem o nim zdołałam zapomnieć. Nikt go nie przywoływał, nikt za nim nie tęsknił. Nawet ja sama. Nikomu nie było potrzebne. &lt;br /&gt;I nagle postanowiło o sobie przypomnieć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wychodziłam dziś z pracy jako kobieta – nazwijmy to delikatnie – w średnim wieku, zmęczona podróżą (dopiero co wróciłam ze świątecznych wojaży, do tego pociąg miał nieliche spóźnienie) i mało przyjemną koniecznością pojawienia się w pracy niemal tuż po wyjściu z pociągu. Do tego bagaże były wyjątkowo ciężkie, a ja mam poważne problemy z jedną ręką. Czułam się stara, chora i zmęczona i zastanawiałam się czy nie mądrzej byłoby w ogóle dziś nie wracać do domu, skoro od rana znów będę musiała brnąć przez śnieg do pracy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zamknęłam za sobą drzwi, wyszłam na zewnątrz i... wpadłam w mroźną ciemność. &lt;br /&gt;Wiatr sypnął mi w oczy śniegiem, więc z niechęcią zacisnęłam powieki. I nagle jakoś wszystko ucichło. Poczułam nieledwie ciepłe płatki śniegu osiadające mi na rzęsach i ostrożnie otworzyłam oczy...&lt;br /&gt;Nie zobaczyłam zwykłej ulicy, ale najprawdziwszą bajkę. Biało-srebrzyste płatki wirowały leniwie w świetle latarń, śnieg skrzypiał przy każdym kroku i przepięknie skrzył się niczym posypany prawdziwymi brylantami. &lt;br /&gt;Pamiętam taką zimową baśń z dzieciństwa. Albo potem już jej nigdy nie było, albo jakoś przestałam ją zauważać. A ona jest J Jest nie mniej prawdziwa niż moje zwykłe, czasem niezbyt łatwe życie. Jest... i czeka aż po raz kolejny ją zauważę. Czasem musi czekać bardzo długo, ale dopóki jest cień szansy, że znów się kiedyś mnie doczeka – jest też cień szansy i dla mnie. Że nie zapomnę bezpowrotnie o tym, co dobre, piękne, mądre... &lt;br /&gt;Dziś po raz kolejny udało mi się przypomnieć sobie mój sen, w którym trwają wiecznie Wiara... Nadzieja... Miłość...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I to był pierwszy krok, by przypomnieć sobie jeszcze coś: „Zanim poznasz kogoś, upewnij się, że znasz siebie i że nie będziesz chciał być taki jak on chce, ale będziesz sobą”.&lt;br /&gt;Dlaczego? „Bo „NIE" wypowiedziane bez lęku może być lepsze i ważniejsze, aniżeli "TAK" wypowiedziane tylko po to, żeby kogoś zadowolić lub, co gorsza, by uniknąć kłopotów.”&lt;br /&gt;(Mahatma  Gandhi).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak.... dziecko to bardzo krucha istota....&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-1962082675829982512?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/1962082675829982512/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=1962082675829982512&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/1962082675829982512'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/1962082675829982512'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2010/12/odnalezione-dziecko-albo-byc-soba.html' title='Odnalezione dziecko albo - być sobą.'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TRuy92y19YI/AAAAAAAAARQ/CCXWhFaMY78/s72-c/cud.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-8568838403736507157</id><published>2010-11-28T14:29:00.000-08:00</published><updated>2010-11-28T14:31:28.825-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='tło'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='relatywizm'/><title type='text'>Na tle</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TPLYJifrU4I/AAAAAAAAARE/SSe2kV_K9nQ/s1600/godzilla_super.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 135px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TPLYJifrU4I/AAAAAAAAARE/SSe2kV_K9nQ/s200/godzilla_super.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5544731749636592514" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Coś nam się chyba bardzo ostatnio rzeczywistość zrelatywizowała. Jeśli próbuję kogoś lub coś poddać krytyce, zwracając na przykład uwagę, że tekst dobry, ale wszak czytałam już lepsze, albo że ktoś mógłby wypowiadać się w sposób nieco bardziej przemyślany, słyszę natychmiast: - No co ty! Przecież na tle tych wszystkich innych tekstów... Albo – Na tle swoich kolegów to on i tak wypada doskonale. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zatem, by zachować niezmącony dobry humor, porównujmy nieustannie. Niech tło stanie się dla nas nieodzownym elementem postrzegania rzeczywistości. Ba! Skupmy się głównie na nim. Szczególnie na tym najmniej udanym. Nasi starsi bracia w wierze wiedzieli to już zresztą od dawna, czego przykładem jest mądry rabin, który skarżącemu się na ciasnotę własnego mieszkania Żydowi poradził kupno kozy. Rada była słuszna, bo tłok bez kozy na tle tłoku z kozą nagle wydał się całkiem znośny. My sami wiemy doskonale, że aby mężczyzna był atrakcyjny wystarczy, że postawi się go na tle diabła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zamiast więc kręcić nosem na to, że nie lubimy krupniku, przypomnijmy sobie, że na tle takiej czerniny krupnik wypada całkiem znośnie. Mortadela na tle pedigree pal przypomina nawet wędlinę, a niejaki Błaszczak, porównany dajmy na to z posłem Suskim, wypada niemal rozumnie. Jeśli więc coś nam się wyraźnie nie podoba, to najpewniej wina leży po stronie źle dobranego tła. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może więc warto postarać się o jakieś tło przenośne, które zawsze można by mieć przy sobie. Ot – choćby takie, jak to na obrazku. Na tle takiego tła świat od razu powinien nam się wydać znośniejszy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-8568838403736507157?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/8568838403736507157/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=8568838403736507157&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/8568838403736507157'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/8568838403736507157'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2010/11/na-tle.html' title='Na tle'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TPLYJifrU4I/AAAAAAAAARE/SSe2kV_K9nQ/s72-c/godzilla_super.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-4819277259311732629</id><published>2010-11-27T15:09:00.000-08:00</published><updated>2010-11-27T15:16:18.733-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zima'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='szklana kula'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wspomnienia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><title type='text'>Zimowo</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TPGQoVU5tpI/AAAAAAAAAQ0/htEyKoJrx70/s1600/Kula.GIF"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 175px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TPGQoVU5tpI/AAAAAAAAAQ0/htEyKoJrx70/s200/Kula.GIF" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5544371638863771282" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Od zawsze wydawało mi się, że nie lubię zimy. Gdyby ktoś mnie spytał, jak wyobrażam sobie mój prywatny raj, to na pewno odmalowałabym mu zielone palmy, turkusowy szumiący ocean, trochę białych skał i słońce, słońce, słońce. Mnie wystarczyłby hamak zawieszony w półcieniu, leciutki wietrzyk, zimny napój z kostkami lodu w wielkiej szklance i olbrzymi kosz wszelkich możliwych owoców. A jeśli to marzenie okazałoby się zbyt wygórowane, to w zasadzie wystarczyłby mi także las i jezioro. &lt;br /&gt;I dużo trawy do siedzenia, poprzetykanej gdzieniegdzie stokrotkami dla ozdoby i poziomkami dla smaku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zima kojarzyła mi się jedynie z okresem, który trzeba przetrwać, zaciskając mocno zęby, by nie dać się przenikliwemu zimnu i zamykając mocno oczy, by nie widzieć codziennie tej kilkunastogodzinnej ciemności, a móc sobie wyobrazić słońce, motyle i zieleń. Zima była tym, co należało przeżyć, by w nagrodę znów móc cieszyć się wiosną, zachłystywać latem i smakować jesień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak było co roku.... aż do pierwszego śniegu, który budził we mnie najlepsze wspomnienia i przenosił w czasy dzieciństwa, przywołując pamięć zapachu pieczonych pierników, świeżego igliwia i wypastowanych podłóg. Śnieg skrzył się i skrzypiał pod stopami, a w świetle latarni kołowały olbrzymie, białe płatki zupełnie tak samo, jak wiele lat temu. Ożywały w pamięci wyraziste postaci tych, którzy już dawno odeszli – Babuni i Dziadunia. Widziałam też siebie samą, siedzącą na puszystym dywanie i z niepokojem czekającą na Świętego Mikołaja. Było tak dobrze, tak ciepło, tak bezpiecznie i była miłość wokół.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Całe lata później na dywanie siedziały moje córeczki – dwa jasnowłose i szarookie stworzenia z ufnością czekające na wizytę Świętego Mikołaja i męczące mnie, by ułożyć wierszyk na jego cześć. No dobra. Ułożymy go razem. I wierszyk powstał. &lt;br /&gt;Dziś ma już dwadzieścia lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;W górze pierwsza gwiazdka świeci&lt;br /&gt;jak lodu kryształki.&lt;br /&gt;Przy choince siedzą dzieci&lt;br /&gt;nucąc pastorałki.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pada biały śnieg na drzewa,&lt;br /&gt;szron okrył stodoły&lt;br /&gt;- tu gromadka dzieci śpiewa&lt;br /&gt;przy drzewku wesołym.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Świeczka małym oczkiem mruga:&lt;br /&gt;Mamo! Dzieci wołaj!&lt;br /&gt;Tam na niebie szara smuga&lt;br /&gt;- to przybył Mikołaj.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Renifery ciągną sanie,&lt;br /&gt;przytupują nóżką,&lt;br /&gt;a Mikołaj wielki worek&lt;br /&gt;taszczy wąską dróżką.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Zdejmij czapkę, usiądź z nami,&lt;br /&gt;ogrzej się troszeczkę.&lt;br /&gt;Obdarzeni prezentami&lt;br /&gt;zanucim piosneczkę.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Renifery szarpią sanie,&lt;br /&gt;dzwonią dzwoneczkami.&lt;br /&gt;- Muszę też do innych dzieci&lt;br /&gt;zdążyć z prezentami.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Już go nie ma. Świeczka mruga.&lt;br /&gt;Patrzymy na siebie.&lt;br /&gt;Tylko mała, szara smuga &lt;br /&gt;została na niebie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I znów w pobliżu była miłość. Tym razem moja własna. Uważna i czuwająca by nic złego nikomu się nie stało i by dom rodzinny na zawsze zapadł w dziecięcą pamięć. Jak ten mój dawny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale była też inna miłość i ktoś, kto pojawił się właśnie zimą. Dziś myślę, że to najbardziej odpowiednia pora na miłość, bo kiedy bardziej potrzebuje się ciepła drugiej ludzkiej dłoni, niż w środku zimy?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czas jest nieubłagany. Wszystko, co jest naszą teraźniejszością, zamienia we wspomnienia, choćbyśmy nie wiadomo jak mocno pragnęli, by ta teraźniejszość została z nami na zawsze.&lt;br /&gt;Mam taki jeden wymarzony prezent, którego nigdy nie przyniósł mi żaden Święty Mikołaj.&lt;br /&gt;Widocznie żaden nie wierzył, że aż tak bardzo może mi na nim zależeć. A dziś pragnę go bardziej niż kiedykolwiek przedtem. To szklana kula z zatopiona w środku niewielką wioską z cichym kościółkiem, sypiąca śniegiem, gdy się nią potrząśnie. Dziś na widok pierwszego śniegu marzę by wraz z moimi wspomnieniami znaleźć się w środku tej szklanej kuli, bo może tam potrafiłabym jeszcze tchnąć w nie życie...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-4819277259311732629?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/4819277259311732629/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=4819277259311732629&amp;isPopup=true' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4819277259311732629'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4819277259311732629'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2010/11/zimowo.html' title='Zimowo'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TPGQoVU5tpI/AAAAAAAAAQ0/htEyKoJrx70/s72-c/Kula.GIF' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-3399560163304786254</id><published>2010-11-27T12:25:00.000-08:00</published><updated>2010-11-27T12:31:32.996-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='marzenia'/><title type='text'>Człowieku</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TPFqGIXiPeI/AAAAAAAAAQs/GkZK5WQWcAY/s1600/dlon.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 134px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TPFqGIXiPeI/AAAAAAAAAQs/GkZK5WQWcAY/s200/dlon.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5544329269827747298" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Ten mail przyszedł do mnie kilka lat temu. Nie pamiętam już ani kiedy, ani też od kogo. Dziś znalazłam go zachowanego gdzieś &lt;br /&gt;w zakamarkach komputera...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kochany człowieku ! &lt;br /&gt;Obiecaj mi, że nie pozwolisz, by świat zabił w Tobie marzenia. Proszę obiecaj ... &lt;br /&gt;Spotkasz ludzi, którzy wyśmieją Cię, zadrwią z każdej Twojej myśli, będą Ci mówić, że jesteś głupi, że dla Takich jak Ty nie ma miejsca. Nie wierz im. Oni w głębi duszy nadal marzą, tylko tak bardzo się boją. Ty trzymaj się swoich chmur, nie bój się. Marzenia spełnią się. &lt;br /&gt;Obiecaj mi, że będziesz wytrwały. Wiem, że będzie Ci ciężko, wiele razy upadniesz, niekiedy nawet bardzo boleśnie. Trzeba będzie czasu, by rany się zagoiły, ale zobaczysz - zagoją się. &lt;br /&gt;Pewnego dnia życie zburzy Twe plany, zawali się coś, co tak długo budowałeś. &lt;br /&gt;Wydawać Ci się będzie, że to koniec, że nie dasz rady. Siedź wtedy i płacz, ale potem podnieś głowę i wstań. Zobaczysz, że to jeszcze nie koniec. &lt;br /&gt;Zaczniesz od nowa. &lt;br /&gt;Obiecaj mi, że będziesz szukać. Bo przyjdzie taki dzień, kiedy będziesz czuł się najsamotniejszym człowiekiem na ziemi, gdy nikt nie zrozumie. I zgasną wszystkie światła, stanie się noc. Popatrz wtedy w niebo, przeczekaj tę noc, patrząc na gwiazdy. &lt;br /&gt;A potem wyjdź na ulicę i poszukaj. Zawsze jest ktoś, komu trzeba pomóc, kogo tylko Ty możesz odszukać, bo wiesz co to prawdziwa samotność. &lt;br /&gt;Obiecaj, że nigdy nie będziesz egoistą. I gdy pewnego ranka obudzisz się, a jedynym Twoim pragnieniem będzie, by nie wstać, leż, ile chcesz, ale o dwunastej wstań, by podlać kwiaty, bo bez Ciebie zginą. &lt;br /&gt;Obiecaj mi, że zawsze będziesz kochać. A gdy przyjdzie taki dzień, kiedy świat się zawali, bo ktoś odejdzie z Twego życia, pozwól mu odejść. Bez płaczu, bez niepotrzebnych słów. Spokojnie. Dopij kawę i oddaj swój czas komuś, dla kogo było Ci do tej pory szkoda. Pozwól, by inni ludzie zaznali Twej miłości. &lt;br /&gt;Obiecaj mi, że zawsze będziesz sobą. A będą Cię chcieli zmieniać w imię miłości, przyjaźni, rozsądku... Nie pozwól. Wiesz przecież ... że Twoje serce wie, jak naprawdę żyć. &lt;br /&gt;Obiecaj sobie to wszystko i idź. Żyj !&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-3399560163304786254?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/3399560163304786254/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=3399560163304786254&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/3399560163304786254'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/3399560163304786254'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2010/11/czowieku.html' title='Człowieku'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TPFqGIXiPeI/AAAAAAAAAQs/GkZK5WQWcAY/s72-c/dlon.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-1524860043140682852</id><published>2010-11-13T05:32:00.000-08:00</published><updated>2010-11-27T15:19:02.309-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='tolerancja'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Narodowe Święto Niepodległości'/><title type='text'>Agresywna tolerancja</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TPGRzH3vKEI/AAAAAAAAAQ8/fZWKIEFg_yM/s1600/teczowa-flaga.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 153px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TPGRzH3vKEI/AAAAAAAAAQ8/fZWKIEFg_yM/s200/teczowa-flaga.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5544372923741972546" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Ogłuszający gwizd skutecznie zagłuszał hasła wykrzykiwane przez narodowców: "Bóg, honor i ojczyzna", "Wolna Polska niepodległa" i "Wielka Polska narodowa"- tak pisała z dumą Gazeta Wyborcza 11 listopada wieczorem. Jak bardzo trzeba być bezrefleksyjnym i pozbawionym poczucia narodowej tożsamości, jak bardzo trzeba być oderwanym od swojej Ojczyzny i swoich korzeni, by móc napisać coś takiego?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gazeta Wyborcza w osobie Seweryna Blumsztajna nie po raz pierwszy już, ale tym razem nad wyraz skutecznie, pokazała czym tak naprawdę jest mowa nienawiści i do czego potrafi ona doprowadzić. Nie po raz pierwszy, bo Blumsztajn pisał już dokładnie rok temu: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;„Na ulicach Warszawy, po raz kolejny, odbywa się praktyczna dyskusja o kształcie polskiego patriotyzmu. Pod pomnik Romana Dmowskiego maszeruje ONR - młodzi ludzie bez żenady odwołujący się do tradycji polskiego faszyzmu. Przeciwko nim protestuje lewicowa młodzież, też przywołująca hasła z lat 30., ale zupełnie inne: "Faszyzm nie przejdzie" czy "No pasaran". [...]Grupka młodzieży ścigająca się z policją, żeby zablokować faszystowski pochód, to byli najważniejsi bohaterowie naszego narodowego święta. Wielu z nich uważa się za anarchistów i nie wierzy w jakiekolwiek państwo, wielu zrażonych nieustanną bogoojczyźnianą celebrą nie uważa się za patriotów. Chcą być obywatelami świata.&lt;br /&gt;To oni jednak uratowali polski honor w dniu narodowego święta. Jedyni, którzy odważyli się splunąć w najgorszą z polskich twarzy”.&lt;/span&gt; To swoje wyznanie Blumsztajn zatytułował: ”Moi narodowi bohaterowie”. Narodowi??? Przecież Naród to podobno pojęcie, które powinno zniknąć z współczesnego słownika. Że przesadzam? Ależ skądże. Przypominam sobie jedynie wypowiedź jednego z tegorocznych młodych „bohaterów narodowych”, który wyjaśnił dziennikarce, że w dzisiejszych czasach „takie pseudowartości jak naród nie mają prawa bytu”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Młodzi, wykształceni, z wielkiego miasta, zachęceni przez redaktora Blumsztajna i GW, łamali prawo, okazując w ten sposób swoją postępowość i umiłowanie tolerancji oraz zrozumienie zasad obowiązujących w demokratycznym państwie. Wielu z nich robiło to z twarzami ukrytymi w kominiarkach. Podobnie zamaskowani obrońcy tolerancji wkroczyli do pociągu relacji Bydgoszcz-Białystok przed stacją w Sochaczewie, gdzie skatowali przy pomocy młotków i pałek drewnianych trzech mężczyzn z ONR udających się na manifestację do Warszawy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po zakończeniu marszu i kontrdemonstracji rzecznik komendanta stołecznej policji Maciej Karczyński powiedział, że demonstracje zabezpieczało kilkuset policjantów. - &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Zatrzymaliśmy 33 osoby, te najbardziej agresywne, które zaatakowały bądź policjantów, bądź inne osoby. Poleciały w naszą stronę m.in. kamienie.&lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wśród zatrzymanych znalazł się działacz gejowski – Robert Biedroń, co wzbudza niejakie zdumienie i każe przytaknąć spostrzeżeniu wyrażonemu przez Pawła Kukiza: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;„... środowiska lewackie, gejowskie i anarchistyczne postanowiły zrobić kontrmanifestację, chociaż nie przypominam sobie, żeby o niepodległość Polski walczył jakiś pułk pod tęczowym sztandarem”.  &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Seweryn Blumsztajn, publikując swoje tegoroczne wezwanie w GW, powinien wiedzieć, &lt;br /&gt;że prowokuje eskalację zachowań agresywnych i przemocy: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;„Twoim zadaniem jest dotrzeć &lt;br /&gt;na trasę przemarszu ONR i Młodzieży Wszechpolskiej i wygwizdać ich. Możesz iść chodnikiem, gwiżdżąc na narodowców, lub dołączyć się do blokujących trasę marszu. &lt;br /&gt;To ostatnie jest zakazane, więc narażasz się na siłową interwencję policji.&lt;br /&gt;Po pierwsze, będzie zimno, a nawet może padać deszcz - ubierz się ciepło.&lt;br /&gt;Po drugie, policja ma gdzieś twoje prawo do gwizdania na chodniku. Jej zadaniem jest przepędzić jak najszybciej i bez awantur narodowców na plac Na Rozdrożu. Nie będą sprawdzali, czy narodowcy heilują i co skandują, raczej będą próbowali nie dopuścić &lt;br /&gt;cię na trasę przemarszu.&lt;br /&gt;Po trzecie, jeśli nie uda ci się przedrzeć w pobliże maszerujących, pamiętaj: oni muszą dotrzeć pod pomnik swojego patrona Romana Dmowskiego na placu Na Rozdrożu. &lt;br /&gt;Czekaj na nich tam.&lt;br /&gt;I nie denerwuj się, wszystko będzie dobrze. Masz przecież prawo do obywatelskiego gwizdu.&lt;br /&gt;Czekamy na ciebie z gwizdkami na rogu Miodowej i Krakowskiego Przedmieścia oraz pod kościołem św. Anny.&lt;br /&gt;Reszta należy do ciebie.”&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy Gazeta Wyborcza i naczelny redaktor jej wersji Stołecznej odpowie za podżeganie do przemocy? Pytanie retoryczne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednym z najobrzydliwszych incydentów było wystawienie w kontrmanifestacji ludzi przebranych w obozowe pasiaki. Czy dowiemy się czyj to pomysł?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zwykle kończę notki jakąś pointą. Dziś mojej własnej nie będzie. Wyręczę się Pawłem Kukizem, bo nie potrafiłabym tego powiedzieć lepiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;„Mam poglądy prawicowe i ten marsz był dla mnie swoistego rodzaju odtrutką na bezideowość i skundlenie obyczajów, jakie widzę w SLD i, niestety, w mojej - kiedyś - Platformie Obywatelskiej, która coraz bardziej mentalnie do SLD się upodabnia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wolę prawicę, nawet jeśli jest czasem śmieszna (bo takie było kwestionowanie ewolucji) niż totalną i bezrefleksyjną bezideowość lewicy. Nikomu z tych chłopców, którzy szli we wczorajszym marszu, nie przyszłoby do głowy, żeby wywracać krzyże na cmentarzach albo niszczyć pomnik przy Pawiaku. Ba, nie wpadliby na pewno, żeby gwizdem i zadymami okazywać pogardę celebrującym Święto Niepodległości własnego kraju. Zwłaszcza tak ciężko historycznie doświadczonego”.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-1524860043140682852?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/1524860043140682852/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=1524860043140682852&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/1524860043140682852'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/1524860043140682852'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2010/11/agresywna-tolerancja.html' title='Agresywna tolerancja'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TPGRzH3vKEI/AAAAAAAAAQ8/fZWKIEFg_yM/s72-c/teczowa-flaga.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-4175670458719556219</id><published>2010-10-03T09:09:00.000-07:00</published><updated>2010-10-03T09:15:48.207-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powstanie Warszawskie'/><title type='text'>Oni zyja w nas</title><content type='html'>&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Pamiętaj: nie wolno ci zwątpić w wolność,&lt;br /&gt;co przyjdzie, choćbyś padł.&lt;br /&gt;Pamiętaj, że na ciebie patrzy&lt;br /&gt;ogromny, zdumiony świat&lt;br /&gt;I wiedz, że krokiem w nędznym bucie&lt;br /&gt;jak pomnik dziś w historię wrastasz.&lt;br /&gt;I wiedz, że w sercu twoim bije&lt;br /&gt;uparte serce twego miasta.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Trzeba nam teraz umierać, by Polska umiała znów żyć – powiedział Krzysztof Kamil Baczyński.&lt;br /&gt;Powstanie Warszawskie było największą bitwą, stoczoną przez organizację podziemną,  z wojskami okupacyjnymi w historii świata. Nigdy przedtem ani nigdy potem nie nastąpił taki masowy, a zarazem zorganizowany zryw patriotyczny w celu zachowania niepodległości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sierpień i wrzesień... szczególny czas. Od lat nie wyobrażam już sobie, bym mogła 1 sierpnia o godzinie 17.00 być gdziekolwiek indziej, niż na warszawskiej ulicy. Od lat też w tym czasie przybywa co roku w jakimś miejscu w sieci mój kolejny tekst o tamtych dniach. Kolejny mały ślad nieprzemijającej pamięci i wdzięczności. Dopóki życia starczy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co roku, w ten szczególny czas, próbuję sobie wyobrazić czym żyli ci młodzi ludzie, co czuli w tamtych dniach – dniach strasznych, ale i zarazem pełnych nadziei. Po raz kolejny wpatruję się w ich młode twarze utrwalone na kilkunastu, może kilkudziesięciu fotografiach, próbując z nich wyczytać coś więcej, niż to, co już znam na pamięć. Ich rysy – tylekroć oglądane, wydają mi się bliskie niczym twarze osób z rodziny. Są jak moi bracia i siostry. Bliscy jak mało kto, choć przecież nigdy nie widziani za swojego krótkiego życia.&lt;br /&gt;A potem próbuję sobie wyobrazić, co czuli ich rodzice, którzy od małego wpajali im miłość do ojczyzny i w zgodzie z etosem inteligenckim tłumaczyli, jak należy rozumieć powinności wobec swojego kraju i służbę dla niego. Co czuli, gdy ich dzieci, wierne tym naukom, położyły bez wahania swoje życie na szali walki o wolność. I przypominam sobie zdanie z pamiętnika Jadwigi Romockiej – matki dwóch synów – Andrzeja „Morro” i Janka „Bonawentury”: „I przyjm, o Boże, który widzisz wszystko – moje "Tak, Ojcze" za te nasze dzieci polskie”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na świecie widzą nas, Polaków, jako naród miłujący wolność, bo walczyliśmy nie tylko o siebie, ale na wszystkich kontynentach, gdzie tylko podejmowano walkę o wolność.&lt;br /&gt;Po wojnie, Franklin Delano Roosevelt powiedział: „Bohaterski opór, jaki naród polski stawiał w ostatnich dwóch latach, jest natchnieniem nie tylko dla Ameryki, ale dla wszystkich ludów miłujących wolność”. Jednak my sami co roku wracamy do tego samego pytania – czy Powstanie Warszawskie miało sens? A ja co roku czuję się nim poirytowana. Bo o jaki sens tu chodzi? Jeśli czysto arytmetyczny, to nie miało żadnego. Tak samo, jak żadnego sensu arytmetycznego nie ma posiadanie dzieci i nikt nie decyduje się na nie dla osiągnięcia wymiernych korzyści. Prawdy arytmetyczne obowiązują bowiem jedynie w dziedzinie tego, co policzalne. Nie da się policzyć miłości, troski, poświęcenia, oddania, bliskości. Nie da się policzyć wolności, honoru, dumy, przywiązania do własnej tradycji czy poczucia tożsamości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fragment z wychodzącego w czasie okupacji konspiracyjnego „Biuletynu Informacyjnego”: „W czymże tkwi ta moc, ta siła, która po huraganowej nawale ognia nieprzyjacielskiego potrafi osadzić na miejscu szturmujące czołgi i posuwającą się za nimi piechotę? (...) prawda jest tylko ta: na Starym mieście walczą najcudowniejsi żołnierze, jakich wydało nasze pokolenie.(...) Stare Miasto – serce Powstańczej Warszawy – krwawi, płonie i walczy. (...) Ale wśród tylu ruin i zgliszcz zasiane zostały ziarna takiej mocy, piękna i wielkości – ze plony z nich umacniać będą polską duszę przez wieki całe”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I te ziarna zostały zasiane. Runęły imperia, zmieniły się ustroje, przetrwaliśmy czas pozbawiony wszelkiej nadziei. Może także i dzięki temu, że nigdy nie ograniczyliśmy się li tylko do chłodnej kalkulacji, że w głębi naszych serc pielęgnowaliśmy te koła ratunkowe, jakie oni kiedyś nam rzucili – wierność i nadzieję. Jeśli nawet wartości, którymi oni żyli, nie są dziś widoczne na każdym kroku w sposób oczywisty, to jednak podskórnie tętnią w naszych żyłach, wyznaczają i definiują także nasze życie.&lt;br /&gt;„Odgarniajmy ziemię, ocalajmy pamięć o nich, odnajdujmy tych, którzy przeżyli, niech nam pomogą znaleźć własną drogę we własnym kraju”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Z przeszłości naszej możemy czerpać ostrzeżenie na przyszłość. Ziemi ojczystej trzeba zawsze bronić, a bronić jej można wtedy, gdy tkwimy w niej korzeniami jak drzewa. Nie tylko armia broni terenów ojczystych, ale i ludzie, którzy na niej żyją - jak trawy wśród jałowców i gęstych lasów - bronią jej nienaruszalności”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;66 lat temu, 3 października, Powstanie Warszawskie upadło. &lt;br /&gt;Ale oni trwają. Warszawskie dzieci. Żyją w nas.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;cytaty zaczerpnięte z książki Aleksandra Kamińskiego „Zośka i Parasol”&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-4175670458719556219?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/4175670458719556219/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=4175670458719556219&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4175670458719556219'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4175670458719556219'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2010/10/oni-zyja-w-nas_03.html' title='Oni zyja w nas'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-6579033102351817154</id><published>2010-09-25T14:19:00.000-07:00</published><updated>2010-09-25T14:33:36.236-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='szaleństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dziennikarstwo'/><title type='text'>W tym szaleństwie jest metoda</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TJ5phHg5Z-I/AAAAAAAAAPA/H61F8UIC6oY/s1600/hamlet.gif"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 139px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TJ5phHg5Z-I/AAAAAAAAAPA/H61F8UIC6oY/s200/hamlet.gif" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5520966210876434402" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;To be, or not to be: that is the question&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najbardziej widocznym symptomem szaleństwa jest zachowanie przeczące zdrowemu rozsądkowi. Jako takie,  jest ono zwykle oceniane negatywnie. Wyjątkiem był tu okres romantyzmu, w którym szaleństwo zyskało specyficzny walor poznawczy, jako środek zbliżający do rzeczywistości duchowej i prowadzący ku doznaniom mistycznym.&lt;br /&gt;Generalnie jednak uznanie czyjegoś obłędu było stosunkowo prostym i skutecznym sposobem wykluczenia go ze społeczeństwa. W średniowieczu wysyłano szaleńców w morze, wsadzając ich na tzw. statek głupców, oddając pod opiekę marynarzy, którzy wysadzali ich gdzieś po drodze lub  powierzając ich grupom pielgrzymów lub kupcom wyruszającym w daleką drogę.&lt;br /&gt;W XVII-wiecznej Europie, w ruchu, który Foucault nazwał Wielkim Uwięzieniem, członkowie populacji "pozbawieni rozumu" byli zamykani i instytucjonalizowani. W XVIII stuleciu zaczęto traktować szaleństwo jako przeciwieństwo Rozsądku, i ostatecznie w XIX wieku jako chorobę psychiczną. Już w czasach napoleońskich odkryto, iż uznanie za obłąkanego i osadzenie w miejscu odosobnienia jest nie mniej skutecznym sposobem pozbycia się przeciwnika politycznego, niż zamknięcie go w zwykłym więzieniu. Jednak zamknięcie w „psychuszce” jako akceptowaną metodę walki z ludźmi niewygodnymi dla władzy, uznaje się za wynalazek sowiecki. Pierwszym dokumentem, w którym psychiatrię potraktowano jako sposób ochrony władzy przed społeczeństwem, był kodeks karny ZSRR z 1926 r. Jego autorzy zdecydowali się stosować wobec osób niebezpiecznych, obok rozstrzelania lub łagru, działania „medyczno-pedagogiczne”, czyli przymusowe leczenie psychiatryczne. Od 1945 r. o skierowaniu na przymusowe leczenie decydował sąd lub Kolegium Specjalne przy NKWD.&lt;br /&gt;Z drugiej strony, celowo manifestowane szaleństwo może być doskonałym sposobem na ukrycie prawdziwych myśli i zamiarów, co uosabia choćby stworzony przez Wiliama Szekspira - Hamlet.&lt;br /&gt;Granica między zdrowiem a psychiczną chorobą jest więc dosyć umowna i w każdej epoce nieco inaczej przebiega. Można także mówić o „grupach zwiększonego ryzyka”, do których&lt;br /&gt;z jednej strony należałoby zaliczyć artystów, a z drugiej – władców. Szaleństwo artystów daje się łatwo tłumaczyć pewną nadwrażliwością i może prowadzić do powstawania wielkich dzieł. Szaleństwo władców to nieszczęście dla poddanych, manifestujące się zwykle w eskalacji poczucia władzy i bezkarności. Niestety, szaleństwo władców bywało dziedziczne. Znany jest na przykład przypadek Ludwika II Bawarskiego, którego brat również był niespełna rozumu, a jego ciotką osoba przekonana, że połknęła fortepian. Wielu współczesnych badaczy uważa jednak, że nietypowe zachowania bawarskiego króla nie wynikały z obłędu, lecz stresu i problemów nieodłącznie związanych ze sprawowaniem władzy przez wrażliwą jednostkę. Cesarzowa Austrii  Elżbieta (Sissy), do końca życia twierdziła, że Ludwik nie był szalony, ale był marzycielem w koronie, który wraz z wiekiem coraz bardziej się izolował i żył oderwany od realnego życia. W swojej grocie Wenus pływał łódką w kształcie muszli, a gdy przebrany służący ciągnął ją po jeziorze, w tle słychać było muzykę Wagnera. Ludwika uznano za niepoczytalnego, gdy realizując swoje bajkowe pałace, wpędził Bawarię w ogromne długi. Dziś ta sama Bawaria na tychże pałacach robi kokosowe interesy, a sam tylko pałac Neuschwanstein odwiedza rocznie ponad 1,5 miliona turystów.&lt;br /&gt;Zatem szaleniec czy ktoś niewygodny dla istniejącego status quo? Wariat czy ktoś, czyje postępowanie wymyka się przaśnemu, „zdroworozsądkowemu” myśleniu?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;We współczesnym języku określenia związane ze słowem "szaleństwo" często mają pozytywne konotacje - uważa prof. Jerzy Bralczyk, językoznawca. - Mówimy o szaleńcach bożych, o szaleńcach naukowcach, którzy próbują wprowadzać nowe, czasem trudne do wyobrażenia idee. Szaleniec to zatem nie tylko dziwak, ekscentryk, ale równie dobrze ktoś odważny. Kontekst chorobowy traci tu sens. Szaleństwo przeobraża się  w odwagę, w tym także odwagę głoszenia własnych poglądów, wariactwo - w luz, zabawę czy nie skrępowaną swobodę, zaś obłęd w wyższe, tajemnicze, mistyczne rejony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Każdy z nas preferuje, by w środowisku, gdzie przebywa, a w szczególności w środowisku, w którym pracuje, znajdowali się ludzie rozsądni, zdrowo myślący, wyważeni. Współczesność nauczyła nas kalkulacji własnych strat i zysków, rozumowego podejścia do spraw, a przede wszystkim spojrzenia na zaistniałą sytuację przez pryzmat własnych zabezpieczeń, tak aby nic nie stracić. Heroizm, dobroduszność, czy bezgraniczne zaufanie, stały się cnotami, które – według wielu – straciły na aktualności i w dzisiejszym, twardym świecie nie ma dla nich miejsca. Z drugiej strony, szaleńcza odwaga, dezynwoltura, skrajny nonkonformizm, wierność zasadom za wszelką cenę, skłonność do poświęcenia tego co wygodne dla tego, co pozostaje w sferze duchowych wartości, to również nie są cechy najbardziej rozpowszechnione i niewiele osób wciela je w swoje własne postępowanie. Nawet jeśli podziwiają je u innych, to rzadko dopuszczają myśli, że chcieliby z takimi „wariatami” na co dzień współpracować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czym więc jest obłęd i szaleństwo?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może to nic innego, jak tylko pewna specyficzna odmienność?&lt;br /&gt;Ani lepsza, ani też gorsza od tak zwanej normalności?&lt;br /&gt;Niektórzy twierdzą, że w dzisiejszym zwariowanym świecie najczęściej jedynym rozsądnym okazuje się szaleniec. Podobno zresztą istnieje tyle teorii choroby umysłowej, ilu jest obłąkanych, z czego wynika jasno, że obłęd jest specyficzny i różny dla każdego człowieka, którego dotknie...&lt;br /&gt;Znaczyłoby to, że właściwie niemożliwe jest dokładne stworzenie definicji szaleństwa, bowiem wszystko sprowadza się do przyjętego punktu odniesienia. Jedno jest wszakże pewne – szaleńcy to ludzie nieakceptowani przez normy społeczno-moralne wyznawane w ramach określonego otoczenia, a zarazem normy te przekraczający. Tworzą swój świat wyidealizowany niejednokrotnie do granicy, poza którą jest już tylko ostateczność – geniusz, miłość, śmierć, zbrodnia... Cokolwiek by to było, w ich słowniku nie istnieje słowo „ostrożność”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Włóczęga, król gościńców, pijak słońca wieczny,&lt;br /&gt;Zwycięzca słotnych wichrów, burz i niepogody,&lt;br /&gt;Lecę w prześcigi z dalą i złudą w zawody,&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;Niewierny wszystkim prawdom i sam z sobą&lt;/em&gt;&lt;em&gt; sprzeczny.&lt;/em&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;Pod gwiezdnym niebem w polu gospody.&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;Snem i płaszczem nakryty, śpię wszędzie bezpieczny.&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;U głowy mej zatknięty kij, jak krzew jabłeczny,&lt;/em&gt;&lt;em&gt;Rodzi mi kwiat marzenia i owoc swobody.&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;Lekkomyślność śpi ze mną, płocha weselnica,&lt;br /&gt;Sakwę, gdziem mądrość chował, przedarła psotnica...&lt;br /&gt;W drodze szczęśliwie-m zgubił swą mądrość&lt;br /&gt;                                                  znużoną.&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;Proszę cię, duszo moja, bądźże mi szaloną,&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;Bo ukradłem nadzieję gdzieś w karczmie &lt;/em&gt;&lt;em&gt;przydrożnej.&lt;br /&gt;Ciesz się zgubą! Niech będzie przeklęty ostrożny!&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;(Ptakom niebieskim, 1905 - Leopold Staff)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak można by skończyć rozważania o szaleństwie, które naruszając normy społeczno-moralne, potrafi być jednocześnie nośne i pożyteczne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale...ale...&lt;br /&gt;&lt;p&gt;Naruszanie norm społeczno-moralnych wydaje się jednak dziś być dobrym i łatwym sposobem na zaistnienie w przestrzeni publicznej. Do tego sposobem nazbyt często akceptowanym przez „publiczność”. Akceptowanym, a nawet... wyczekiwanym. Efektem tego są nieustające wybryki pajaca Wojewódzkiego, szalone wystąpienia polityka Niesiołowskiego i udającego wesołego wariata staruszka Bartoszewskiego, umysłowe „odjazdy” artystów w rodzaju Kutza, Wajdy czy Hołdysa oraz absurdalne spekulacje myślowe i happeningi polityczne przekraczające granice dobrego obyczaju i zwykłego smaku, w wykonaniu Palikota – ni to polityka, ni to błazna, ni to zwykłego idioty. Dlaczego jest to możliwe? Niedawno natrafiłam gdzieś w sieci na proste wytłumaczenie, które wydaje się być trafne.  Kiedyś dziennikarstwo było zawodem, a dziennikarze zajmowali się informowaniem o zdarzeniach. Teraz dziennikarstwo to zajmowanie się plotkami, a dziennikarze skupiają się głownie na informowaniu o stanach psychicznych, emocjach i napięciach. Brazylijski serial w tysiącach odcinków.&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-6579033102351817154?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/6579033102351817154/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=6579033102351817154&amp;isPopup=true' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/6579033102351817154'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/6579033102351817154'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2010/09/w-tym-szalenstwie-jest-metoda.html' title='W tym szaleństwie jest metoda'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TJ5phHg5Z-I/AAAAAAAAAPA/H61F8UIC6oY/s72-c/hamlet.gif' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-4597971105301337032</id><published>2010-08-15T03:24:00.000-07:00</published><updated>2010-08-15T03:33:32.389-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='PRL'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='portrety wodzów'/><title type='text'>Był sobie raz cesarz...</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TGfBwaRRz-I/AAAAAAAAAOo/yZ_VJAGo53A/s1600/0,1020,278162,00.jpg"&gt;&lt;img src="http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TGfBwaRRz-I/AAAAAAAAAOo/yZ_VJAGo53A/s200/0,1020,278162,00.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5505582106913394658" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;i&gt; Był sobie raz cesarz.&lt;br /&gt;Miał żółte oczy i drapieżną szczękę&lt;br /&gt;Mieszkał w pałacu pełnym marmurów i policjantów. Sam.&lt;br /&gt;Budził się w nocy i krzyczał. Nikt go nie kochał.&lt;br /&gt;Najbardziej lubił polowania i terror.&lt;br /&gt;Ale fotografował się z dziećmi wśród kwiatów.&lt;br /&gt;Kiedy umarł, nikt nie śmiał zdjąć jego portretów&lt;br /&gt;Zobaczcie może jest jeszcze u was w domu jego maska&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;&lt;span&gt;/Jacek Kaczmarski/&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Nowa kadencja prezydencka to zawsze czas nowych zwyczajów – tak szef MSZ Radosław Sikorski uzasadniał pomysł, by w polskich placówkach dyplomatycznych zawisły portrety prezydenta Bronisława Komorowskiego. W tym konkretnym przypadku wyraził się jednak nie dość precyzyjnie. Lepiej byłoby powiedzieć, że WRACA NOWE. Czasy portretów przywódców wiszące w zakładach pracy, urzędach i szkołach, to przecież nie taka znowu odległa przeszłość. Można by nawet pomyśleć o zaczerpnięciu wzorców z kraju całkiem współczesnego, a mianowicie Korei Północnej, gdzie rzeczone portrety są obowiązkowe także w domach mieszkalnych, a obywatele znają specjalna instrukcję obowiązującą na okoliczność trzęsienia ziemi, kiedy to w pierwszej kolejności trzeba ratować portrety wodzów.&lt;br /&gt;Pomysł ministra od strefy zdekomunizowanej przyjęłam jednak spokojnie. W końcu niech sobie Pan Prezydent wisi gdzie tam chce – na zakładzie, albo za zakładem – i niech tam muchy go sobie do woli obsrywają.&lt;br /&gt;Dziś jednak okazało się, że do tradycji jesteśmy znacznie bardziej przywiązani, niż mogło mi się to kiedykolwiek wydawać. Czasy PRL wracają cichaczem, niepostrzeżenie, ale konsekwentnie. Dopiero co odsłoniliśmy czerwonoarmiejcom pomnik z okazji rocznicy wojny polsko-bolszewickiej, a oto na Trakcie Królewskim – najbardziej eksponowanej i otoczonej szczególną troską konserwatora zabytków - trasie turystycznej w Warszawie,&lt;br /&gt;stanął monstrualnych rozmiarów portret Lenina. Brzmi to jak ponury żart, bo w Polsce obowiązuje konstytucyjny zakaz propagowania komunizmu, niemniej ten portret postawiony nam pod nosem da się zapewne zakwalifikować do jednego z wyjątków, które dopuszczają użycie takiej symboliki (działalność artystyczna, edukacyjna, kolekcjonerska czy naukowa).&lt;br /&gt;Skoro zrobiliśmy pierwszy krok, to chyba za nim pójdą następne.&lt;br /&gt;Watpliwość pozostaje już tylko jedna: portret Pana Prezydenta będzie wisiał pod portretem Lenina czy nad?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem bezradna. Mam ochotę pizgnąć kubłem białej farby na to świństwo, które stanęło&lt;br /&gt;przy „zaaresztowanym”, otoczonym pancernymi barierkami, samotnym krzyżu na Krakowskim Przedmieściu. I wiem, że tego nie zrobię. Musiałabym mieć karabinek do paintballa albo zrzucić worek z farbą z helikoptera.&lt;br /&gt;W czasach PRL, gdy opadała nas zupełna bezradność, bo kpiono z naszych uczuć w żywe oczy, pozostawał nam już tylko... śmiech. To dowcip z tamtych czasów:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przychodzi człowiekk do sklepu z obrazami w potarganym ubraniu i mówi:&lt;br /&gt;- Poproszę 10 portretów Stalina i Lenina.&lt;br /&gt;Kupił obrazy i poszedł.&lt;br /&gt;Wraca za godzinę w garniturze, taksówką i mówi:&lt;br /&gt;- Poproszę 50 portretów Stalina i Lenina.&lt;br /&gt;- Kupił, załadował do taksówki i odjechał.&lt;br /&gt;Przyjeżdża po następnej godzinie luksusowym samochodem i w garniturze i w czarnych okularach i mówi:&lt;br /&gt;- Poproszę 100 portretów Stalina i Lenina.&lt;br /&gt;A sprzedawca się go pyta:&lt;br /&gt;- Co pan robi z tymi obrazami?&lt;br /&gt;- Otworzyłem strzelnicę za miastem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-4597971105301337032?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/4597971105301337032/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=4597971105301337032&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4597971105301337032'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4597971105301337032'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2010/08/by-sobie-raz-cesarz.html' title='Był sobie raz cesarz...'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/TGfBwaRRz-I/AAAAAAAAAOo/yZ_VJAGo53A/s72-c/0,1020,278162,00.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-4678796308728858469</id><published>2010-04-10T03:35:00.000-07:00</published><updated>2010-08-11T12:13:54.374-07:00</updated><title type='text'>Żegnaj Mój Prezydencie</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/S8BW5HGAWuI/AAAAAAAAAOg/_DkzJq8PhiY/s1600/flagi_2.jpg"&gt;&lt;img src="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/S8BW5HGAWuI/AAAAAAAAAOg/_DkzJq8PhiY/s200/flagi_2.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5458458287529810658" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;Dzwon Zygmunta odzywa się jedynie w najważniejszych dla państwa polskiego chwilach. &lt;/p&gt;&lt;p&gt;Bił 2 kwietnia 2005, po ogłoszeniu śmierci papieża Jana Pawła II (tak samo, jak 27 lat wcześniej, po wyborze Karola Wojtyły na papieża), poprzednio zaś – 30 kwietnia 2004 roku po mszy św. w intencji Ojczyzny, odprawionej w katedrze wawelskiej z okazji przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, a także 1 września 1939 roku, kiedy to Polska została zaatakowana przez III Rzeszę.&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Zapłakał też dziś w południe, na wieść o katastrofie, która zabrała Polsce w jednej sekundzie ludzi, którzy decydowali o jej losach i bezpieczeństwie.&lt;/p&gt;Prezydent Kaczyński nie był moim wymarzonym prezydentem. Wieloma zachowaniami budził mój sprzeciw. Często chciałam, by był bardziej zdecydowany. Ale jednocześnie wiem z cała pewnością, że za mojego życia był to jedyny Prezydent RP, o którym mogłam uczciwie powiedzieć, że jest Moim Prezydentem, choć nawet na niego nie głosowałam. Nie wiem czy jeszcze kiedyś o kimś bedę mogła powiedzieć to samo.&lt;br /&gt;&lt;p&gt;Dziękuję Panie Prezydencie...&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Pochylam głowę przed wszystkimi ofiarami tej katastrofy...&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Anna Walentynowicz... Zbigniew Wassermann... Ryszard Kaczorowski... Janusz Kurtyka... Janusz Kochanowski... Grażyna Gęsicka... ... ... ... ...                                                                                       &lt;/p&gt;&lt;p&gt;Poszli na spotkanie z tymi, którym chcieli oddać cześć...&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-4678796308728858469?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/4678796308728858469/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=4678796308728858469&amp;isPopup=true' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4678796308728858469'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4678796308728858469'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2010/04/zegnaj-moj-prezydencie.html' title='Żegnaj Mój Prezydencie'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/S8BW5HGAWuI/AAAAAAAAAOg/_DkzJq8PhiY/s72-c/flagi_2.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-1348178889981468827</id><published>2009-10-27T14:12:00.000-07:00</published><updated>2009-10-27T14:13:59.055-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='deszcz'/><title type='text'>Obraz deszczem malowany</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudifBVDjSI/AAAAAAAAALw/s6-V8jP4OsM/s1600-h/deszcz.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 135px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudifBVDjSI/AAAAAAAAALw/s6-V8jP4OsM/s200/deszcz.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5397390963499044130" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Jako dziecko uwielbiałam deszcz. Przede wszystkim ten ciepły letni deszczyk, na który można było wybiec boso, by rozpryskiwać z impetem wodę z tworzących się kałuży.&lt;br /&gt;Letnie ulewy były szczególnie atrakcyjne w niewielkim miasteczku na zachodzie Polski, dokąd jeździłam do jednej z ciotek na wakacje. Istniały w nim bowiem jeszcze w tamtym czasie rynsztoki, które w czasie deszczu wypełniały się spienioną wodą, wartko podążająca wzdłuż ulicy aż do wlotu kratki ściekowej. Rzucaliśmy na tę wodę stateczki i biegli wraz z nimi, podskakującymi na wzburzonych falach, pilnie bacząc, który z nich wygra wyścig.&lt;br /&gt;&lt;p&gt;Stateczki były papierowe i z kory. Te pierwsze płynęły szybciej, ale rzadko dopływały aż do kratki – nasiąkały wodą i znikały w odmętach. Te z kory rozpędzały się powoli i poruszały bardziej majestatycznie. Pędziliśmy za nimi, by zdążyć je złapać, zanim znikną między szczebelkami kratki, ale nie zawsze się to udawało i raz po raz ktoś tracił kolejną dumę swojej floty. Pocieszaliśmy się, że te bezpowrotnie stracone, na pewno w końcu dopłynęły do morza, a stamtąd wyruszyły gdzieś hen, w daleki, pełen przygód świat. Zainteresowanie stateczkami wydatnie malało, gdy na niebie pojawiała się tęcza, a rynsztok tracił swój dotychczasowy pęd i zaczynał sączyć się leniwie. Dyskusje koncentrowały się teraz na zagadnieniu, gdzie zaczyna się i gdzie kończy tęcza. Choć koncepcje bywały różne, to najbliższą wydawała mi się ta, że jeśli znajdzie się jeden koniec tęczy i wejdzie na nią niczym na most, jej drugi koniec doprowadzi wszędzie tam, gdzie tylko się zapragnie.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Letni deszcz to także bębnienie kropli wody o spadzisty daszek namiotu. W tych dawnych namiotach trzeba było bardzo uważać, by nie dotknąć głową tkaniny, bo natychmiast zaczynała przeciekać. Można było za to położyć się na materacu i odchylając nieco sznurowane poły wejścia, gapić się na bańki i bąble tworzące się na tafli jeziora.&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;Trudno nie lubić letnich ulew, gdy po skwarnym dniu, powietrze nagle robi się świeże i rześkie. Ale ja w ogóle lubiłam deszcz, także te chłodne, jesienne, szare słoty. Sterczałam wtedy z nosem przy oknie i obserwowałam zbierające się na szybie krople, które spływały drobnymi strumyczkami, łącząc się w coraz szersze strugi. Poza nimi istniał świat, który w strugach wody zatracał swoje kontury, rozmazywał się, nabierał jakichś nierealnych wymiarów. Korony drzew szarpane przez wiatr wyglądały jak dziwne straszydła poruszające się w takt muzyki wybijanej przez krople uderzające o blaszany parapet okna.&lt;br /&gt;Fascynacja deszczem była tak silna, że ślub postanowiłam wziąć w listopadowy deszczowy dzień. I tak też się stało. Ale los spłatał mi figla i mimo końca listopada obdarzył mnie w ten dzień piękną słoneczną pogodą.&lt;br /&gt;Dziś szaruga działa na mnie przygnębiająco i od deszczu wolę słońce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O swojej dziecięcej pasji przypomniałam sobie niespodziewanie jakieś dziesięć lat temu, gdy letnia ulewa zastała mnie w samym środku miasta. Z pełną premedytacją zdjęłam pantofle i powędrowałam niespiesznie boso przez pół miasta, udając, że nie widzę zdumionych spojrzeń chowających się po bramach ludzi. Całkiem możliwe, że wtedy po raz ostatni w życiu byłam dzieckiem :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-1348178889981468827?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/1348178889981468827/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=1348178889981468827&amp;isPopup=true' title='Komentarze (15)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/1348178889981468827'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/1348178889981468827'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/10/obraz-deszczem-malowany.html' title='Obraz deszczem malowany'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudifBVDjSI/AAAAAAAAALw/s6-V8jP4OsM/s72-c/deszcz.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>15</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-7049176032936158590</id><published>2009-10-04T11:51:00.000-07:00</published><updated>2009-10-04T12:01:31.643-07:00</updated><title type='text'>Nie zapomniałam</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Ssjwb7FAs2I/AAAAAAAAAIw/KZ5ET0ifRiY/s1600-h/lza1.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 146px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Ssjwb7FAs2I/AAAAAAAAAIw/KZ5ET0ifRiY/s200/lza1.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5388821316654642018" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;(dla J)&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych, a jednak tacy się czasem zdarzają. Bo jak inaczej określić człowieka, po którego odejściu pozostaje pustka?Czarna dziura, jakiej nie jest w stanie wypełnić nikt inny...&lt;br /&gt;Ty byłeś właśnie takim człowiekiem. Jedynym takim, jakiego spotkałam w swoim życiu.Próbowałam wypełnić tę pustkę innymi przyjaźniami, ale to okazało się niemożliwe.&lt;br /&gt;Dziś już nie ma takich Przyjaciół, jakim Ty potrafiłeś być. Widocznie w naszych czasach takich już nie robią. Dziś już nikt nie rozumie, tak jak Ty rozumiałeś prawdziwą i nienaruszalną lojalność w przyjaźni. Nikt i nic nie było w stanie jej podważyć czy złamać. Przez ponad ćwierć wieku nigdy nie stanąłeś przeciwko mnie, nigdy nie zabrakło Ci dla mnie zaufania, nigdy nie postawiłeś niczyjego słowa przed moim. Byłam silna Twoim do mnie zaufaniem i Twoją wiarą we mnie.&lt;br /&gt;I nikomu nie udałoby się nastawić mnie przeciwko Tobie. Myślę, że to czułeś.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może takie przyjaźnie mogły powstawać tylko w tamtych szarych latach siedemdziesiątych?&lt;br /&gt;Może dlatego były tak silne, że poza nimi nie było nic, w co można by wrosnąć całą swoją duszą? Może to te czasy pełne donosicieli i specyficzna wtedy sytuacja na polskich uczelniach sprawiły, że lojalność stała się podstawową, najważniejszą miarą człowieczeństwa?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Byłeś wyjątkowy. W Twoim sposobie bycia odczuwało się łagodność, spokój, ukojenie.&lt;br /&gt;Czuło się w Tobie dobrego człowieka. Tak po prostu dobrego. Nigdy nie dzieliłeś ludzi inaczej, niż według elementarnych zasad: albo ktoś jest dobrym człowiekiem, albo nie.  Nigdy ich nie oceniałeś według jakichkolwiek innych kryteriów. Nauczyłeś mnie, że radykalizm zamyka na ludzi, uczy podejrzliwości, nie daje szansy naprawy. Mówiłeś też, że nienawiść niszczy człowieka i że do byle łachudry wystarczy czuć obrzydzenie i nie podawać mu ręki. I ja nadal w to wierzę. &lt;br /&gt;Ludzie garnęli się do Ciebie, bo pokazywałeś im na co dzień, że co jest w życiu najbardziej elementarne, to drugi człowiek. Zanim ostatecznie poddałeś się chorobie, ludzie przychodzili do Ciebie także do szpitala, byli przy Tobie do ostatniej Twojej chwili, bo trudno było się Twoją obecnością nasycić. Miałeś tyle energii i tak pięknie potrafiłeś się nią z ludźmi dzielić.&lt;br /&gt;Dziś piszą o Tobie wspomnienia jako o charyzmatycznym wykładowcy i jednej z najbardziej znanych i szanowanych postaci poznańskiej opozycji. Dla mnie pozostałeś moim Przyjacielem. Kimś, z kim nawet urodziny obchodziłam tego samego dnia. Może dlatego tak dobrze się rozumieliśmy?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Minęło sześć i pół roku, od kiedy Cię nie ma. Przez te sześć i pół roku wielokrotnie rozmawiałam z Tobą w myślach, a dziś poczułam, że myśli to za mało, że powinnam te słowa zobaczyć czarno na białym.  Bo nie ma nikogo, kto potrafiłby i chciał dać mi takie wsparcie, jakie zawsze dawałeś mi Ty. Przez te wszystkie lata nikt już nie powiedział mi nigdy takim tonem, że nie sposób byłoby nie uwierzyć: „Tobie nie może przytrafić się nic złego”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tęsknię do Twojego głosu wypowiadającego te słowa. Z nimi świat byłby dużo lepszy.&lt;br /&gt;Ale kiedy myślę o Tobie, uśmiecham się. Bo bliżej mi już do Ciebie niż dalej i wiem,  że niedługo wyjdziesz mi na spotkanie. I zostaniesz. Tym razem już na zawsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I wiesz co? To o Tobie Kofta napisał ten wiersz....&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;"Epitafium dla frajera"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Był raz frajer,&lt;br /&gt;wierzył w bajer,&lt;br /&gt;Potem umarł...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nad grobem cztery&lt;br /&gt;inne frajery,&lt;br /&gt;wbite w gajery&lt;br /&gt;wytarte stare,&lt;br /&gt;w cholernem słońcu,&lt;br /&gt;stali bez końca,&lt;br /&gt;jakby po piwo&lt;br /&gt;albo ćwiarę...&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;Aż wreszcie jeden&lt;br /&gt;niemłody frajer&lt;br /&gt;łzę łyknął gorzką&lt;br /&gt;jak zajzajer&lt;br /&gt;i w taki gorąc o suchym gardle,&lt;br /&gt;na siebie biorąc&lt;br /&gt;żałobne "parle",&lt;br /&gt;powiedział...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyjacielu,&lt;br /&gt;trochę serca nam ubyło...&lt;br /&gt;ile naprawdę&lt;br /&gt;jeszcze nie wiemy...&lt;br /&gt;Pamięć o tobie&lt;br /&gt;poniesiemy,&lt;br /&gt;zrobimy z nią&lt;br /&gt;ile umiemy!&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;Ci, co z urzędu&lt;br /&gt;wieńce kładli,&lt;br /&gt;musieli odejść&lt;br /&gt;do swych spraw...&lt;br /&gt;Nas, tak jak ciebie,&lt;br /&gt;czas nie nagli -&lt;br /&gt;frajerzy zawsze&lt;br /&gt;mają czas.&lt;br /&gt;Bracie spod jednej anatemy,&lt;br /&gt;żegnamy cię i dziękujemy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Że ci się chciało&lt;br /&gt;być zakałą,&lt;br /&gt;gdy wystarczało&lt;br /&gt;głośno klaskać.&lt;br /&gt;Że ci się chciało&lt;br /&gt;widzieć całość,&lt;br /&gt;gdy wystarczała&lt;br /&gt;biała laska...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Że ci się chciało&lt;br /&gt;być tylko sobą,&lt;br /&gt;zwyczajnie - dobro od zła&lt;br /&gt;odróżniać,&lt;br /&gt;kiedy nikogo&lt;br /&gt;nie było obok,&lt;br /&gt;tylko służalcza,&lt;br /&gt;szepcząca próżnia...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Że ci się chciało&lt;br /&gt;myśleć tak mało&lt;br /&gt;o swoich własnych,&lt;br /&gt;nielekkich losach.&lt;br /&gt;Że ci godności&lt;br /&gt;wystarczało,&lt;br /&gt;by nie dorzucać&lt;br /&gt;drewna do stosów...&lt;br /&gt;Że ci się chciało...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Że ci się chciało,&lt;br /&gt;ciężki frajerze,&lt;br /&gt;przeżyć po ludzku&lt;br /&gt;swe ludzkie życie,&lt;br /&gt;choć w zmartwychwstanie&lt;br /&gt;nikt z nas nie wierzył,&lt;br /&gt;ni w wieczną rzeczy pamięć&lt;br /&gt;w granicie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bracie spod jednej anatemy -&lt;br /&gt;żegnamy cię&lt;br /&gt;i dziękujemy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cztery frajery,&lt;br /&gt;wbite w gajery,&lt;br /&gt;jeszcze postały&lt;br /&gt;chwilkie na słońcu:&lt;br /&gt;ptaszki ćwierkali,&lt;br /&gt;a oni stali...&lt;br /&gt;Po dobrej chwili&lt;br /&gt;poleźli w końcu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I zapomnieli dać po czerwońcu...!!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja bym takiego klejenta&lt;br /&gt;w życiu nie wpuścił na cmentarz!&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-7049176032936158590?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/7049176032936158590/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=7049176032936158590&amp;isPopup=true' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/7049176032936158590'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/7049176032936158590'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/10/nie-zapomniaam.html' title='Nie zapomniałam'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Ssjwb7FAs2I/AAAAAAAAAIw/KZ5ET0ifRiY/s72-c/lza1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-8732116875786784076</id><published>2009-10-03T14:55:00.000-07:00</published><updated>2009-10-04T03:32:11.142-07:00</updated><title type='text'>Zmierzchu zapach i dźwięk</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsfJhluTJYI/AAAAAAAAAIo/eF3GNfLiYTw/s1600-h/zmierzch.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsfJhluTJYI/AAAAAAAAAIo/eF3GNfLiYTw/s200/zmierzch.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5388497058071258498" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;em&gt;Rozsnuwa się po bagnach mglisty cień.&lt;br /&gt;Zmierzcha już.&lt;br /&gt;Rozsypał ponad miedzą biały dzień&lt;br /&gt;złoty kurz.&lt;br /&gt;Sam wsunął się pod liście&lt;br /&gt;- słodko śpi.&lt;br /&gt;Śni mu się coś srebrzyście.&lt;br /&gt;Śpij i ty.&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;br /&gt;(dla M)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;Zmierzch. Kiedy się zaczyna, a kiedy kończy ta czarodziejska chwila&lt;br /&gt;zawieszenia pomiędzy światłem dnia a mrokiem nocy?&lt;br /&gt;Nie uchwycisz granicy, nie zmierzysz jej.&lt;br /&gt;Możesz ją tylko przeczuwać w wydłużających się coraz bardziej cieniach.&lt;br /&gt;Jest w zmierzchu coś z tęsknoty, coś z melancholii, która wypełnia&lt;br /&gt;duszę i robi się coraz wyraźniejsza, jak coraz wyraźniejsze stają się &lt;br /&gt;kontury oświetlane ukośnymi promieniami zachodzącego słońca.&lt;br /&gt;O każdej porze roku zmierzch kojarzy mi się z czymś innym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Zimowy zmierzch&lt;/strong&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest wcześniejszy od innych zmierzchów.&lt;br /&gt;I bardziej granatowy. Może poprzez kontrast ciemniejącego nieba&lt;br /&gt;z białym śniegiem. Nie niesie ze sobą zapachów, ale wypełnia zapadającą powoli ciszę skrzypieniem przemarzniętego śniegu pod stopami.&lt;br /&gt;Spacer zimowym zmierzchem nie odstrasza tylko zakochanych,&lt;br /&gt;którym mroźne powietrze daje pretekst do przytulenia się w mroku.&lt;br /&gt;Nigdy indziej, jak właśnie w zimowy mroźny zmierzch, ciepła dłoni&lt;br /&gt;drugiego człowieka i ciepła jego policzka nie można poczuć tak namacalnie.&lt;br /&gt;Nigdy indziej malutkie kafejki nie kuszą tak bardzo ciepłymi, złocistymi kręgami światła zawieszonymi nad niewielkimi stolikami i aromatem gorącej herbaty z dodatkiem goździków i pomarańczy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Wiosenny zmierzch&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiosenny zmierzch to przede wszystkim zapach.&lt;br /&gt;Oszałamiający zapach najpierw magnolii, potem bzów i konwalii, wreszcie jaśminów. Zapach, który odurza niczym wino, szumi w głowie, przyspiesza bicie serca. Wiosennemu zmierzchowi najlepiej jest dać się zaskoczyć w warszawskich Łazienkach - wśród biegających wiewiórek i rozkładających swe pyszne złocisto-szafirowo-szmaragdowe ogony, krzyczących pawi. I wśród świergotu zaaferowanych wiosną ptaków.&lt;br /&gt;Wiosenny zmierzch to drewniana ławeczka zagubiona w alejce wśród krzewów.&lt;br /&gt;Nie trzeba nic mówić, ani obiecywać. I tak wiadomo, że trzeba koniecznie wrócić tu za rok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Letni zmierzch&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przychodzi najpóźniej i zapada najwolniej, skracając i tak krótką już noc.&lt;br /&gt;Letni zmierzch to plusk wody w jeziorze i utkany z głębokich cieni las.&lt;br /&gt;To czyste niebo i wysypujący się srebrny pył nad głową, który nocą zamieni się w migocące gwiazdy. To szelest szuwarów, w których ufnie chronią się przed nadchodzącą nocą kacze rodziny. To zapach kwitnącej lipy, słodka woń lilii i najpierw nieśmiały, a w miarę zapadającego mroku coraz intensywniejszy aromat niepozornej z wyglądu maciejki.&lt;br /&gt;Letni zmierzch to drewniany pomost, to kawałek trawy nad wodą, na której za chwilę zapłonie ognisko, przynosząc zapach palącego się jałowca.&lt;br /&gt;To wspomnienie smaku znalezionych rano w lesie poziomek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jesienny zmierzch &lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jesienny zmierzch to feeria barw muśniętych złocisto-czerwonymi pasmami odchodzącego ku zachodowi słońca.&lt;br /&gt;Wszędzie są wielobarwne liście i wszędzie spośród trawy połyskują rudo kasztany. Wszędzie słychać szelest liści pod stopami. Wszędzie jesienny podmuch zrywa drobne listki z krzewów i zamienia je w złoty, wirujący w powietrzu deszcz.&lt;br /&gt;Ale nigdzie jesienny zmierzch nie jest tak piękny, jak w górach.&lt;br /&gt;Po nieruchomych, błękitniejących już szczytach przesuwają się cienie, a w kotlinach powoli zapalają się światełka w oknach przycupniętych w nich domostw. Coraz bardziej mroczny las ogromnieje, a zbłąkane iskierki świetlików zamieniają się w wyobraźni w ślepia wilków.   Z oddali przybliża się dźwięk dzwoneczków potrącanych przez owce schodzące halami w doliny. Dojmujący wieczorny chłód każe myśleć z tęsknotą o ogniu trzaskającym w kominku schroniska.&lt;br /&gt;Góralska herbata rozlewa się ciepłem po żyłach i zabarwia policzki na różowo.&lt;br /&gt;Po całym dniu wędrówki drewniane łóżko, twardy siennik i wełniany kraciasty koc wydają się być królewskim posłaniem. Ostatnim zapachem, jaki zapamiętuje się przed snem, jest żywiczna woń sosnowego lasu. Ostatkiem zmęczonych zmysłów wydaje się, ze nawet księżyc tak pachnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;To dziwne, ale można przeżyć całe życie i nie zobaczyć ani jednego takiego zmierzchu.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-8732116875786784076?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/8732116875786784076/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=8732116875786784076&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/8732116875786784076'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/8732116875786784076'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/10/rozsnuwa-sie-po-bagnach-mglisty-cien.html' title='Zmierzchu zapach i dźwięk'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsfJhluTJYI/AAAAAAAAAIo/eF3GNfLiYTw/s72-c/zmierzch.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-8897578036677024569</id><published>2009-10-02T13:52:00.000-07:00</published><updated>2009-10-02T13:55:27.283-07:00</updated><title type='text'>Bezludna wyspa</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZoUbAJO6I/AAAAAAAAAIg/sWIQpdAQbAU/s1600-h/4843_plaza_wyspa_morze.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 102px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZoUbAJO6I/AAAAAAAAAIg/sWIQpdAQbAU/s200/4843_plaza_wyspa_morze.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5388108704250411938" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;Kiedy się szumem, tłumem, gwarem&lt;br /&gt;Ludzkie skupiska ustokrotnią&lt;br /&gt;Najdroższym na świecie towarem&lt;br /&gt;Będzie samotność&lt;br /&gt;Tęsknotą ciszy uciekamy&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;W bezludność wyspy, słońce południa&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;Lecz kiedy na niej zamieszkamy&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;Wyspa przestanie być bezludna&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;Przybędzie z nami trud i strach&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;Niewola dnia, historii schemat&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;em&gt;Jak pięknie wiatr układa piach&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;Tam gdzie nas nie ma&lt;/em&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-8897578036677024569?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/8897578036677024569/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=8897578036677024569&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/8897578036677024569'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/8897578036677024569'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/10/bezludna-wyspa.html' title='Bezludna wyspa'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZoUbAJO6I/AAAAAAAAAIg/sWIQpdAQbAU/s72-c/4843_plaza_wyspa_morze.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-6475845644975567943</id><published>2009-10-02T13:02:00.000-07:00</published><updated>2009-10-02T13:22:59.406-07:00</updated><title type='text'>Wiara, Nadzieja i Miłość</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZcragY__I/AAAAAAAAAIQ/oAha3QCDszw/s1600-h/Las10.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 150px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZcragY__I/AAAAAAAAAIQ/oAha3QCDszw/s200/Las10.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5388095905114685426" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, &lt;br /&gt;zniknie to, co jest tylko częściowe. &lt;br /&gt;/.../&lt;br /&gt;Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: &lt;br /&gt;z nich zaś największa jest miłość.&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mówi się, że oddajemy jedne rzeczy, żeby zrobić miejsce dla innych - nowych, więc lepszych.&lt;br /&gt;Byłoby dobrze, gdyby to zawsze było prawdą.&lt;br /&gt;A jeśli nawet jest prawdą, to czyż lepsze, nowe rzeczy będziemy tym razem potrafili docenić,pielęgnować, szanować, czerpać z nich radość i nie dać im spowszednieć, czy raczej po raz kolejny przepuścimy je przez palce?&lt;br /&gt;Podobno miłość jest jedną z tych rzeczy, na które nigdy nie jest za późno.&lt;br /&gt;Może tak jest. I może nigdy też nie jest za późno na naukę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;span style="color:#330033;"&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;Miłość to nie jest olśnienie pięknością&lt;br /&gt;przed twarzą, która nagle dla ciebie zaświeciła, &lt;br /&gt;Bo prawdziwe piękno jest odblaskiem duszy, &lt;br /&gt;[...] &lt;br /&gt;Miłość nie jest uczuciem wobec serca bijącego bardziej dla ciebie &lt;br /&gt;niż dla innych, &lt;br /&gt;To nie jest zdziwienie, że zostałem wybranym bez powodu, który &lt;br /&gt;by usprawiedliwiał to szaleństwo, &lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;[...]&lt;br /&gt;Olśnienie, oczarowanie, głód i dreszcze, uczucia i wybuchy &lt;br /&gt;pożądania, &lt;br /&gt;to wszystko jest piękne i potrzebne w mężczyźnie i w kobiecie, &lt;br /&gt;ale tylko, by pomóc w miłości temu, który chce kochać. &lt;br /&gt;[...]&lt;br /&gt;To uchylone drzwi i szeroko otwarte okna, &lt;br /&gt;To wiatr wtrącający w przepaść, &lt;br /&gt;To zew pełnego morza i szept Boga &lt;br /&gt;zapraszający do wyjścia z twego zamkniętego domu, &lt;br /&gt;Aby iść ku tej, którą wybrałeś dla wypełnienia swego życia, &lt;br /&gt;Ponieważ kochasz ją i chcesz kochać.&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;Kochać to wierzyć drugiej osobie i ufać jej,&lt;br /&gt;wierzyć w jej ukryte siły, w życie które posiada,&lt;br /&gt;jakiekolwiek byłyby kamienie do usunięcia dla&lt;br /&gt;wyrównania drogi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To zdecydować się rozsądnie i odważnie wyruszyć na&lt;br /&gt;drogi czasu, nie na sto, tysiąc czy dziesięć&lt;br /&gt;tysięcy dni, ale na pielgrzymkę, która się nie skończy,&lt;br /&gt;bo jest pielgrzymką, która trwać będzie ZAWSZE.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;Powinienem ci to powiedzieć, aby oczyścić twe&lt;br /&gt;marzenia, że kochać to zgodzić się na cierpienie,&lt;br /&gt;śmierć sobie samemu, aby żyć i ożywiać,&lt;br /&gt;Ponieważ tylko ten, kto może bez bólu zapomnieć&lt;br /&gt;o sobie dla drugiego, może wyrzec się życia dla&lt;br /&gt;siebie tak, żeby nie umarło w nim cokolwiek z niego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kochać wreszcie to jest to wszystko, o czym&lt;br /&gt;powiedziano i jeszcze więcej,&lt;br /&gt;Bo kochać to otworzyć się na nieskończoną MIŁOŚĆ,&lt;br /&gt;to pozwolić się kochać, być przejrzystym&lt;br /&gt;wobec tej MIŁOŚCI, która ZAWSZE W PORĘ.&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-6475845644975567943?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/6475845644975567943/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=6475845644975567943&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/6475845644975567943'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/6475845644975567943'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/10/wiara-nadzieja-i-miosc.html' title='Wiara, Nadzieja i Miłość'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZcragY__I/AAAAAAAAAIQ/oAha3QCDszw/s72-c/Las10.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-4456079134676410211</id><published>2009-10-02T13:01:00.001-07:00</published><updated>2009-10-02T13:22:34.287-07:00</updated><title type='text'>Samotność</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZcPH3GbqI/AAAAAAAAAII/O3sm0jlIzZ8/s1600-h/silence_by_donjuki.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZcPH3GbqI/AAAAAAAAAII/O3sm0jlIzZ8/s200/silence_by_donjuki.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5388095419073326754" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;em&gt;I zmienił go w straszną, okropną pustelnię...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I kwiaty kwitnące przysypał popiołem,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trawniki zarzucił bryłami kamienia&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I posiał szał trwogi i śmierć przerażenia...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aż, strwożon swym dziełem, brzemieniem ołowiu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Położył się na tym kamiennym pustkowiu,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;By w piersi łkające przytłumić rozpacze,&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;I smutków potwornych płomienne łzy płacze...&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-4456079134676410211?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/4456079134676410211/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=4456079134676410211&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4456079134676410211'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4456079134676410211'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/10/samotnosc.html' title='Samotność'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZcPH3GbqI/AAAAAAAAAII/O3sm0jlIzZ8/s72-c/silence_by_donjuki.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-4344465342722400030</id><published>2009-10-02T12:57:00.000-07:00</published><updated>2009-10-02T13:16:24.576-07:00</updated><title type='text'>Miłość - rozstanie</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZb4OsRJ3I/AAAAAAAAAIA/fUn30DGAAs0/s1600-h/róże+na+mrozie.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 144px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZb4OsRJ3I/AAAAAAAAAIA/fUn30DGAAs0/s200/róże+na+mrozie.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5388095025769949042" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;strong&gt;&lt;em&gt;Miłość jest TCHNIENIEM nieskończonym, które przychodzi  skądinąd i zmierza gdzie indziej...&lt;/em&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobno jeśli mężczyzna robi coś bardzo głupiego, to zawsze z motywów najszlachetniejszych. &lt;br /&gt;Tak przynajmniej twierdził Oskar Wilde. Prawdopodobnie większość popełnianych przez ludzi głupstw wynika jeśli już nie ze szlachetnych, to w każdym razie nie z gruntu złych pobudek i płeć nie ma tu nic do rzeczy. Najgłupiej ludzie zachowują się wtedy, gdy wydaje im się, że są w stanie kogoś tym uszczęśliwić. A później rozpamiętują czarną niewdzięczność owego, tyleż niespodziewanie, co zupełnie zbytecznie obdarowanego nieszczęśnika.&lt;br /&gt;Jednym z największych głupstw, jakie zdarza się popełnić, jest uznanie, że miłość otrzymuje się raz na zawsze i że będzie ona trwać wiecznie bez żadnych starań z naszej strony.&lt;br /&gt;Bywa i tak, że dopiero z perspektywy czasu umiemy docenić wagę spotkania z drugim człowiekiem, jego wyjątkowość i niepowtarzalność. A bardzo rzadko myślimy o tych spotkaniach jako o szansach jednorazowych, bez możliwości powtórki. Mijanie się ludzi nie jest najgorszym z możliwych zdarzeń, bo czasem można się spotkać po raz drugi, ale zniszczenie tego, co mogło przynieść to spotkanie, to zniszczenie na zawsze.&lt;br /&gt;Podobno aby być szczęśliwym z mężczyzną, trzeba go bardzo dobrze zrozumieć i trochę kochać. &lt;br /&gt;Aby być szczęśliwym z kobietą, trzeba ją bardzo kochać i w ogóle nie próbować zrozumieć. &lt;br /&gt;Nie wiadomo czy to skuteczna recepta, ale może lepsza niż żadna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest taki wiersz, który zaczyna się słowami...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Odcięli aniołom skrzydła&lt;br /&gt;bo dawały wolność.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miłość postępuje inaczej - dając wolność od siebie, odcina skrzydła.&lt;br /&gt;Świat zwyczajnieje. Zaczarowana bajka znika.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;To może przypadek&lt;br /&gt;Że znów się widzimy&lt;br /&gt;Patrzymy na siebie&lt;br /&gt;W spokojnej udręce&lt;br /&gt;Wspomnienia spłowiały&lt;br /&gt;Przez lata i zimy&lt;br /&gt;Już tylko się znamy...&lt;br /&gt;...Nic więcej...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;Ty jesteś ta sama&lt;br /&gt;Tak piękna jak wtedy&lt;br /&gt;Gdy było do siebie&lt;br /&gt;Nam bliżej niż blisko&lt;br /&gt;To było niedawno&lt;br /&gt;A mówi się: kiedyś&lt;br /&gt;Już tylko się znamy...&lt;br /&gt;...To wszystko...&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Dzielimy złą ciszę&lt;br /&gt;Obcymi słowami&lt;br /&gt;Ty serce masz chłodne&lt;br /&gt;I chłodne masz ręce&lt;br /&gt;Czy mą poufałość&lt;br /&gt;Wybaczy mi Pani?&lt;br /&gt;Bo przecież się znamy...&lt;br /&gt;...Nic więcej...&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-4344465342722400030?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/4344465342722400030/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=4344465342722400030&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4344465342722400030'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4344465342722400030'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/10/miosc-rozstanie.html' title='Miłość - rozstanie'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZb4OsRJ3I/AAAAAAAAAIA/fUn30DGAAs0/s72-c/róże+na+mrozie.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-5041126307062751290</id><published>2009-10-02T12:51:00.000-07:00</published><updated>2009-10-02T13:15:50.263-07:00</updated><title type='text'>Miłość - dojrzewanie</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZbARqcHnI/AAAAAAAAAH4/lRG8kZ6bPh4/s1600-h/poziomki.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 160px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZbARqcHnI/AAAAAAAAAH4/lRG8kZ6bPh4/s200/poziomki.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5388094064494911090" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;Dla kobiet miłość jest odpustem zupełnym; mężczyzna prawdziwie kochający może popełniać zbrodnie, a będzie zawsze jak śnieg biały w oczach tej, którą kocha, jeżeli kocha gorąco.&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align="justify"&gt;Czy można zatem kochać za bardzo? Kobieta to chyba potrafi, na własne nieszczęście. Bo tę swoją miłość rozumie jako bycie jak najbliżej (i w tym celu zechce usunąć każdą przeszkodę, która jej to utrudnia, czasem włącznie z własnym „ja”) i w każdej sytuacji (nawet w tej, gdy mężczyzna szuka sposobu, by schronić się na moment w „swojej norce”). Rzeczywistość kobiety jest znacznie bardziej plastyczna i giętka właśnie dlatego, że postrzegając się poprzez pryzmat relacji interpersonalnych, kobieta w związku czuje się w pierwszym rzędzie żoną czy kochanką, a dopiero później człowiekiem.&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div align="justify"&gt;Mężczyzna natomiast buduje sobie stosunkowo hermetyczną rzeczywistość chcąc (choćby jedynie podświadomie), by ona ją rozumiała, akceptowała i dostosowała się do niej. Każdy sprzeciw traktuje niemal jak zamach na ten swój świat. Ale z drugiej strony czuje, że ten świat bez niej, wcale nie jest taki wymarzony i wyjątkowy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I mimo zdolności kobiety do rezygnowania ze swoich potrzeb na rzecz potrzeb jego, często nie potrafią się porozumieć. Nie tylko dlatego, że mężczyzna do rozmowy przywiązuje znacznie mniejszą wagę, ale przede wszystkim dlatego, że mówią odmiennymi językami.&lt;br /&gt;Kiedy powie się do mężczyzny: "Okazałbyś mi trochę uczucia"- to ten najpewniej pójdzie naprawić cieknący kran, bo trudno mu zrozumieć, że dla kobiety symbolami uczuć są słowa, ale także kwiaty, czekoladki, albo tylko wspólne marzenia i plany. I pamięć o – jego zdaniem – nic nie wartych drobiazgach.&lt;br /&gt;Kobiety są znacznie mniej praktycznymi istotami, niż to się mężczyznom wydaje. Swój praktycyzm realizują w życiu codziennym, a w miłości poszukują doń przeciwwagi. Dlatego kobiecie najlepiej jest podarować kompletnie niepraktyczne... zapach i piękno (zaklęte w kwiatach, flakoniku perfum, sznurku pereł, płycie z muzyką albo tomiku poezji).&lt;br /&gt;Fiodor Dostojewski powiedział: ”Kobiety niczego by nie żądały, gdyby kochano je tak, jak pragną”.&lt;br /&gt;Mężczyzna może nauczyć się, jakie znaczenie mają symbole dla kobiety, ale nie należy liczyć na to, że to zrozumie i okazując uczucie, zazwyczaj będzie to robił w sposób zupełnie inny, niż ona by tego oczekiwała. &lt;br /&gt;Typowym bowiem męskim symbolem miłości jest chęć niesienia pomocy. &lt;br /&gt;Z kolei miłość kobiety mężczyzna nader często mierzy jej moralnym wsparciem, wyrażanym przez nią podziwem czy podkreślaniem, że bez niego z pewnością nie dałaby sobie rady.&lt;br /&gt;Dlaczego taki dziwny mariaż wsparcia z bezradnością? Bo mężczyźni z jednej strony słabo radzą sobie ze stresem (stąd potrzebują wsparcia), z drugiej zaś kobiecy płacz czy nieporadność budzą w nich instynkt opiekuńczy, porównywalny z instynktem, jaki odczuwa kobieta na dźwięk płaczu dziecka. Kobiety wydają się to wyczuwać i łez – nie bez przyczyny nazywanych „kobiecą bronią” – używają bardzo często, czasem całkiem świadomie, czasem jedynie instynktownie. A te, które nie płaczą, są na przegranych pozycjach, bo kobiety samodzielne i silne powodują, że mężczyzna traci grunt pod nogami, przestając się czuć jak „przywódca stada”.&lt;br /&gt;Wniosek wydaje się nasuwać sam - mimo iż kobieta jest zdolna do większej miłości, to jednak mężczyzna  bardziej jej potrzebuje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-5041126307062751290?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/5041126307062751290/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=5041126307062751290&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/5041126307062751290'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/5041126307062751290'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/10/miosc-dojrzewanie.html' title='Miłość - dojrzewanie'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZbARqcHnI/AAAAAAAAAH4/lRG8kZ6bPh4/s72-c/poziomki.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-201838791661893276</id><published>2009-10-02T12:37:00.000-07:00</published><updated>2009-10-02T13:14:31.075-07:00</updated><title type='text'>Miłość - kobieta i mężczyzna</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZXlwqv1uI/AAAAAAAAAHw/swFbChRZbb4/s1600-h/m-adam-i-ewa.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 155px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZXlwqv1uI/AAAAAAAAAHw/swFbChRZbb4/s200/m-adam-i-ewa.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5388090310426351330" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;em&gt;Kobieta widzi głębiej, mężczyzna dalej. &lt;br /&gt;Dla mężczyzny sercem jest świat, dla kobiety - serce światem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;Kobieta szuka sobie jakiegoś punktu odniesienia w otaczającym ją świecie. I tym punktem jest dla niej drugi człowiek. Istotą jej istnienia są dla niej relacje z innymi osobami. Odbiera sama siebie jako czyjąś matkę, córkę, przyjaciółkę, żonę czy kochankę, a cechy pomagające w budowaniu wzajemnych relacji, jakie otrzymuje w chwili urodzenia, kształci i doskonali przez całe swoje życie – często zupełnie bezwiednie. Wspomaga ją w tym kulturowo przyjęty podział rólspołecznych i oczekiwania otoczenia. Ma być serdeczna i wrażliwa, oczekuje się od niej łagodności, czułości i empatii. I – jeśli nie próbuje wyjść ze swojej naturalnej roli – zwykle ma te cechy rozwinięte w stopniu znacznie wyższym niż mężczyzna. To jej nastawienie na budowanie relacji międzyludzkich sprawia, że kobiety w rozmowie z drugim człowiekiem częściej niż mężczyźni patrzą na rozmówcę, częściej się do niego uśmiechają i znacznie lepiej odczytują komunikaty niewerbalne. Kobieta kojarzy się z emocjami, z zainteresowaniem drugim człowiekiem i wrażliwością na jego potrzeby.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mężczyzna nie potrzebuje żadnego dodatkowego punktu odniesienia, bo jest nim dlań - on sam.&lt;br /&gt;Mężczyzna ceni sobie własną inteligencję, pewność siebie i niezależność. Ceni je tak wysoko, że jednym z największych wyzwań jest dla niego przyznanie się, że nie miał racji, szczególnie, gdy tę rację miała kobieta. Natomiast nigdy nie przyzna się do braku niezależności, nawet jeśli byłby wzorcowym wręcz przykładem „pantoflarza”. Ale ponieważ, im mocniej przyciśnięty w jednym miejscu, tym bardziej musi demonstrować swą niezależność w jakimś innym, będzie ćwiczyłasertywność na tych, którzy w jakiś sposób są od niego słabsi. Co więcej, uzna tę swoją pozycjęza zupełnie oczywistą i nie czyniącą nikomu krzywdy. Rola społeczna mężczyzny narzuca mu bowiem konieczność bycia silnym, zdecydowanym i skutecznym, odbierając zarazem prawo do słabości i publicznego okazywania głębokich emocji. Może dlatego właśnie mężczyzna lekko osłabiony katarem, woli odegrać rolę ciężko chorego, od którego trudno czegokolwiek wymagać, niż przyznać się do tego, że jest po prostu chwilowo w nieco gorszej kondycji, bojąc się trafić do szufladki z etykietką „towar niepełnowartościowy”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kobiety zupełnie uczciwie i wprost potrafią mówić o swoich umiejętnościach i ograniczeniach.Jeśli coś przekracza ich kompetencje, przyznają się do tego, prosząc zarazem o nauczenie ich tego. Natomiast krytyczne uwagi przyjmują tak głęboko, jakby dotyczyły one nie wyłącznie ich pracy, ale w ogóle ich wartości jako istoty ludzkiej.&lt;br /&gt;Mężczyźni na ogół nie potrafią wprost przyznać się do swojej niekompetencji czy braku wiedzy.W takiej sytuacji wolą blefować, przez co popełniają masę błędów. Natomiast zastrzeżenia do swojej pracy przyjmują dużo bardziej rzeczowo niż kobiety, mimo że nader często udają znających się na wszystkim. Lubią też się chwalić tym, co posiadają i tym... czego tak naprawdę nie mają, ale chcieliby mieć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Dwa diametralnie odmienne światy, a jednak sensu swojego istnienia poszukują w odnajdywaniu się nawzajem. Czy potrafią się porozumieć?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-201838791661893276?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/201838791661893276/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=201838791661893276&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/201838791661893276'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/201838791661893276'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/10/miosc-kobieta-i-mezczyzna.html' title='Miłość - kobieta i mężczyzna'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZXlwqv1uI/AAAAAAAAAHw/swFbChRZbb4/s72-c/m-adam-i-ewa.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-6937223235099992103</id><published>2009-10-02T12:29:00.000-07:00</published><updated>2009-10-02T13:13:32.299-07:00</updated><title type='text'>Alchemia miłości</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZVhY5yrvI/AAAAAAAAAHo/WqbGXm9XRNI/s1600-h/Powroty.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZVhY5yrvI/AAAAAAAAAHo/WqbGXm9XRNI/s200/Powroty.JPG" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5388088036304269042" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;em&gt;Bo widzisz są tu tacy którzy się kochają&lt;br /&gt;i muszą się spotkać aby się ominąć&lt;br /&gt;bliscy i oddaleni jakby stali w lustrze&lt;br /&gt;piszą do siebie listy gorące i zimne&lt;br /&gt;rozchodzą się jak w śmiechu porzucone kwiaty&lt;br /&gt;by nie wiedzieć do końca dlaczego tak się stało&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Są inni co się nawet po ciemku odnajdą&lt;br /&gt;lecz przejdą obok siebie żeby się nie spotkać&lt;br /&gt;tak czyści i spokojni jakby śnieg się zaczął&lt;br /&gt;byliby doskonali lecz wad im zabrakło&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bliscy boją się być blisko żeby nie być dalej&lt;br /&gt;niektórzy umierają – to znaczy już wiedzą&lt;br /&gt;miłości się nie szuka jest albo jej nie ma&lt;br /&gt;nikt z nas nie jest samotny tylko przez przypadek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Są i tacy co się na zawsze kochają&lt;br /&gt;i dopiero dlatego nie mogą być razem&lt;br /&gt;jak bażanty co nigdy nie chodzą parami&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie&lt;br /&gt;nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;/Jan Twardowski „Bliscy i oddaleni”/&lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy istnieje coś bardziej zwykłego niż miłość? Coś bardziej oczywistego?&lt;br /&gt;Zwykłego i oczywistego, bo każdy jej pragnie i niemal każdy jej doświadcza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy istnieje coś bardziej niezwykłego niż miłość? Coś bardziej niespodziewanego?&lt;br /&gt;Niezwykłego i niespodziewanego, bo przychodzi samo, w najmniej oczekiwanym momencie i jeśli już przyjdzie, zamienia zwykłe wydarzenia w niezwykłe przeżycia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I trwa dopóty, dopóki potrafisz dostrzegać niezwykłość tego daru, który otrzymałeś od losu. &lt;br /&gt;Bo nikt nie jest w stanie podarować Ci szczęścia, jeśli ty sam nie odkryjesz go w sobie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miłości poświęcono tyle wierszy, powieści, dramatów i opracowań naukowych,&lt;br /&gt;że można by z tego stworzyć miliony opasłych tomów. &lt;br /&gt;Ale czy możemy powiedzieć, że wiemy o niej już wszystko?&lt;br /&gt;I czy to, co wiemy, jest w stanie opisać każdą miłość?&lt;br /&gt;Wybór z tak wielkiej ilości tekstów poświęconych jednemu tematowi, zawsze musi być naznaczony subiektywizmem, więc z pewnością odpowiedź na oba te pytania musi być przecząca.&lt;br /&gt;Ale można próbować odnaleźć pewne podobieństwo dróg, którymi miłość zwykle podąża.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-6937223235099992103?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/6937223235099992103/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=6937223235099992103&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/6937223235099992103'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/6937223235099992103'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/10/alchemia-miosci.html' title='Alchemia miłości'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZVhY5yrvI/AAAAAAAAAHo/WqbGXm9XRNI/s72-c/Powroty.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-7173433420534137135</id><published>2009-10-02T11:26:00.001-07:00</published><updated>2009-10-02T13:15:08.937-07:00</updated><title type='text'>Miłość - Spotkanie</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZF_GmX5SI/AAAAAAAAAHg/olKdprlK3TI/s1600-h/lot.jpg"&gt;&lt;img style="float:right; margin:0 0 10px 10px;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZF_GmX5SI/AAAAAAAAAHg/olKdprlK3TI/s200/lot.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5388070954601014562" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZF6U1LtmI/AAAAAAAAAHY/EzPEcSJfMzw/s1600-h/lot2.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 149px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZF6U1LtmI/AAAAAAAAAHY/EzPEcSJfMzw/s200/lot2.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5388070872521881186" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;em&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZF6U1LtmI/AAAAAAAAAHY/EzPEcSJfMzw/s1600-h/lot2.jpg"&gt;Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,&lt;br /&gt;&lt;/a&gt;a miłości bym nie miał, &lt;br /&gt;stałbym się jak miedź brzęcząca &lt;br /&gt;albo cymbał brzmiący. &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Gdybym też miał dar prorokowania &lt;br /&gt;i znał wszystkie tajemnice, &lt;br /&gt;i posiadał wszelką wiedzę, &lt;br /&gt;i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.&lt;/em&gt; &lt;br /&gt;&lt;em&gt;a miłości bym nie miał, &lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;byłbym niczym. &lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;em&gt;I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;em&gt;a ciało wystawił na spalenie,&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;em&gt;lecz miłości bym nie miał,&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;em&gt;nic bym nie zyskał. /.../&lt;/em&gt;&lt;em&gt; &lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Hymn do Miłości brzmi jak najpiękniejszy wiersz.&lt;br /&gt;Z punktu widzenia kobiety, najlepszymi ekspertami od miłości byli zawsze poeci.&lt;br /&gt;To z ich wierszy można wyczytać, że miłość jest centralną sprawą w życiu człowieka, ale i największym dla niego wyzwaniem, jakie może przynieść los. Sposób, w jaki się wobec niej odnajdujemy albo odnaleźć nie potrafimy - jest miarą naszego człowieczeństwa.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Jeśli doświadczamy miłości romantycznej, to dzieje się tak zawsze w początkowym okresie jej trwania. Miłość romantyczna jest więc czymś w rodzaju zauroczenia, w którym człowieka kochanego widzimy nie takim jakim jest, ale takim, jakim chcielibyśmy go widzieć.&lt;br /&gt;Zresztą i on sam, najczęściej podświadomie, stara  się jeszcze bardziej uwiarygodnić swój obraz w naszych oczach i dostosowuje swoje zachowanie do naszych potrzeb.&lt;br /&gt;My, pragnąc go zadowolić, robimy dokładnie to samo. Wiemy co powinniśmy robić, bo jest to okres największej wrażliwości na potrzeby tego drugiego człowieka. Nasz dotychczasowy świat zmienił się tak bardzo, że zrobimy wszystko, by trwać w tej zaczarowanej ułudzie.&lt;br /&gt;W ten sposób jednak coraz bardziej przestajemy być sobą, a stajemy się obrazem oczekiwań tego, kogo kochamy. &lt;br /&gt;Jednym z przejawów romantycznego zauroczenia jest nadmierne skupienie uwagi na osobie kochanej, czasem przybierające wręcz formę obsesji. Nie chcąc się nawzajem zawieść, oboje próbują nagiąć się do wzajemnych oczekiwań, aż w końcu opadają z sił. Pojawia się poczucie krzywdy (częściej u kobiet), a często i gniew (częściej u mężczyzn). Odczuwamy wtedy, że to drugie się zmieniło. Gdy tymczasem tylko przestało udawać i zaczęło z powrotem być sobą.&lt;br /&gt;Miłość romantyczna jest reakcją. Jeśli jednak uczucie ma przetrwać, to potrzebna jest nie reakcja, ale świadoma decyzja.&lt;br /&gt;W miłości romantycznej kocha się ZA coś, choćby były to przymioty tylko wymyślone.&lt;br /&gt;W miłości dojrzałej kocha się MIMO różnych rzeczy.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-7173433420534137135?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/7173433420534137135/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=7173433420534137135&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/7173433420534137135'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/7173433420534137135'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/10/miosc-spotkanie.html' title='Miłość - Spotkanie'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsZF_GmX5SI/AAAAAAAAAHg/olKdprlK3TI/s72-c/lot.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-6805940319800988112</id><published>2009-09-30T11:17:00.000-07:00</published><updated>2009-09-30T11:50:44.210-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='grafomania'/><title type='text'>Zachwycenie</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsOh6ZVNqeI/AAAAAAAAAHQ/kvhWPe5E_Mc/s1600-h/wschód3.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 143px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsOh6ZVNqeI/AAAAAAAAAHQ/kvhWPe5E_Mc/s200/wschód3.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5387327603869592034" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Różowy świt leniwie przecierał zaspane oczy.&lt;br /&gt;Kulił się z zimna i próbował ogrzać własnym oddechem zmarznięte dłonie. Na widnokręgu, płonąca kula słońca wznosiła się powoli sponad wody.&lt;br /&gt;Nie dawała jeszcze ciepła, a tylko czerwonawo zabarwiała nadwodne mgły, które wiatr poszarpał w przepyszny, koronkowy wzór. Pasmo lasu, do tej pory granatowo-czarne, zapłonęło nagle krwistą purpurą, która po chwili zaczęła ustępować złocistym smugom, wydobywającym z cienia soczystą zieleń drzew.&lt;br /&gt;Radosny świergot ptasząt wdarł się w resztki nocnej ciszy i zaczął wypełniać świat dźwiękami układającymi się w hymn ku czci wschodzącego dnia.&lt;br /&gt;Krople rosy, które osiadły na polnych kwiatach i źdźbłach trawy, rozbłyskały w porannym słońcu niczym drogocenne brylanty.&lt;br /&gt;Oset otworzył swoje srebrzyste powieki i spojrzał czule na przytuloną doń, jeszcze śpiącą, polną różę.&lt;br /&gt;Przez nadbrzeżne szuwary przebiegło pełne szelestu drżenie.&lt;br /&gt;To lekkie tchnienie zefirka zmarszczyło toń i obudziło drzemiące trzciny.&lt;br /&gt;Odpowiedział im szumiącym ukłonem pszeniczny łan.&lt;br /&gt;Na szmaragdową toń jeziora wpłynęły majestatycznie dwa śnieżnobiałe łabędzie.&lt;br /&gt;Jeszcze moment i świat wypełni się brzęczeniem pracowitych pszczół i rozbłyśnie kolorami motylich skrzydełek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na skraju łąki siedzi przejezdna grafomanka  i z zachwytem w oczach, wzdychając głęboko raz po raz, zapisuje w kajeciku swoje wrażenia z wycieczki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;BONUS DLA CIERPLIWEGO CZYTELNIKA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Gdy czasem młoda polonistka&lt;br /&gt;Taka naiwna, schludna taka,&lt;br /&gt;Egzaltowana, świeża, czysta,&lt;br /&gt;Że chciało by się siąść i płakać. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Więc gdy ta polonistka właśnie&lt;br /&gt;Małpując młodopolskie pozy&lt;br /&gt;Wybiegnie o porannym czasie&lt;br /&gt;Boso na łąkę między brzozy,&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Poigra z pliszką i skowronkiem&lt;br /&gt;Oraz z pudliszką i z biedronką,&lt;br /&gt;Przywita ze wschodzącym słonkiem,&lt;br /&gt;Wołając: - Witaj jasne słonko! &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Z róż i powojów splecie wieńce,&lt;br /&gt;Pomacha rączką do motyla,&lt;br /&gt;Kraśnym obleje się rumieńcem&lt;br /&gt;Widząc jak pszczółka kwiat zapyla. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Coś z Anny German gdy zanuci,&lt;br /&gt;Wyrecytuje coś z Asnyka,&lt;br /&gt;A potem bardzo się zasmuci&lt;br /&gt;Nad żabką, którą bocian łyka, &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;I chcąc zapłakać nad półtrupem&lt;br /&gt;(bo drugie pół ten bocian urwał)&lt;br /&gt;Wlizie tą bosą nogą w kupę&lt;br /&gt;I wyda okrzyk: - O żesz kurwa! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To - jeśli byłbym na tej łące&lt;br /&gt;Naocznym świadkiem tego zgrzytu -&lt;br /&gt;Jak jestem facet niepijący,&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;Pół litra wychlałbym z zachwytu!&lt;/em&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;/ZACHWYCENIE – Andrzej Waligórski/&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-6805940319800988112?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/6805940319800988112/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=6805940319800988112&amp;isPopup=true' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/6805940319800988112'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/6805940319800988112'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/zachwycenie.html' title='Zachwycenie'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsOh6ZVNqeI/AAAAAAAAAHQ/kvhWPe5E_Mc/s72-c/wschód3.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-5608520104148082371</id><published>2009-09-28T13:33:00.000-07:00</published><updated>2009-09-28T13:43:56.023-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dusza'/><title type='text'>Dusza</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsEeXouNd5I/AAAAAAAAAGw/MSopyqgPyVw/s1600-h/kłębek.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 187px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsEeXouNd5I/AAAAAAAAAGw/MSopyqgPyVw/s200/kłębek.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386620020728887186" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Obudziłam się pewnego ranka i nagle zrozumiałam, że jej nie ma. Odeszła. Tak po prostu bez słowa &lt;em&gt;„żegnaj”&lt;/em&gt; czy &lt;em&gt;„do widzenia”&lt;/em&gt;.&lt;br /&gt;W uchu szeleściło mi co prawda coś na kształt &lt;em&gt;„wybacz, nie mogę inaczej”&lt;/em&gt;, ale równie dobrze mógł to być tylko szelest jesiennych liści za oknem.&lt;br /&gt;Właściwie od pewnego czasu coś podejrzewałam. Nie siadywała mi już, jak niegdyś, na ramieniu i nie szeptała do ucha, że wszystko będzie dobrze, jeśli tylko nie będę się bała bardzo chcieć.&lt;br /&gt;Nie garnęła się do niespodziewanego, figlarnego przypięcia mi skrzydeł i nawet jej kolory robiły się coraz bardziej wyblakłe, jakby powoli stygły. Kiedyś była błękitno-złocista. Błękitna jak woda i niebo, złocista jak słońce i krople dojrzałego miodu w ulach. Z czasem dziwnie poszarzała, a złociste, lśniące drobiny przemieniły się w matowe, przykurzone srebro.&lt;br /&gt;Czasami próbowałam z nią o tym porozmawiać, ale ledwo nabierałam oddechu, by wypowiedzieć pierwsze słowo, przykładała wymownym gestem palec do ust i szeptała uspokajająco: &lt;em&gt;ciiii...&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;Parę razy wymknęło jej się... że zaraz jesień, że potem zima... że powinnam zawieźć ją w jakieś cieplejsze miejsce, sylabizowała cichutko słowo „wolność”, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że może tak po prostu odejść. Ot, myślałam sobie – kolejny trudniejszy czas do przetrwania.&lt;br /&gt;W końcu nie pierwszy to raz.&lt;br /&gt;Czy człowiek może żyć bez duszy? Okazało się, że tak. Ja mogłam, choć brakowało mi jej szeptów, jej wzdychań i nawet tej lekkiej niemej przygany w jej oczach. Zastanawiałam się gdzie jest i czy jest tam teraz szczęśliwa. I bardzo chciałam, by pojawiła się choćby tylko po to, by mi o tym powiedzieć. Czy znalazła szczęście, czy może tylko spokój, który czasem potrafi być jeszcze bardziej upragniony niż kapryśne szczęście.&lt;br /&gt;Aż kiedyś poczułam lekki dotyk na ramieniu i ciepłe tchnienie szeptanych prosto w ucho słów. Słowa rwały się, a ja próbowałam złożyć z nich jakiś zrozumiały komunikat.&lt;br /&gt;&lt;em&gt;...Na wrzosowiskach całkiem liliowo... a mech ciemno zielony i miękki, a gdy się do niego przytulić, oddaje kropelki rosy zebrane o świcie... a wszędzie kolorowe liście... i mgła snuje się po mokradłach... pięknie jest... i wiesz, ja już nie boję się jesieni ani zimy... ale muszę już lecieć... następnym razem będę pamiętać, by przynieść ci jakiś prezent... &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;Spojrzałam na swoje ramię. Siedziała tam rozczochrana, ubrana w srebrzyste kropelki, tu i ówdzie sterczały, wplątane w nią, pożółkłe źdźbła trawy. Miejscami jakby pobłękitniała. Chciałam coś powiedzieć, przekonywać, ale dostrzegłam w jej oczach te łobuzerskie iskierki, których nie widziałam już od dawna. Pomyślałam, że  gdy się zerwie do lotu, uchwycę jej koniec i potem powoli nawinę ją całą na kłębuszek, jak wełnę i zawsze już będę mogła nosić ją przy sobie.&lt;br /&gt;Ale nie ośmieliłam się tego zrobić. Szepnęłam tylko za odlatującą: &lt;em&gt;„Pamiętaj o prezencie. Przynieś mi  złocisty i czerwony liść klonu. Złocisty jak szczęście i czerwony jak miłość...”&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem czy usłyszała...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-5608520104148082371?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/5608520104148082371/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=5608520104148082371&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/5608520104148082371'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/5608520104148082371'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/dusza.html' title='Dusza'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SsEeXouNd5I/AAAAAAAAAGw/MSopyqgPyVw/s72-c/kłębek.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-7022648533550601404</id><published>2009-09-27T08:59:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T09:10:36.080-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='damy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pałace'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='duchy'/><title type='text'>Damy białe, czarne i błękitne</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr-N7say3EI/AAAAAAAAAGo/MA_55J7RB4g/s1600-h/krakow_biala_dama.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 156px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr-N7say3EI/AAAAAAAAAGo/MA_55J7RB4g/s200/krakow_biala_dama.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386179736033745986" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Sezon ogórkowy w pełni, a tu żadne pumy już nie grasują, ani nie widać wieloryba płynącego&lt;br /&gt;w górę Wisły. Nawet rutynowym potyczkom na Salonie jakoś brakuje ikry. Po prostu nuda.&lt;br /&gt;Sosenka odkryła kiedyś na moim blogu zaczarowaną skrzynię, z której od czasu do czasu udaje mi się coś wyciągnąć. Zajrzałam dziś do niej, Sosenko, ostrożnie zdmuchując kurz i znalazłam... duchy. Czyli coś w sam raz na leniwe sierpniowe popołudnie :)&lt;br /&gt;Duchów ci u nas na polskiej ziemi dostatek. Podobnie jak strzyg, południc, wodników, odmieńców, błędnic, dziwożon, płanetników i innych dziwolągów. W zastępach duchów pojawiają się błędni rycerze, jeźdźcy bez głowy, mnisi, zwierzęta (Czarny Pies z Ogrodzieńca) i upiorne, pozbawione pasażerów karety. Szczególne upodobanie jednak do snucia się po rożnych zamczyskach i pałacach mają damy. Więc dziś będzie o damach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;em&gt;/.../Biała damo! pod twoją obronę&lt;br /&gt;płyną moje tęsknoty szalone,&lt;br /&gt;o madonno nudnego cmentarza!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ach, za tobą tłum pięknej młodzieży&lt;br /&gt;iść powinien lub u nóg twych leżeć,&lt;br /&gt;i nie straszyć powinnaś - rozmarzać!&lt;/em&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak o duchu białej damy pisała poetka – Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Nie wiadomo którą&lt;br /&gt;z polskich zjaw miała na myśli. Widmo przyjmujące postać białej damy występuje w folklorze wielu krajów Europy. Zwłaszcza w niemieckich legendach duchy straszących dam przywiązane są do zamków czy pałaców, w których mieszkały za życia. Zwykle są to nieszczęśnice pokrzywdzone przez los i złych mężów lub ojców, uwięzione w lochach i basztach albo zamordowane. Czasem jednak zjawa próbuje odpokutować swoje własne grzechy i zbrodnie. Legendy te zawędrowały do Polski i stały się bardzo popularne w Wielkopolsce, ale z czasem białe damy zaczęto spotykać także i w innych rejonach kraju. Jeśli nawet nie wierzycie w duchy, posłuchajcie opowieści o kobietach, które tak zapadły w ludzką pamięć, że dziś czasem trudno jest już oddzielić prawdziwą historię ich losów od zmyślonej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Białe opiekunki włości&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Jedna z najbardziej znanych i podobno najchętniej ukazujących się białych dam, rezyduje w zamku kórnickim, którego sala jadalna przyozdobiona jest jej portretem. To Teofila z Działyńskich Szołdrska-Potulicka. Legenda mówi, że podobno Teofila schodzi nocą z portretu i podtrzymując dłońmi zwiewną białą szatę udaje się do parku, gdzie czeka na nią jeździec na karym koniu. Wędrują wspólnie po tonących w mroku alejkach, by zniknąć z pianiem pierwszego kura. Teofila była kobietą nieprzeciętną i wszechstronnie wykształconą, co niestety nie pomogło jej w życiu osobistym – jej oba małżeństwa były z gruntu nieudane.&lt;br /&gt;Nieopodal zamku kórnickiego znajdował się niegdyś średniowieczny zameczek myśliwski, w podziemiach którego zostały podobno ukryte ogromne bogactwa, przez ostatnich jego właścicieli - rodzinę Górków. Skarby te przejęły we władanie złe duchy. Teofila zakłóciła ich spokój, każąc miejscowej ludności rozebrać ruiny i z uzyskanej w ten sposób cegły postawić w okolicznych domostwach murowane kominy. Złe moce zemściły się za to na Teofili, każąc ją błądzeniem po parku do czasu, gdy odkryte zostaną stare skarby Górków. Dopiero wówczas straci władzę nad Teofilą moc diabelska. &lt;br /&gt;&lt;strong&gt;W Golubiu-Dobrzyniu,&lt;/strong&gt; dawnym zamku krzyżackim, pojawia się duch siostry Zygmunta III Wazy, Anny Wazówny, która już za swojego życia była uważana za dobrego ducha tego miejsca. Księżniczka Anna pasjonowała się podobno ziołolecznictwem i ponoć to jej właśnie zawdzięczamy sprowadzenie do Polski tytoniu, który zaczęła uprawiać na zboczu zamkowej góry. Biała dama z Cieszkowa lubi się pojawiać w parku o porze nietypowej dla duchów, bo popołudniami. Ponad 200 lat temu była księżną Katarzyną Sapieżyną – właścicielką zrujnowanego dziś pałacu i samego Cieszkowa.&lt;br /&gt;Ten wytworny i arystokratyczny duch właściwie nie ma żadnego powodu do ukazywania się potomnym. Była zapobiegliwą gospodynią, wybudowała świątynie zarówno katolikom, jak i protestantom, a ludzie bardzo dobrze ją wspominali. Podobno za młodu prowadziła bardzo bujne życie i być może to właśnie stało się przyczyną jej pokuty, a może po prostu przywiązanie do tego miejsca nie pozwala jej odejść na zawsze. Z bardzo natomiast konkretnej przyczyny królowa Bona w postaci białej damy nawiedza raz po raz komnaty &lt;strong&gt;zamku w Czersku&lt;/strong&gt;, który szczególnie sobie upodobała za życia. Tu, na stokach zamkowej góry, zakładała swoje winnice i słynne ogrody warzywne. Podobno przed wyjazdem z Polski do Włoch królowa Bona przybyła do Czerska, by zabrać swoje klejnoty. Gdy wzięła do ręki korale, sznur się zerwał, korale rozsypały i powpadały w różne zakamarki. Ze względu na pośpiech nie udało się jej pozbierać wszystkich. Do dziś więc powraca w poszukiwaniu swoich rozsypanych korali, ale nigdy nie udaje jej się zebrać ich do końca, bo gdy sięgnie po ostatni, one wszystkie rozsypują jej się na nowo. &lt;strong&gt;W darłowskim zamku&lt;/strong&gt; można z kolei spotkać białą postać wyłaniającą się ze ścian i stąpającą w lekkich pantofelkach. Jej piersi ozdabia bursztynowy naszyjnik. W ręce trzyma lichtarz z płonącą świecą, którą daje znać, że nadal czuwa troskliwie nad darłowską krainą. To piękna i ambitna księżna Zofia, której swatanie z królem Kazimierzem Jagiellończykiem zakończyło się fiaskiem. Zofia poślubiła swojego dalekiego krewniaka, Eryka II z Wołogoszczy, ale małżeństwo skończyło się separacją i Zofia wraz z dziećmi osiadła w Darłowie, skąd rządziła udzielnie księstwem. Pomagał jej w tym słynny rycerz, Jan z Maszewa, a legenda wiąże ich węzłami wielkiej przyjaźni i miłości.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Białe nieszczęśnice&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Położony nad Sanem &lt;strong&gt;zamek w Krasiczynie&lt;/strong&gt; ma swoją własną zjawę, zwaną powszechnie Bielicą. Dziś podobno nie pojawia się już, ale niegdyś można było ją spotkać w upalne noce lipcowe przechadzającą się po dziedzińcu u stóp wieży zwanej Zegarową. Podanie głosi, iż z wieży tej skoczyć miała młoda dziewczyna, wolała bowiem wybrać śmierć, niż ślub z niekochanym. Natomiast w pięknie położonym nad jeziorem &lt;strong&gt;zamku w Tuczynie&lt;/strong&gt; spotkać można podwójne widmo: giermka z sokołem na ramieniu i młodej kobiety w bieli. Podobno jeden z Tuczyńskich miał się ożenić z piękną panną należącą do świetnego wielkopolskiego rodu. Być może było to małżeństwo wymuszone, bo młoda żona nie była szczęśliwa, a gdy pan zamku na wezwanie króla udał się do Krakowa, pani nawiązała tajemny romans z młodym sokolnikiem. Kochankowie spotykali się we wschodniej wieży, gdzie pani dla niepoznaki kazała ustawić swe krosna i kołowrotek. Mąż jednak powrócił po kilku miesiącach, jak to mężowie mają we zwyczaju, a dla uczczenia jego powrotu urządzono wielkie polowanie na wodne ptactwo. Nieszczęsna wiarołomna strzelając z kuszy do stada cyranek, trafiła swojego ukochanego sokolnika. Młodzieniec zmarł jeszcze tego samego wieczora. Zrozpaczona kasztelanowa zamknęła się w swej komnacie w wieży, gdzie po jakimś czasie znaleziono ją martwą. Służba szeptała że sama sobie zadała śmierć wypijając truciznę. Kiedy już pochowano ją w rodzinnej krypcie, zaczęły dziać się niewytłumaczalne zjawiska: zza zamkniętych drzwi pokoju na wieży dochodził turkot kołowrotka. Straż obchodząca nocą mury widziała w oknie tej komnaty migocące światła, a w szpalerach wiryndarza przechadzała się o zmierzchu zmarła pani otulona białą opończą. Po latach kasztelan Tuczyński ożenił się po raz drugi, ale zjawy zakochanej kasztelanki i młodego sokolnika nie przestały się ukazywać. &lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Szczeciński zamek Gryfitów&lt;/strong&gt; swoją białą damę zawdzięcza niegodziwości, jakiej dopuścił się książę Franciszek i słabej woli tego, który nad miłość przedłożył względy polityczne – Ludwika Ernesta. Piękna Sydonia z najsławniejszego pomorskiego rodu Borków pokochała Ludwika Ernesta całym sercem. Wydawało się, że i on odwzajemnia to gorące uczucie, a ich ślub to kwestia najbliższego czasu. Lecz nagle, oblubieniec ulegając namowom radców, posłał swatów na dwór brunszwicki, prosząc o rękę księżniczki Zofii Jadwigi. Sydonię odsunięto od dworu. Zamieszkała w murach marianowskiego klasztoru. Po wielu latach pod klasztor przybyli wysłańcy z zamku. Powieźli ją w zamkniętym powozie, ale nie przed oblicze ukochanego, lecz przed sąd, który oskarżył ją o czary. Złamana torturami Sydonia potwierdziła wszystkie zarzuty. Wyrok mógł być tylko jeden. Gdy go ogłoszono, Sydonia wstała i rzuciła w twarz księciu Franciszkowi:&lt;em&gt; - I ty nie dożyjesz wiosny.&lt;/em&gt; Rzuciła klątwę na cały dwór gryficki. W dniu 28 września 1620 roku na Psim Wzgórzu, tuż za miejskimi murami zapłonął stos, na którym jednak nie spalono Sydonii żywcem. Wspaniałomyślni sędziowie zamienili karę śmierci ogniowej na ścięcie mieczem, „po czym dopiero członki mają być rzucone w płomienie." Klątwa Sydonii jednak pozostała. Książę Franciszek zmarł 27 listopada, zaledwie w dwa miesiące po jej egzekucji. Później umierali przedwcześnie inni książęta, a nad Pomorzem przetoczyła się wojna trzydziestoletnia. W niespełna 20 lat po śmierci Sydonii, w opustoszałym zamku, pozbawiony dworu, armii i skarbu, kończył bezpotomnie żywot ostatni Gryfita. Klątwa się wreszcie dopełniła. Po Sydonii pozostał obraz, który można obejrzeć w sali książęcej Muzeum Pomorza Zachodniego. Spoglądają z niego smutne oczy dwóch kobiet, z których jedne należą do młodej dziewczyny o olśniewającej urodzie, która pokochała Ludwika Ernesta, a drugie do starej, naznaczonej cierpieniem kobiety. To „czarownica” Sydonia. Jej zwiewna sylwetka białej damy pojawia się na zamkowym tarasie. Spaceruje wzdłuż murów, a czasem schodzi na dziedziniec, jakby szukała śladów swojej dawnej, utraconej miłości. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Właściwie nie bardzo wiadomo kto straszy na &lt;strong&gt;zamku w Niedzicy&lt;/strong&gt;. Czy jest to duch Uminy czy może raczej księżniczki Brunhildy? A może to raczej duch tej kobiety, którą mąż utopił w zamkowej studni? Są zatem trzy pretendentki do miana nieszczęśliwego niedzickiego ducha pojawiającego się na dziedzińcu tzw. górnego zamku i w pobliżu zamkowej kaplicy. Duch przybiera postać kobiety w bieli o nadnaturalnej wysokości, sięgającej sklepienia. Grozy dodaje zrywający się zawsze wraz z jej pojawieniem gwałtowny wiatr. Umina była córką podróżnika węgierskiego pochodzenia i Indianki ze szlachetnego inkaskiego rodu. Jej mężem był Inka - Tupak Amaru. Uchodząc z Peru po nieudanym powstaniu przeciwko Hiszpanom, zabrali ze sobą do Europy część legendarnego inkaskiego skarbu. Tupaka zasztyletowano w jakimś weneckim zaułku, a Uminę spotkał ten sam los kilka lat później na dziedzińcu zamku nad Dunajcem, dokąd zabrał ją jej ojciec, ówczesny właściciel niedzickiego zamku. Na łożu śmierci zaklinał swoich synów, by nie szukali bogactw inkaskich, które gdzieś przepadły, gdyż ciąży na nich przekleństwo. Uminę podobno pochowano pod kaplicą w srebrnej trumnie. Niestety, pomimo szczegółowych badań archeologicznych, nie znaleziono ani trumny Uminy, ani skarbu. Może zatem te inkaskie ślady, to jedynie legenda, a biała niedzicka dama jest księżniczką Brunhildą, która odepchnięta przez swojego męża, księcia Bogusława w czasie jednej z ich częstych małżeńskich utarczek, wypadła przez okno w wieży wprost do głębokiej na 90 m studni, mieszczącej się na dziedzińcu? Załamany Bogusław, dręczony wyrzutami sumienia dniami i nocami błąkał się bez celu po zamku i powtarzał &lt;em&gt;"Przebacz mi Brunhildo"&lt;/em&gt;, aż pewnego razu usłyszał głos dobywający się ze studni &lt;em&gt;"Przebaczam Ci Bogusławie łysy"&lt;/em&gt;. Uradowało to księcia, choć nie potrafił zrozumieć dlaczego przebaczająca Brunhilda, mimo jego bujnej czupryny, nazwała go łysym. Pojął to dopiero następnego ranka, gdy spojrzał na swoje odbicie – po włosach nie zostało ani śladu. O tej pory uważa się że jeśli ktoś wymówi imię swojej ukochanej nad niedzicką studnią, a ma coś na sumieniu, obudzi się następnego dnia łysy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na Szlaku Orlich Gniazd usadowily się dwa bliźniacze zameczki. Na ganeczku &lt;strong&gt;zamku w&lt;/strong&gt; &lt;strong&gt;Bobolicach&lt;/strong&gt;, z którego doskonale widać zamek w Mirowie, nocami pojawia się biała dama. Jedna z legend mówi, że dwóch braci władało tymi sąsiednimi zamkami. Pewnego razu jeden z braci przywiózł z długiej wojaczki cudnej urody brankę, z którą się ożenił, a w której od pierwszego wejrzenia zakochał się drugi brat. Miłość nie trwała długo. Zazdrosny mąż zabił brata, a wiarołomną żonę kazał żywcem zamurować w zamkowej wieży. W pogodne noce wychodzi ona na ganek bobolickiego zamku i tęsknym wzrokiem patrzy ku mirowskiemu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Białe pokutnice&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Kiedy zegar wskazuje północ, na wieży &lt;strong&gt;zamku Grodno &lt;/strong&gt;w Zagórzu Śląskim ukazuje się biała zjawa. Powoli obchodzi mury i rzuca się w przepaść. Legenda głosi, że jest nią młoda i piękna kasztelanka Małgorzata, która pokutuje za zamordowanie swojego bogatego i starego męża. &lt;br /&gt;Zaledwie w kilka dni po weselu kasztelanka zabrała swego leciwego małżonka na spacer i zręcznie zepchnęła go z murów zamkowych prosto w przepaść. Byłaby to pewnie zbrodnia doskonała, jednak całe zajście dostrzegł przez okno ojciec Małgorzaty. Kazał córkę zamurować żywcem w lochu, a sam oddał się rozpaczy po stracie ulubionego zięcia. Historia ta okazała się prawdziwą kopalnią pieniędzy dla jednego z XIX-wiecznych właścicieli zamku, który kupił szkielet jakiegoś listonosza i umieścił go w legendarnym lochu, aby pokazywać turystom za opłatą. &lt;br /&gt;&lt;strong&gt;W zamku rydzyńskim&lt;/strong&gt; jest kaplica, przed kaplicą pokój, a w tym pokoju obraz kobiety, o której nic nie wiadomo. Ani kim jest, ani kto namalował jej portret, ani też skąd się wzięła w tym zamku. Jej chmurne spojrzenie i dziwnie zaciśnięta jedna z dłoni, nasuwają jednak nieprzyjemne skojarzenia, jakby była autorką jakiejś ponurej zbrodni. Po okolicy krążyła niegdyś wieść o dwóch zamordowanych sierotach, ale nikt już tego dobrze nie pamięta. Widmo nie naprzykrza się nikomu, a szczególnie oszczędza kobiety i dzieci. Spotyka się je niekiedy klęczące na korytarzu i zatopione w modłach. Tylko jednej nocy w roku na zamku nie zaśnie nikt, kto się w nim znajdzie. Choć nie ma wiatru, drzewa zaczynają szumieć i o północy same otwierają drzwi kaplicy ukazując widmo kobiety klęczące przed kapłanem z trupią czaszką zamiast twarzy. Towarzyszą im dwa małe szkielety w komżach. Widmo zdaje się spowiadać, wzdycha i szlocha, bije się w piersi na znak żalu, prosząc o przebaczenie. Kapłan odpowiada grobowym głosem: - Nie w tym roku jeszcze!I wskazuje na dwa małe klęczące szkielety. Drzwi od kaplicy zamykają się nagle i po korytarzach zamkowych niesie się jedynie długi, przeciągły jęk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Równie tajemnicza biała dama czeka na zbawienie w podziemiach &lt;strong&gt;zamku w Miliczu&lt;/strong&gt;. Nikt nie wie jakie są jej przewiny, ale jej przeraźliwy, mrożący krew w żyłach jęk dobiega czasem z zamkowych piwnic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Białe damy potrafią krążyć również w miejscach, gdzie po dawnych zamkach postało już jedynie mgliste wspomnienie. &lt;strong&gt;Na szczycie Ślęży&lt;/strong&gt;, zwanej także Sobótką, pojawia się młodzieńcom jasnowłosa dziewczyna o modrych oczach, która prosi o wybawienie. Nikomu się to jednak do tej pory nie udało, bo dziewczyna potrafi zmieniać postać tak dalece, że budzi tym wstręt albo przerażenie. Ostatni śmiałek zrejterował podobno dopiero po ujrzeniu jej w postaci smoka ziejącego ogniem. Również &lt;strong&gt;na górze Grojec&lt;/strong&gt; pojawia się w istniejącej tam rozpadlinie biała dama, która według miejscowych podań ma być dowodem na to, że w tym miejscu miał się niegdyś znajdować zamek, który w rezultacie przekleństwa rzuconego przez jego właściciela na córkę zapadł się pod ziemię.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Czarne damy&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Na krużgankach, korytarzach i dziedzińcu renesansowego &lt;strong&gt;zamku w Suchej Beskidzkiej &lt;/strong&gt;pojawia się widmowa postać damy w czarnym stroju, jaki w osiemnastym stuleciu zwykły nosić owdowiałe matrony wysokiego rodu. Jest to podobno widmo Anny Konstancji z Lubomirskich, żony kolejno Jana Kazimierza Wielopolskiego i Stanisława Małachowskiego.&lt;br /&gt;Obaj zmarli niewiele lat po ślubie i obaj zostawili jej ogromne majątki. Anna Konstancja bardzo energicznie i rozsądnie zarządzała majątkiem, który z racji wielkości określano często mianem „księstwa suskiego”, jednak poddani zwykli nazywać ja Srogą Panią. Sama ustanowiła kodeks i sama sprawowała sądy. Bez mrugnięcia okiem za najdrobniejsze przewinienia wtrącała do lochu albo skazywała na karę chłosty. Osobiście wyprawiała się w męskim przebraniu na czele swoich hajduków na wyprawy przeciw ukrywającym się w karpackiej puszczy bandom rozbójniczym, a schwytanych zawsze skazywała na śmierć, uczestnicząc w egzekucji. Dożyła sędziwego wieku, ale wkrótce po złożeniu jej ciała w krypcie starego suskiego kościoła, na przykościelnym cmentarzu zaczęło się pokazywać jej widmo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nazwisko Wielopolskich kojarzy się z jeszcze jedną czarną damą, jaka ukazuje się w &lt;strong&gt;Pałacu&lt;/strong&gt; &lt;strong&gt;Wielopolskich&lt;/strong&gt; w Krakowie. Widmo młodej, pięknej kobiety w czarnej szacie, z długimi czarnymi włosami pojawia się podobno i dziś, choć dawny Pałac Wielopolskich od ponad stu lat pełni funkcję urzędu miejskiego. Podobno w jego salach została ścięta przez kata na życzenie któregoś z Wielopolskich młoda dziewczyna z ich rodu, którą taki los spotkał za karę za to, iż pokochała zwykłego pokojowca. Opowieść o przerażonej i zapłakanej dziewczynie, odzianej w czarną suknię z aksamitu przekazał ksiądz, który był świadkiem całego zajścia, a którego wezwano dla wyspowiadania dziewczyny przed śmiercią. Odtąd na rodzinie Wielopolskich ciążyć miało przekleństwo, zaś w Pałacu pojawiła się Czarna Dama. &lt;br /&gt;W latach międzywojennych, kiedy zaczęto kuć mury dawnego pałacu, w jednej z sal na pierwszym piętrze natrafiono na niszę, w której znaleziono zamurowany szkielet młodej kobiety, odziany w resztki sukni z czarnego aksamitu. &lt;br /&gt;Swoją czarną damę i to bardzo znaną, ma także &lt;strong&gt;zamek w Szamotułach&lt;/strong&gt;. Baszta zamku szamotulskiego, zwana Basztą Halszki, stała się miejscem dramatu, wokół którego owiana jest legenda o Czarnej Księżniczce. Była w niej podobno więziona przez 14 lat Halszka z Ostroroga. Jej własny małżonek, wojewoda poznański Łukasz Górka, kazał nałożyć na jej twarz żelazną maskę, aby nikt nie mógł podziwiać jej urody. Z czarną maską na twarzy Halszka mogła podziemnym krużgankiem udawać się jedynie z baszty do kolegiaty, gdzie brała udział w nabożeństwie. Od jej śmierci, w pochmurną noc księżycową nieopodal baszty można spostrzec wolno przesuwającą się postać kobiecą w pokutnych szatach. Gdy zniknie w baszcie, słychać płacz i zawodzenie ducha nieszczęśliwej Halszki z Ostroga, tłumione przez grube mury baszty. Halszka, czyli księżna Elżbieta Katarzyna Ostrogska, z powodu przedwczesnej śmierci ojca stała się już we wczesnym dzieciństwie dziedziczką jednej z najpotężniejszych fortun polskich, większej niż niejedno księstwo zachodnioeuropejskie. Jej opiekunem był stryj Wasyl Ostrogski. Panna była podobno bardzo urodziwa, ale już sama fortuna wystarczała, by o jej rękę ubiegało się wielu kandydatów, a wśród nich bratanek opiekuna Halszki, książę Dymitr Sanguszko. Ponieważ jednak temu związkowi była bardzo nieprzychylna matka dziewczyny, książę Sanguszko napadł na zamek i pod przymusem zawarty został związek małżeński, gdy Halszka miała zaledwie 14 lat. Związek ten na interwencję matki u króla Zygmunta Augusta został unieważniony, a Sanguszkę skazano na śmierć i infamię. Porwał on jednak żonę i uciekł z nią do Czech. Młody Sanguszko został tam zamordowany, a Halszka wróciła do matki jako wdowa. Wówczas król dał jej za męża Łukasza Górkę, wojewodę poznańskiego. Nie było to zgodne z wolą ani matki, ani też córki, toteż po ślubie obie kobiety ukryły się w klasztorze lwowskim. Tam Halszka dobrowolnie ponownie wyszła za mąż - za Szymona, księcia słuckiego. Urażony król rozkazał zabrać Halszkę z klasztoru i przekazał ją prawowitemu małżonkowi. Wielkopolski magnat przywiózł ją do Szamotuł. Czy Łukasz Górka rzeczywiście więził swoją młodą żonę, tego już się dzisiaj nie dowiemy. Po śmierci męża, Halszka zabrana została przez stryja do Ostroga. Zmarła w wieku 44 lat, w obłąkaniu spowodowanym z pewnością przez tragiczne przeżycia, z którymi wiązały się jej trzy małżeństwa. Tragiczne losy Halszki stały się inspiracją twórczą dla wielu artystów, m.in. J.I. Kraszewskiego (powieść "Halszka") i J. Matejki (w "Kazaniu Skargi" postać Halszki znajduje się obok Anny Jagiellonki).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dama błękitna&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ta zjawa &lt;strong&gt;z łańcuckiego zamku&lt;/strong&gt; zupełnie nie budzi niczyjego strachu. Mówi się o jej niezwykłej urodzie i przepięknej, błękitnej krynolinie. To Izabela z Czartoryskich Lubomirska, zwana także za życia „Błękitną Markizą” z powodu tak chętnie noszonych krynolin w kolorze błękitnego nieba. Była jedną z najwytworniejszych dam swoich czasów, wielką miłośniczką sztuki. To właśnie jej łańcucki zamek zawdzięcza swój niezaprzeczalny urok. Była zakochana bez wzajemności w swoim kuzynie królu Stanisławie Auguście Poniatowskim. Podobno można zobaczyć ją przechadzającą się w galerii rzeźby, albo patrzącą w zamyśleniu na posąg Amora dłuta Canovy, do którego pozował w dzieciństwie jej ukochany wychowanek książę Henryk Lubomirski. Czasem można ją spotkać w dawnym buduarze księżnej marszałkowej, odpoczywającą na sofie. Być może jej błękitna krynolina, to ta sama toaleta, w której nakazała się pochować w swoim testamencie. Nawet po śmierci chciała pozostać „Błękitną Markizą”.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-7022648533550601404?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/7022648533550601404/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=7022648533550601404&amp;isPopup=true' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/7022648533550601404'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/7022648533550601404'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/damy-biae-czarne-i-bekitne.html' title='Damy białe, czarne i błękitne'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr-N7say3EI/AAAAAAAAAGo/MA_55J7RB4g/s72-c/krakow_biala_dama.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-661621583584238440</id><published>2009-09-27T08:52:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T08:58:03.285-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powstanie Warszawskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Starówka'/><title type='text'>13 sierpnia - Dzień Pamięci warszawskiej Starówki</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr-LfV5SP6I/AAAAAAAAAGg/B_CfErxlzC8/s1600-h/dziewczynka_na_grobie_sylwester_braun.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 148px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr-LfV5SP6I/AAAAAAAAAGg/B_CfErxlzC8/s200/dziewczynka_na_grobie_sylwester_braun.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386177049928023970" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Symbolem powstańczej Starówki jest ulica Długa, na jej odcinku od placu Krasińskich do Freta.&lt;br /&gt;W czasie najcięższych walk pokonanie tego odcinka przez łączniczkę kosztowało ją półtorej godziny przedzierania się pod ostrzałem. Dziś można go przejść spokojnym krokiem w 5 minut.&lt;br /&gt;Na ulicy Długiej znajduje się najbardziej znany właz do kanałów, którym pod koniec walk na Starówce ewakuowali się powstańcy. &lt;br /&gt;To tutaj także 6 sierpnia odbyła się jedyna w czasie powstania warszawskiego defilada oddziałów powstańczych. Ludzie wylegli na ulicę i przyglądali się jej z okien i balkonów. Zaledwie tydzień później na tych samych balkonach leżały rozrzucone szczątki ludzkie rozerwane przez wybuch czołgu-pułapki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Noc z 12 na 13 sierpnia 1944 roku była dziwnie spokojna, jak na fakt, że siły niemieckie ostatecznie zdobyły magazyny na Stawkach, zamykając pierścień okrążenia wokół Starego Miasta, a licząca blisko 10 tysięcy ludzi grupa bojowa gen. Reinefartha wsparta ciężką bronią maszynową, pociągiem pancernym, artylerią, czołgami i lotnictwem otrzymała od generała von dem Bacha rozkaz szybkiej likwidacji powstałego kotła staromiejskiego.&lt;br /&gt;Dopiero 13 sierpnia, po godzinie 8 rano, z opanowanego przez Niemców Krakowskiego Przedmieścia, wjechały na plac Zamkowy dwa niemieckie czołgi typu Panzer IV, które zaczęły strzelać w stronę polskich stanowisk na Świętojańskiej i Podwalu. Po chwili zza czołgów wyłoniła się niewielka tankietka i ruszyła wprost na przegradzającą Podwale barykadę. Na szarżujący pojazd poleciały butelki z benzyną. Płonąca maszyna utknęła na barykadzie. Otworzyła się klapa, przez którą wyskoczył kierujący pojazdem Niemiec i szybko uciekł. Powstańcy natychmiast ugasili płonącą tankietkę piaskiem, po czym zajrzeli do środka. Nigdy wcześniej nie widzieli takiego pojazdu. Niemcy przeciw powstańcom użyli go po raz pierwszy Nie było tam żadnego uzbrojenia, tylko radio.&lt;br /&gt;Dowódca batalionu „Gustaw” kpt. Ludwik Gawrych "Gustaw" i jego zastępca Włodzimierz Stetkiewicz "Włodek", podejrzewając w porzuceniu pojazdu niemiecki podstęp, rozkazali swoim żołnierzom trzymać się od niego z daleka. Tym bardziej, że zaraz po unieruchomieniu pojazdu na barykadzie oddziały niemieckie znów niemal zaprzestały ataków i na Starówce zapanowała dziwna cisza. Pojazd miał pod osłoną zmierzchu zbadać batalionowy pirotechnik – „Wiktor”. Niestety, nie zdążył tego zrobić. Wcześniej bowiem pojazd został uruchomiony przez nie podejrzewających niczego powstańców z innego batalionu.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdobyty przez powstańców czołg bardzo wolno wjeżdżał z Podwala w ulicę Kilińskiego. Korzystając z przerwania niemieckiego ostrzału, wyległy na ulicę i witały go z euforią tłumy ludzi, w tym niesłychana ilość dzieci, które biegły, próbując dogonić czołg. Tuż po godz. 16 nastąpiła eksplozja. Wybuch spowodował masakrę. Zabił wszystkich znajdujących się w pobliżu pojazdu, zerwał z kamienic balkony, na których stali ludzie.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Porzucony przez Niemców czołg musiał być naszpikowany wielką ilością materiału wybuchowego i zaopatrzony w automatyczny mechanizm zegarowy, bo rozerwany na części ciężki kadłub żelaznego kolosa został rzucony na kilkadziesiąt metrów dalej, gdzie wywrócony do góry dnem, palił się. Gęsty tuman kurzu zasnuł wszystko, a dym o zapachu spalonego prochy i siarki rozchodził się ulicami. Wokół rozlegały się straszliwe jęki poranionych ludzi, a ściany pobliskich domów obryzgane były krwią do wysokości trzeciego piętra. W miejscu masakry rozgrywały się prawdziwie dantejskie sceny, których opisów nie chcę tu przytaczać, a które zawarł S. Podlewski w swojej książce „Przemarsz przez piekło”.&lt;br /&gt;Kwaterujący w jednym z domów gen. Tadeusz Bór-Komorowski, dowódca Armii Krajowej, wspomina: &lt;em&gt;"W tej samej chwili oślepił mnie błysk i słup ognia spowity zwałami dymu i kurzu. Jednocześnie nastąpił huk potężnego wybuchu. Podmuch rzucił mnie spod okna na podłogę u przeciwległej ściany. (...) Dym i kurz opadał z wolna, odsłaniając straszliwe skutki wybuchu. Po żołnierzach, którzy stanowili załogę wozu, nie pozostał żaden ślad. Dookoła leżały poszarpane ciała osób, w tym wielu dzieci. Trupy ludzkie wyrzuciło na dachy sąsiednich domów". &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dokładna liczba ofiar nie została nigdy ustalona. Mówi się o 300-500 poległych i wielu rannych. Część z nich trafiła do szpitala powstańczego na Długiej 7, gdzie po zdobyciu Starówki Niemcy zamordowali i spalili 430 ciężko rannych.&lt;br /&gt;Przy ul. Kilińskiego 3 stoi dziś tablica z napisem: &lt;em&gt;"Miejsce uświęcone krwią 500 powstańców i mieszkańców Starówki poległych 13.08.1944 od eksplozji czołgu z podstępnie założonym przez wroga materiałem wybuchowym”.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;W wybuchu zginęło wielu kwaterujących w tym czasie w obrębie Starówki powstańców. Niektóre oddziały praktycznie przestały istnieć. Największe straty poniosła kompania harcerska podporucznika Kostki i pluton „Orląt” (zginęło na miejscu lub z ran ponad 80 ludzi, w tym 14 piętnastoletnich chłopców z oddziału pomocniczego) i batalion harcerski „Wigry” (10 zabitych i 59 ciężko rannych, a wśród nich podporucznik „Żbik”).&lt;br /&gt;Zachowanym śladem tamtych wydarzeń jest fragment gąsienicy transportera ładunków wybuchowych, pochodzący być może właśnie z tego egzemplarza, który uległ eksplozji przy ulicy Kilińskiego. Jest on wmontowany w ścianę katedry św. Jana Chrzciciela przy ulicy Dziekania i opatrzony podpisem: "Gąsienica niemieckiego czołgu-miny "Goliat", który podczas Powstania Warszawskiego w 1944 r. zburzył część murów Katedry".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W powszechnej pamięci ów pojazd, który dokonał takiego spustoszenia zapisał się jako czołg-pułapka. Tymczasem historycy i znawcy uzbrojenia nie mają wątpliwości, że "czołg", który eksplodował na Kilińskiego, to w rzeczywistości nie czołg, ale stawiacz min Funklenkpanzer-Schwerer Ladungstraeger, typ B IV, używany przez Niemców m.in. do niszczenia barykad. Pojazd ten przewoził 500 kg materiału wybuchowego w zamocowanym na pancerzu pojemniku, który można było uwolnić po podjechaniu pod wybrany cel. Ładunek był wyposażony w zapalnik czasowy, co umożliwiało wycofanie się pojazdu z zasięgu jego rażenia.&lt;br /&gt;W tym miejscu pojawiają się dwie współistniejące hipotezy – albo Niemiec kierujący pojazdem, który został unieruchomiony przy barykadzie na Podwalu, nie zdążył uruchomić mechanizmu zwalniającego ładunek, albo też pojazd rzeczywiście miał spełnić rolę pułapki, a Niemcy liczyli na to, że powstańcy odpalą ładunek przypadkowo.&lt;br /&gt;Wspomniany już wyżej pirotechnik „Wiktor” przychyla się do tej drugiej hipotezy: &lt;em&gt;„Niemcy mogli od razu zniszczyć ten pojazd, np. strzelając do niego z czołgu, i nie dopuścić do przejęcia go przez powstańców. Oni jednak woleli, żeby stawiacz min został wprowadzony na Starówkę. Przerwali ostrzał, by więcej ludzi wyszło na ulice oglądać "zdobycz". W tym sensie celowo zmienili ją w pułapkę”.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;Prawdopodobnie przy pokonywaniu małej barykady przy ulicy Kilińskiego kierujący transporterem powstaniec przypadkowo zrealizował niemiecki zamiar i pociągnął za dźwignię, która spowodowała uwolnienie ładunku, uruchomienie zapalnika czasowego i eksplozję o olbrzymiej sile.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niedawno przez blog Almazora przetoczyła się dyskusja o miejscu kaźni mieszkańców Woli przy ulicy Górczewskiej, gdzie przy budowie parkingu obok salonu dealera samochodów natrafiono na kilkunastocentymetrową warstwę czarnego popiołu – pozostałości po spalonych szczątkach ofiar niemieckiego rozbestwienia.  &lt;br /&gt;Domy na miejscu masakry na Starówce budowano w latach 60. na specjalnych słupach, aby nie kopać głębszych fundamentów w ziemi przemieszanej z ludzkimi szczątkami.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;Takich miejsc w Warszawie jest znacznie więcej. Miasto, które miało stać się miastem śmierci, dziś żyje i trwa, ale tu trzeba stąpać ostrożnie i szanować ziemię, po której się idzie, bo niemal wszędzie pod stopami czuje się zakrzepłą krew.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Starówka warszawska jest i zawsze będzie dla mnie miejscem szczególnym.&lt;br /&gt;Zniszczona podczas Powstania Warszawskiego w 90%, jest wyjątkowym w skali światowej przykładem całkowitej rekonstrukcji nie pojedynczego zabytku, ale całego zespołu historycznego. Po wojnie długo nie było decyzji, co należy zrobić ze Starym Miastem, a właściwie z tym, co po nim pozostało. Ze względu na gruzy zalegające w wielu miejscach aż do pierwszego piętra, przez co praktycznie nie było do niej dostępu, trudno było ocenić dokładnie rozmiar zniszczeń i możliwości odbudowy, której podjęcie wydawało się zupełnym niepodobieństwem. Pojawiły się pomysły, by albo wyburzyć ją do końca i nie usuwając tych ogromnych ilości gruzu, obsadzić zielenią, albo by spróbować usunąć gruz i uzyskać tym samym miejsce pod budowę nowoczesnej dzielnicy.&lt;br /&gt;Na szczęście zwyciężyła koncepcja mozolnej rekonstrukcji. Piszę – na szczęście, choć wiele osób mówi o odrestaurowanej Starówce z lekceważeniem, bo cóż to za zabytek, który de facto ma obecnie zaledwie 60 lat (główny okres odbudowy to lata 1949 – 1954).&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Ale jest nierozerwalna nić, która tu, na tej "młodej" Starówce, ściśle splata przeszłość z teraźniejszością - to wiara w życie i marzenia o wolności tych, którzy zginęli i ta sama wiara  i marzenia uświęcające trud i samozaparcie tych, którzy ocaleli z wojennej pożogi i wrócili, by tchnąć w ruiny nowe życie. Wiara i marzenia, które odcisnęły trwały ślad w jej brukach i murach - tak czytelny dla wszystkich, którzy i dziś kochają to niezłomne miasto.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;em&gt;Nadajemy komunikat z Warszawy.&lt;br /&gt;Nadzwyczajny komunikat z Warszawy.&lt;br /&gt;Stacja Armii Krajowej melduje:&lt;br /&gt;Bój skończony i... nic, oprócz Sławy...&lt;br /&gt;Wieść niesiemy do wszystkich narodów,&lt;br /&gt;Konferencyj, przyjaciół i braci:&lt;br /&gt;Lud Stolicy za Wolność zapłacił&lt;br /&gt;Swoim życiem.(...)&lt;/em&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;/ Mieczysław Ubysz "Vik"/&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-661621583584238440?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/661621583584238440/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=661621583584238440&amp;isPopup=true' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/661621583584238440'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/661621583584238440'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/13-sierpnia-dzien-pamieci-warszawskiej.html' title='13 sierpnia - Dzień Pamięci warszawskiej Starówki'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr-LfV5SP6I/AAAAAAAAAGg/B_CfErxlzC8/s72-c/dziewczynka_na_grobie_sylwester_braun.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-1708998798850455020</id><published>2009-09-27T08:43:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T08:51:13.181-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dzieci'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='okupacja'/><title type='text'>Pamięć o ukradzionych dzieciach</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr-J3ydCJyI/AAAAAAAAAGY/TQzsgG4lKqs/s1600-h/nur+fur+deutsche.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 129px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr-J3ydCJyI/AAAAAAAAAGY/TQzsgG4lKqs/s200/nur+fur+deutsche.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386175270887761698" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;„Polacy są najbardziej inteligentnym narodem ze wszystkich, z którymi spotkali się Niemcy podczas tej wojny w Europie... Polacy, według mojej opinii oraz na podstawie obserwacji i meldunków z Generalnej Guberni, są jedynym narodem w Europie, który łączy w sobie wysoką inteligencję z niesłychanym sprytem. Jest to najzdolniejszy naród w Europie, ponieważ żyją ciągle w niesłychanie trudnych warunkach politycznych, wyrobił w sobie wielki rozsądek życiowy, nigdzie niespotykany. Na podstawie ostatnich badań, prowadzonych przez Reichsrassenamt uczeni niemieccy doszli do przekonania, że Polacy powinni być asymilowani do społeczności niemieckiej jako element wartościowy rasowo. Uczeni nasi doszli do wniosku, że połączenie niemieckiej systematyczności z polotem Polaków dałoby doskonałe wyniki”.&lt;/strong&gt;                &lt;span style="font-size:85%;"&gt;/Źródło: Tajny memoriał Hitlera do Himmlera 4 marca 1944. Przedruk – Głos Wielkopolski nr 330 z 1947/&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem czy ten cytat rzeczywiście jest prawdziwy i czy znajduje swoje potwierdzenie w istniejących dokumentach. Wydaje się być bowiem sprzeczny z hitlerowską polityką zagłady biologicznej prowadzoną na ziemiach polskich w czasie okupacji.&lt;br /&gt;Przed najazdem na Polskę Hitler powiedział: &lt;em&gt;"Naszym podstawowym obowiązkiem jest zniszczenie Polski. Celem jest nie tylko zajęcie kraju, ale unicestwienie każdej żywej istoty... Bądźcie bezlitośni! Bądźcie brutalni... Postępujcie z najwyższą surowością... Ta wojna ma być wojną zagłady".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;  A to stwierdzenia Heinricha Himmlera: &lt;em&gt;"Polacy zostaną starci z powierzchni ziemi... Niebywale istotną jest rzeczą, by wielki naród niemiecki potraktował jako swój podstawowy obowiązek zagładę wszystkich Polaków"&lt;/em&gt; . I Martina Bormana: &lt;em&gt;"Słowianie mają na nas pracować. Kiedy już nie będą potrzebni, mogą umrzeć”&lt;/em&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przecież już w momencie uderzenia na Polskę do każdej z pięciu biorących w nim udział armii, przydzielona była specjalna grupa operacyjna policji bezpieczeństwa &lt;em&gt;(Einsatzgruppen der Sicherheitspolizei)&lt;/em&gt;. Ich zadaniem była fizyczna likwidacja najbardziej uświadomionych narodowo grup ludności polskiej. Formacje te, razem z Wehrmachtem, odpowiedzialne są za terror wobec ludności polskiej na początku wojny. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W latach 1939-41 ludność rdzennie polska była narażona na aresztowania, deportację i śmierć bardziej jeszcze niż Żydzi, których w tym czasie dopiero zapędzano do gett. Polacy pragnąc uniknąć grożących deportacją lub egzekucją łapanek uciekali się czasem nawet do niezwykłego sposobu ratunku. Kupowali lub pożyczali „gwiazdy Dawida”, by przy ich pomocy wymknąć się obławie. W tym czasie bowiem Żyd, jeśli udowodnił, że nie jest ukrywającym się Polakiem, był bezpieczny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z czasów poprzedzających masowy wywóz Żydów do obozów śmierci, pochodzi raport informatora OSS, że Polacy traktowani są przez Niemców dużo gorzej niż Żydzi. Pierwszymi więźniami Oświęcimia stali się właśnie Polacy, którzy do 1942 roku, to jest do czasu, gdy zaczęli napływać tam Żydzi, stanowili w obozie przeważającą większość. W Stutthof do roku 1942 również 90 procent więźniów stanowili Polacy. W żadnym kraju okupowanej Europy hitlerowska machina terroru nie była tak rozwinięta jak w Generalnej Guberni, która stanowiła oddzielną jednostkę administracyjną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gubernator Frank 19 stycznia 1940 roku oświadczył: &lt;em&gt;"Do Polaków odnoszę się jak do wszy. W przypadkach, gdy stosowane przez nas środki nie odnoszą skutku lub jakaś akcja Polaków daje mi powód do wkroczenia, bez wahań podejmuję najbardziej drakońskie środki".&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od początku okupacji działały obozy koncentracyjne jako ośrodki masowej zagłady ludności. Polaków wywożono najpierw do obozów położonych w głębi Rzeszy jak: Dachau, Buchenwald, Sachsenhausen, Mauthausen. Już we wrześniu 1939r utworzono obozy w Sztutowie k. Elbląga, w czerwcu 1940r w Oświęcimiu, a następnie w Majdanku, Chełmnie, Sobiborze, Bełżcu, Treblince. Masowe egzekucje przeprowadzono w różnych miejscowościach. Terror osiągnął punkt kulminacyjny jesienią 1943 roku, kiedy Frank nakazał w Warszawie publiczne egzekucje. Jego dekret zawierał klauzulę, w myśl której policji wolno było na miejscu zastrzelić każdego podejrzanego. &lt;br /&gt;Jaki więc sens z punktu widzenia tej prowadzonej polityki eksterminacji miałyby słowa, że Polacy są dla Niemców „elementem wartościowym rasowo”?&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Jednak pewne okoliczności wskazują na to, ze taka myśl mogła zaświtać w głowach opętanych teorią wyższości rasy aryjskiej. Dwaj teoretycy pracujący na zlecenie Urzędu do spraw Rasowo Politycznych NSDAP, dr E. Wetzl i dr G. Hecht, opracowali datowany na 25 listopada 1939 roku referat "Sprawa traktowania ludności byłych polskich obszarów z rasowo-politycznego punktu widzenia", w którym zawarli kwestie dotyczące traktowania ludności terenów podbitych, ze szczególnym uwzględnieniem dzieci. W memoriale czytamy: &lt;em&gt;"Znaczna część rasowo wartościowych, ale z narodowych względów niezdatnych do zniemczenia warstw polskiego narodu, będzie musiała zostać wysiedlona na pozostały polski teren. Tu jednak musi się próbować wyłączyć z przesiedlenia rasowo wartościowe dzieci i wychować je w starej Rzeszy w odpowiednich zakładach wychowawczych w rodzaju dawnego poczdamskiego domu sierot po wojskowych albo też niemieckiej opiece rodzinnej. Wchodzące w rachubę dzieci nie mogą liczyć więcej jak osiem do dziesięciu lat, ponieważ z reguły do tego wieku możliwe jest prawdziwe przenarodowienie, tzn. ostateczne zniemczenie. Warunkiem jest całkowite zaprzestanie utrzymywania jakichkolwiek stosunków z ich polskimi krewnymi. Dzieci otrzymają niemieckie nazwiska, które także w źródłosłowie muszą być jednoznacznie germańskie. &lt;/em&gt;&lt;em&gt;Ich rodowód będzie prowadzony przez specjalną placówkę. Wszystkie rasowo wartościowe dzieci, których rodzice polegli na wojnie lub zmarli później, będą od razu przejęte przez niemieckie domy sierot. Z tego względu należy wydać zakaz adoptowania dzieci przez Polaków".&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Memoriał ten dał podwaliny zaplanowanej na szeroką skalę akcji germanizacyjno-przesiedleńczej określanej ogólnie nazwą &lt;strong&gt;rabunku dzieci.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Akcja rabunkowa objęła w późniejszym okresie znaczny odsetek polskich dzieci i młodzieży. Pierwszym jednak etapem zbrodniczej polityki prowadzonej przez Niemców była systematyczna i masowa germanizacja, której głównym celem było albo pozyskanie Polaków, albo ich zniszczenie. Wyrazem tego było przemówienie wygłoszone przez Himmlera 14 października 1943 roku:&lt;em&gt; "Sądzę, że naszym zadaniem jest zabrać ich dzieci do nas, oderwać je od środowiska, choćbyśmy mieli dzieci zabrać albo ukraść. Albo zdobędziemy dobrą krew, którą możemy spożytkować u siebie i wprząc w nasze szeregi, albo zniszczymy tę krew".&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Himmler już od 1940 roku zapowiadał też segregację okresową: &lt;em&gt;"Co roku przesiewane będą wszystkie 6-, 10-letnie dzieci Generalnego Gubernatorstwa i dzielone na rasowe wartościowe i niewartościowe".&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W liście do Namiestnika Rzeszy w Poznaniu SS-Gruppenführera Greisera napisał: &lt;em&gt;"Uważam za rzecz słuszną, aby specjalnie czyste rasowo dzieci rodzin polskich zostały zebrane razem i wychowywane przez nas w specjalnych, niezbyt dużych przedszkolach i domach dziecka. Odbieranie dzieci trzeba uzasadnić zagrożeniem ich zdrowia".&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1 października 1941 roku Himmler wprowadził rozporządzenie, na podstawie którego zaczęto wywozić dziewczyny, głównie w wieku 16-20 lat, ale i młodsze, do pracy w Rzeszy.&lt;br /&gt;W raporcie Głównego Urzędu Sztabu komisarza Rzeszy dla Umocnienia Niemczyzny opublikowanego 20 lutego 1942 roku można przeczytać: &lt;em&gt;"Doświadczenia, uzyskane przy zatrudnieniu nadającej się do powrotnego zniemczenia młodzieży, których rodziny pozostały na Wschodzie, są, ogólnie rzecz biorąc, niekorzystne. Wymiany korespondencji z rodzinami nie da się powstrzymać. Ponadto ważną rolę odgrywa tęsknota za domem. Wiele z zatrudnionych pomocnic domowych zachowało się opornie i musiano je ukarać. Zaszły liczne wypadki samobójstw. Widziałem się zatem zmuszonym, zlecić filii Urzędu Rasy i Osadnictwa szczególną ostrożność przy wyborze tych dziewcząt".&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mimo to, 20 czerwca 1942 roku wydane zostało rozporządzenie sygnowane podpisem Fritza Sauckla, w którym nakazano werbowanie młodych ludzi, a zwłaszcza dziewcząt. Sauckel szacował, iż uda się w ten sposób pozyskać do pracy prawie pół miliona dziewczynek.&lt;br /&gt;Ogółem do Niemiec na przymusowe roboty wywieziono podobno ponad milion dzieci w wieku od 14 do 21 lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bardziej podatne na wynarodowienie były jednak dzieci Polek wysłanych do Niemiec na roboty przymusowe. Jeśli słowiańskie robotnice nie spełniały kryteriów rasowych, hitlerowcy nakazywali aborcję. Jeśli natomiast ciąża z ich punktu widzenia rokowała pomyślnie, a szczególnie gdy ojcem dziecka był Niemiec, dopuszczano do jego urodzenia, po czym oddawano je Narodowo-Socjalistycznemu Stowarzyszeniu Opieki Społecznej.&lt;br /&gt;Na pewno także małe polskie dzieci zabrane ich rodzicom z ziem okupowanych, mogły stanowić doskonały „materiał” do przerabiania ich na „element aryjski”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocenia się, że w czasie II wojny światowej rodzicom odebrano w celu zniemczenia około 250 tysięcy dzieci, w tym najwięcej, bo aż 150 tysięcy z Polski (choć niektóre źródła mówią nawet o 220 tysiącach polskich dzieci). Wiele z nich trafiło do Austrii. Po wojnie tylko 25 tysiącom dzieci udało się powrócić do swoich rodzin. Sposoby „zdobywania” tych dzieci były różne. Były to dzieci kradzione prosto z ulic i z ówczesnych domów dla sierot, dzieci oddzielone od rodziców w obozach przejściowych, dokąd trafiali ludzie z masowych deportacji, dzieci odebrane rodzicom, którzy trafili do więzienia, obozu koncentracyjnego lub na roboty przymusowe, albo zginęli w egzekucji. W ten sposób tysiące dzieci o niebieskich oczach i jasnych włosach wysłano na przykład z objętej akcją wysiedleńczą Zamojszczyzny do Rzeszy celem zgermanizowania. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W obozach przejściowych dzieci oczekiwały na selekcję prowadzoną przez ekspertów Głównego Urzędu Rasy i Osadnictwa lub lekarzy urzędów zdrowia. Eksperci i lekarze oceniali wygląd i wielkość narządów, wypełniali specjalne formularze. Dzieciom robiono trzy fotografie i wystawiano opinię. W zasadzie dziecko mogło mieścić się w jednej z trzech norm - "pożądany przyrost ludności", "możliwy do przyjęcia przyrost ludności" i "niepożądany przyrost ludności".&lt;br /&gt;Na tej podstawie dzielono dzieci na cztery grupy: do pierwszej i drugiej zaliczano dzieci mające cechy nordyckie. Do trzeciej grupy zaliczano te, które nie odznaczały się cechami nordyckimi, ale mogły pracować na rzecz Rzeszy. Czwarta grupa to dzieci nie przedstawiające żadnej wartości dla okupanta, były to głównie dzieci chore i kalekie. &lt;br /&gt;Te dzieci, które nie nadawały się na zgermanizowanie, kierowano do Zakładu pod nazwą &lt;em&gt;Medizinische Kinderheilanstalt&lt;/em&gt; oddział B w Lubińcu, gdzie podawano im przetwory barbiturowe, a przede wszystkim luminal w dużych dawkach i weronal. Słabe dzieci umierały po krótkim czasie, czasem nawet po kilku dniach, a jako przyczynę śmierci, dla zatarcia śladów zbrodni, wpisywano do dokumentów najczęściej zapalenie płuc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyselekcjonowane dzieci wywożono do Rzeszy, do niemieckich ośrodków wychowawczych i do rodzin zastępczych. Część z nich czasowo przebywała w tak zwanych domach wychowawczych (na przykład w Bruczkowie, Gnieźnie, Kaliszu), mieszczących się na terenach ziem polskich. Szczególny rozgłos zdobyła sobie sprawa przetrzymywania dzieci w obozie pracy w Łodzi i jego filii w Dzierżąźni, które bezpośrednio nadzorowało Gestapo.&lt;br /&gt;Dzieci kierowano tam na różnej podstawie - często z powodów wyroków sądów, ale także w wyniku łapanek czy doraźnych decyzji organów administracyjnych. Komendantem nieludzkiego kompleksu mianowano SS-Sturmbannführera Kerla Ehrlicha. Dzieci osadzone w obozie w Łodzi liczyły sobie od 2 do 16 lat. &lt;br /&gt;W 1944 roku głównym celem stały się dzieci uczęszczające do szkół. Zawiadująca oświatą administracja naciskała mocno na Polaków, aby ci posyłali dzieci do szkoły, ponieważ listy klasowe były doskonałym sposobem prowadzenia ewidencji i typowania dzieci do porwań, a zgrupowanie ich w jednym miejscu niezwykle ułatwiało samą akcję porwania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzieci, które zostały przeznaczone do germanizacji i wywiezione do Rzeszy, umieszczano w szkołach lub instytucjach prowadzonych przez &lt;em&gt;Lebensborn&lt;/em&gt;, SS lub NSV. Wcielano je do hitlerowskich organizacji młodzieżowych, jak &lt;em&gt;Hitlerjugend&lt;/em&gt; albo &lt;em&gt;Bund Deutscher Maedel&lt;/em&gt;. Od momentu zabrania dzieci, miejsce ich pobytu było dla rodziny tajemnicą. Dziecku zmieniano nazwisko, a dla dzieci przysposabianych przez rodziny zastępcze &lt;em&gt;Lebensborn&lt;/em&gt; najczęściej wystawiał dokumenty potwierdzające niemieckie pochodzenie. Jednocześnie Niemcy zacierali ślady po meldowaniu polskich dzieci odebranych rodzicom, aby wykluczyć możliwość upomnienia się o nie rodzin w przyszłości.&lt;br /&gt;Po wojnie niezwykle trudno było dokładnie stwierdzić, co działo się z deportowanymi dziećmi, bowiem dodatkowo ewidencje niemieckie często fałszowano lub w ogóle ich nie prowadzono, aby zataić rozmiary i szczegóły procederu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Los „dziecka ukradzionego” spotkał m.in. pisarza Alojzego Twardeckiego (Alfreda Hartmanna).&lt;/strong&gt; Pięcioletni Alojzy został odebrany matce wraz ze swoim kuzynem, Leonem i przewieziony do domu dziecka w Oberweis, gdzie przebywał do 1944 roku. Tam zmieniono mu nazwisko na Alfred Hartmann, a wkrótce adoptowała go niemiecka rodzina Binderberger z Koblencji. Dorastał w przekonaniu, że jest Niemcem, a jego przybrany dziadek uczył go, że to Polacy wywołali II wojnę światową.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odnaleziony przez własną matkę, dzięki pomocy Polskiego Czerwonego Krzyża, przyjechał do Polski w 1954 r. tylko po to, by wyjaśnić to – jak mniemał – dziwne nieporozumienie.        &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy matka opowiadała mu o prześladowaniach Polaków przez Niemców, o obozach koncentracyjnych i innych okrucieństwach II wojny światowej zaprzeczał, powołując się na niemieckie gazety, które pisały o mordach dokonywanych przez Polaków na Niemcach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Twardecki wspomina: &lt;em&gt;„Słuchałem historii o heroicznych zmaganiach uczestników Powstania Warszawskiego, o bohaterstwie dzieci Warszawy, o Armii Krajowej, zamachu na Kutscherę i Cafe-Club, o potężnym ruchu partyzanckim... i traciłem poczucie rzeczywistości. Przecież nic o tym nie wiadomo w Niemczech. Polacy nie mają przecież zmysłu organizacyjnego, jak oni to zrobili? Niewiarygodne! A te bzdury o obozach koncentracyjnych! Nikt u nas nie dawał temu wiary i nie tylko u nas. Spotykałem Amerykanów, którzy również twierdzili, że to komunistyczna propaganda. Nawet dziadek i tata podawali takie wiadomości w wątpliwość”.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Twardecki ostatecznie jednak osiadł w Polsce. Powrócił jako jeden z 25 tysięcy dzieci przywróconych Ojczyźnie spośród 200 tysięcy jej odebranych. Ci, którzy wrócili, założyli w Łodzi Zrzeszenie Dzieci Polskich Germanizowanych Przez Reżim Hitlerowski. Dziś jest ich już coraz mniej, bo przecież najmłodsi z nich mają po 70 lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ilekroć jestem świadkiem kolejnej dyskusji, w której rozważa się czy cena za zachowanie narodowej tożsamości nie była zbyt wysoka, przypominam sobie te polskie dzieci, które nie wróciły i nie wrócą już nigdy. Ilu z nich udało się przekonać, że największym ich wrogiem byli ich własni rodzice?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Bibliografia&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;* Z kart historii polskich Janczarów XX wieku, Łódź 2000. (praca zbiorowa wyd. przez Zrzeszenie Dzieci Polskich Germanizowanych Przez Reżim Hitlerowski)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* Richard C.Lukas "Zapomniany holocaust - Polacy pod okupacją niemiecką 1939-1944",  Jedność 1995&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* Alojzy Twardecki "Szkoła janczarów. Listy do niemieckiego przyjaciela" Pojezierze,  Olsztyn 1979&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-1708998798850455020?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/1708998798850455020/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=1708998798850455020&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/1708998798850455020'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/1708998798850455020'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/pamiec-o-ukradzionych-dzieciach.html' title='Pamięć o ukradzionych dzieciach'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr-J3ydCJyI/AAAAAAAAAGY/TQzsgG4lKqs/s72-c/nur+fur+deutsche.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-4364034182266774429</id><published>2009-09-27T08:35:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T08:38:57.338-07:00</updated><title type='text'>Czy to byłą kula, synku, czy to serce pękło?</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr-G_bmnv_I/AAAAAAAAAGQ/MLnLwLCSdbM/s1600-h/krzyz_powstanca.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 146px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr-G_bmnv_I/AAAAAAAAAGQ/MLnLwLCSdbM/s200/krzyz_powstanca.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386172103658029042" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jak co roku, w dniach poprzedzających kolejną rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, rozpętała się dyskusja na temat jego znaczenia. Co daje się w niej zauważyć już na pierwszy rzut oka, to wyraźne spolaryzowanie postaw na dwóch przeciwległych biegunach. I już sam ten pojawiający się, ostry rozdźwięk świadczy, że obok PW nie można przejść obojętnie. Właściwie to dla mnie nic nowego, poza może tym jedynie, że owa dyskusja (by nie rzec – kłótnia) teraz rozgrywa się w przestrzeni publicznej. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;W czasach, gdy chodziłam do PRL-owskiej szkoły, trudno było mówić o dyskusji – może raczej o permanentnym rozdwojeniu jaźni, jakie stało się moim udziałem. Z postawą potępienia Powstania stykałam się w każdym podręczniku historii, w każdym omówieniu, jakie fundowała mi oficjalna propaganda. Ale istniał też przekaz inny. Przekaz rodzinny – znacznie bliższy mojemu pojmowaniu historii, bo pochodzący od bezpośrednich, naocznych świadków tamtych czasów. Przekaz niepisany, ale powtarzany przy okazji różnych rodzinnych spotkań.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moja rodzina już przed wojną była dosyć rozrzucona. Część mieszkała w Warszawie, ale część także na Kresach i na Lubelszczyźnie. Wszyscy oni jednak mówili to samo – gdy wybuchło powstanie w Warszawie, wszystkie oczy były zwrócone na stolicę. Warszawa walczy! – powtarzano sobie z nadzieją w sercach. Powstanie Warszawskie to nie był jedynie zryw obliczony na ocalenie miasta i jego mieszkańców. To był komunikat dla całej znękanej i wykrwawionej Polski – Warszawa walczy!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dramat ogarniętej powstaniem Warszawy jest głębszy, niźli jedynie tragedia miasta sterroryzowanego przez najeźdźcę. To dramat miasta wziętego w kleszcze przez dwóch jego śmiertelnych wrogów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Czekamy ciebie, czerwona zarazo,&lt;br /&gt;byś wybawiła nas od czarnej śmierci,&lt;br /&gt;byś nam Kraj przedtem rozdarłwszy na ćwierci,&lt;br /&gt;była zbawieniem witanym z odrazą.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Czekamy ciebie, ty potęgo tłumu&lt;br /&gt;zbydlęciałego pod twych rządów knutem&lt;br /&gt;czekamy ciebie, byś nas zgniotła butem&lt;br /&gt;swego zalewu i haseł poszumu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu,&lt;br /&gt;morderco krwawy tłumu naszych braci,&lt;br /&gt;czekamy ciebie, nie żeby zapłacić,&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;lecz chlebem witać na rodzinnym progu. (…)&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Nie znam się na wojnach i wygranych bataliach, ale wiem, że nie zawsze w historii zwycięzcą był ten, na czyją korzyść świadczyła przewaga militarna. &lt;br /&gt;Nie zawsze bitewne rozstrzygnięcia były zgodne z logiką i przewidywaniami. Bo brutalną siłę potrafi czasem pokonać męstwo, determinacja, wiara i… nadzieja. Nadzieja, która umiera ostatnia. Tutaj nadzieję dobił ostatecznie nowy okupant, grający rolę wyzwoliciela i sojusznika. Smak tego „sojuszu” jako pierwsi poczuli mieszkańcy Wilna i Lwowa i walczący na ich ulicach żołnierze AK. &lt;br /&gt;Tam powstania się udały, a mimo to, nie dane było cieszyć się zwycięstwem. Ci, którym udało się uniknąć sowieckiej niewoli, ruszyli na pomoc walczącej Warszawie. Było to kilkanaście tysięcy dobrze uzbrojonych żołnierzy ze Zgrupowania Wileńsko-Nowogródzkiego i Stołpecko-Nalibockiego. Zdołali oni dojść do Puszczy Kampinoskiej, ale zostali zatrzymani przez sowiecki kordon. Gdyby nie ten fakt, losy Powstania Warszawskiego mogłyby potoczyć się inaczej.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.&lt;br /&gt;Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;W przeddzień rocznicy i 1 sierpnia spotyka się w mieście starych ludzi z biało-czerwonymi opaskami opatrzonymi kotwicą - symbolem Polski Walczącej. Patrzę na te wyczyszczone i odprasowane opaski i aż nie chce mi się wierzyć, że są o tyle lat ode mnie starsze. Przechowywane przez dziesiątki już lat z pieczołowitością zdającą się mówić: „to dla nas święty symbol”. Patrzę na tych starych ludzi z biało-czerwonymi opaskami i wiem, że żadnemu z nich nie ośmieliłabym się zadać pytania: „Czy Powstanie miało sens?”. I wiem także i to, że nie potrzebuję takiej odpowiedzi. Nie potrzebuję jej, bo głowa odruchowo schyla mi się z szacunkiem, a w sercu czuję wdzięczność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1 sierpnia o godzinie 17.00 będę tam, gdzie być powinnam. Jak co roku, spróbuję sobie wyobrazić, co mogli czuć ci młodzi ludzie w Godzinie „W”. Spróbuję poczuć ich lęk i gniew, ich nadzieję i determinację. Spróbuję poczuć, co mogło dla nich znaczyć to podniesienie głowy na zaledwie 63 dni i na jednym tylko skrawku, skazanej w nazistowskich planach na zagładę, polskiej ziemi. Tylko w taki sposób można próbować zrozumieć Powstanie.  &lt;br /&gt;Nie będę „świętować klęski narodowej” (jak to określają krytycy PW). Moja obecność będzie oczywistym i naturalnym wyrazem wdzięczności dla powstańców warszawskich za to, że nie wahali się przed niczym dla uchronienia poczucia naszej narodowej tożsamości, przenosząc je przez kanały, ruiny i zgliszcza umęczonego miasta. Także i dla mnie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chwała Bohaterom!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ktoś może powie – wielkie słowa i niepotrzebny patos.&lt;br /&gt;Nie ma słów zbyt wielkich. Nie w tej sprawie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-4364034182266774429?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/4364034182266774429/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=4364034182266774429&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4364034182266774429'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4364034182266774429'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/czy-to-bya-kula-synku-czy-to-serce-peko.html' title='Czy to byłą kula, synku, czy to serce pękło?'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr-G_bmnv_I/AAAAAAAAAGQ/MLnLwLCSdbM/s72-c/krzyz_powstanca.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-3894080545460145095</id><published>2009-09-27T08:33:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T08:34:59.925-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wolność'/><title type='text'>Czym jest dla mnie wolność?</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr-GEMIQrdI/AAAAAAAAAGI/JeYsLYRjlPo/s1600-h/orzel.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr-GEMIQrdI/AAAAAAAAAGI/JeYsLYRjlPo/s200/orzel.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386171085891874258" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Powietrzem. &lt;br /&gt;Tym, bez czego nie ma życia, a może istnieć jedynie nędzna wegetacja.&lt;br /&gt;W najwęższej perspektywie - brakiem strachu o to, czy ktoś bliski, kto wyszedł z domu, będzie mógł bezpiecznie do niego wrócić oraz pewnością, że jestem u siebie i że to „u siebie” jest najlepszym miejscem na ziemi.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Ale nade wszystko wolność jest poczuciem, że zawsze mogę być w zgodzie z samą sobą.&lt;br /&gt;Jest harmonijnym akordem pomiędzy tym, co myślę, a tym, co czynię.&lt;br /&gt;Jest „niebem gwiaździstym nade mną i prawem moralnym we mnie”, bo w moich wolnych wyborach nie ogranicza mnie nic, prócz własnego sumienia, poczucia sprawiedliwości i honoru. &lt;br /&gt;Wolność to brak zewnętrznego przymusu. Ale właśnie to sumienie, poczucie sprawiedliwości&lt;br /&gt;i honor nie pozwalają korzystać z wolności kosztem innego człowieka.&lt;br /&gt;Bo wolność, to także możliwość podejmowania wyborów, które dobrowolnie ograniczają nas samych, by nie czynić krzywdy innym. &lt;br /&gt;Wolność to najcenniejszy dar, jaki można ofiarować drugiemu człowiekowi w imię miłości do niego, choć w pierwszym odruchu chciałoby się go „mieć na własność”.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-3894080545460145095?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/3894080545460145095/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=3894080545460145095&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/3894080545460145095'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/3894080545460145095'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/czym-jest-dla-mnie-wolnosc.html' title='Czym jest dla mnie wolność?'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr-GEMIQrdI/AAAAAAAAAGI/JeYsLYRjlPo/s72-c/orzel.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-637730834234684188</id><published>2009-09-27T08:01:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T08:05:59.767-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powstanie Warszawskie'/><title type='text'>Jam gotów ci życie poświęcić</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9_GwPrgxI/AAAAAAAAAGA/CHCgS-CJZ70/s1600-h/powstanie_460x370.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 161px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9_GwPrgxI/AAAAAAAAAGA/CHCgS-CJZ70/s200/powstanie_460x370.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386163433365013266" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Odwiedziłam Cmentarz Powstańców Warszawy. Na Woli bywam raczej rzadko, ale zawsze, ilekroć zdarzało mi się obok niego przejeżdżać, obiecywałam sobie, że wreszcie kiedyś tam dotrę. &lt;br /&gt;I tej obietnicy udało mi się dopiero teraz dotrzymać.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;Powstanie Warszawskie...&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naprzeciw 50.000 niemieckich żołnierzy, czołgom, samolotom, pociągom pancernym, artylerii, miotaczom min, bombom samobieżnym „Goliat” i dużej ilości broni maszynowej, stanęło:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1.000 karabinów zwykłych&lt;br /&gt;300 pistoletów maszynowych&lt;br /&gt;60 ręcznych karabinów maszynowych&lt;br /&gt;7 ciężkich karabinów maszynowych&lt;br /&gt;35 karabinów przeciwpancernych i Piatów&lt;br /&gt;1.700 pistoletów zwykłych&lt;br /&gt;25.000 granatów&lt;br /&gt;... i bezprzykładna determinacja i odwaga...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Nie złamie wolnych żadna klęska,&lt;br /&gt;Nie strwoży śmiałych krwawy trud -&lt;br /&gt;Pójdziemy razem do zwycięstwa,&lt;br /&gt;Gdy ramię w ramię stanie lud.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Warszawskie dzieci, pójdziemy w bój,&lt;br /&gt;Za każdy kamień Twój, Stolico, damy krew!&lt;br /&gt;Warszawskie dzieci, pójdziemy w bój,&lt;br /&gt;Gdy padnie rozkaz Twój, poniesiem wrogom gniew!&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzeź Woli dokonała się już w pierwszych dniach powstania i stała się początkiem zaplanowanej systematycznej eksterminacji mieszkańców miasta. W czasie trzech zaledwie dni, od 5 do 7 sierpnia, należący do sił dowodzonych przez gen. Reinefartha, złożony z kryminalistów pułk Oskara Dirlewangera oraz jednostki kolaboranckie wycofane z terenów sowieckich, wśród których największa była brygada Rosyjskiej Narodowej Armii Wyzwoleńczej (RONA), wymordowali prawie 60 tysięcy osób, z czego 45 tysięcy tylko w dniu 5 sierpnia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Cmentarz...&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cmentarz smutniejszy od innych, bo nie ma na nim świeżych kwiatów &lt;br /&gt;na wspólnych grobach, a znicze pojawiają się jedynie pod pomnikiem.&lt;br /&gt;Cmentarz Powstańców Warszawy powstał jesienią 1945 roku, dla pochowania wielkiej ilości ciał osób, które zginęły na Woli podczas powstania warszawskiego. Zwłoki ekshumowano z grobów tymczasowych. W 177 mogiłach zbiorowych spoczywa tu około 40 tysięcy osób, a w wielkiej płycie z piaskowca zamknięto 12 ton prochów 50 tysięcy ofiar zamordowanych i spalonych przez Niemców. Prochy te sprowadzono na to miejsce 6 sierpnia 1946 roku w najtragiczniejszym w historii miasta kondukcie pogrzebowym. Otwarte samochody ciężarowe wiozły w nim sto siedemnaście wielkich trumien z prochami ludzi spalonych na ulicach, w bramach i podwórkach Woli, w okolicy Pawiaka i na terenie byłego getta, wreszcie w siedzibie gestapo przy Al. Szucha. &lt;br /&gt;Proste tablice nagrobkowe stojące na zbiorowych mogiłach, napawają grozą. Można z nich wyczytać zagładę całych rodzin – od starców, przez młodych ludzi na progu dojrzałego życia, po kilkuletnie dzieci. Najmłodsza ofiara „cywilizowanych bestii” miała... 2 dni. Na każdej tablicy kilka lub kilkanaście nazwisk, a obok nich napis „oraz 200...300...600 nieznanych”.&lt;br /&gt;Prawie 100 tysięcy istnień ludzkich, 100 tysięcy brutalnie przerwanych ludzkich losów, zamkniętych na niewielkim spłachetku ziemi tak nasiąkniętej niewinną krwią, że ciężko po niej chodzić. To są ci prawdziwi „wypędzeni”. Ze swojego miejsca, na swojej własnej ziemi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;em&gt;„Spędziliśmy w walczącym mieście pięć tygodni. Mało to czy dużo? Historię tych pięciu tygodni można zrelacjonować w kilku zdaniach. Ale czas, minuta po minucie, mierzony zwątpieniem, cierpieniem i rozpaczą liczy się inaczej. &lt;br /&gt;Przekroczyliśmy barykadę na ulicy Pańskiej i dołączyliśmy do pochodu widm. &lt;br /&gt;Wynurzały się z ocalałych piwnic i sunęły w kierunku Woli. Mieszkańcy Warszawy bladzi, wynędzniali i brudni opuszczali swoje miasto. Wśród nich starcy, dzieci, chorzy, ranni, kaleki. Nie wszyscy mogli iść samodzielnie. Wielu było takich, którzy musieli być przez swoich bliskich podtrzymywani, wleczeni, a nawet niesieni na plecach.&lt;br /&gt;Niemcy w swych lśniących butach czyści i eleganccy przyglądali się temu widowisku i robili zdjęcia”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/strong&gt;/Relacja Haliny Kowalskiej:  - „Wypędzeni z Warszawy 1944 - Losy dzieci"/ &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Zamiast pointy...&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;  Ja wiem, żeś ty dzisiaj nie taka,&lt;br /&gt;  Że krwawe przeżywasz dziś dni,&lt;br /&gt;  Że rozpacz, że ból cię przygniata,&lt;br /&gt;  Że muszę nad tobą zapłakać.&lt;br /&gt;  Lecz taką, jak żyjesz w pamięci&lt;br /&gt;  Przywrócę ofiarą mej krwi.&lt;br /&gt;  I wierz mi, Warszawo, prócz piosnki i łzy&lt;br /&gt;  Jam gotów ci życie poświęcić.&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-637730834234684188?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/637730834234684188/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=637730834234684188&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/637730834234684188'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/637730834234684188'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/jam-gotow-ci-zycie-poswiecic.html' title='Jam gotów ci życie poświęcić'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9_GwPrgxI/AAAAAAAAAGA/CHCgS-CJZ70/s72-c/powstanie_460x370.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-2050480408896284591</id><published>2009-09-27T07:35:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T07:38:46.872-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przyjaźń'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='tęcza'/><title type='text'>Harmonia barw świata</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr940i1neLI/AAAAAAAAAF4/NG01yGiLKbo/s1600-h/rainbow.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 155px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr940i1neLI/AAAAAAAAAF4/NG01yGiLKbo/s200/rainbow.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386156523458623666" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Podarowałam kiedyś komuś tęczę, bo wydawało mi się, że to najlepsze, co mogę mu dać. &lt;br /&gt;I ten ktoś został moim najlepszym przyjacielem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;Niebieska... (poniedziałek)&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Mam parasolkę w kolorze ciemnego lazuru nieba nad Adriatykiem.&lt;br /&gt;Kiedy ją niosę w poszarzałym deszczowym świecie, to ten skrawek włoskiego nieba cały czas mam nad sobą. Właśnie o tym myślałam, mijając dobrze już rozkwitłe żółte kule krzewów forsycji i rozbieloną drobnymi kwiatami czeremchę, gdy zobaczyłam jakąś włoską knajpkę. Była otoczona niebieskim płotkiem – dokładnie w odcieniu mojej parasolki. Może jej właściciel jest Włochem i pomalował ten płotek kolorem swojej tęsknoty? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Zielona... (wtorek)&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Przecież to mój ulubiony kolor&lt;/em&gt;– pocieszam się, zakładając ciepłe wełniane zielone poncho, kupione nie z myślą o czerwcowych chłodach, ale o jesiennych porywach wiatru i zerkając tęsknie na powiewną białą spódnicę obsypaną wzorkiem w bukieciki drobnych wiosennych kwiatków. Wiosna w tym roku przyniosła tylko zieleń, skąpiąc słońca. W taką zimną wiosnę kałuże wydają się być nieprzydatne nawet wróblom, które zamiast szukać w nich ochłody przed słońcem, ostrożnie omijają je z daleka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Czerwona... (środa)&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;- Auć!&lt;/em&gt;– ściskam mocno palec, z którego wypływa mała kropelka krwi i barwi na czerwono biały skrawek materiału, który haftuję dla mojej babci. Babcia kocha maki, a ja właśnie nauczyłam się haftu krzyżykowego i na dodatek udało mi się zdobyć śliczny „makowy” wzór na serwetkę. Układam ściśle jeden czerwony krzyżyk z muliny obok drugiego, by zakryć szczelnie małą czerwoną plamkę – widoczny dowód mojej nieuwagi. Dziś tylko ja znam powód, dla którego jeden płatek maku na wyhaftowanej serwetce jest troszkę większy od pozostałych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Żółta... (czwartek)&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Otwieram drewnianą szkatułkę i ostrożnie rozwijam bibułkę. Z cichym szelestem wymyka się&lt;br /&gt;z niej zasuszony bukiecik kaczeńców. Mały kruchy dowód świata, który już nie istnieje. &lt;br /&gt;Stał się odległy, bo nad nim nadbudowały się inne światy, które budzą dziś więcej sentymentalnych wspomnień. Jak co roku z wahaniem zawijam bukiecik z powrotem w bibułkę&lt;br /&gt;i wynoszę do kuchni, by wyrzucić do śmieci. A potem wracam... i chowam go do szkatułki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Biała... (piątek)&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Biały śnieg, mlecznobiała mgła, suknia panny młodej, bita śmietana...&lt;br /&gt;Biel, by pokazać się w pełni, potrzebuje kontrastu w postaci innej barwy.&lt;br /&gt;Śnieg jest najbardziej biały na tle granatowego nieba, kleks bitej śmietany najlepiej wygląda na czerwonym tle truskawek, suknia panny młodej odbija się od tła czarnego garnituru pana młodego. Biel sama narzuca archetypiczne skojarzenia z innymi barwami. Wyjątkiem jest mlecznobiała mgła, która nie potrzebuje tła. Jest równie doskonała, jak barwa aniołów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Czarna... (sobota)&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Czarna barwa dziwnie splata się z białą. Jak wrony udające czarne kleksy na śniegu.&lt;br /&gt;Czasem nie wiadomo co jest pozytywem, a co negatywem. Jak zebra – biała w czarne pasy, czy może raczej czarna w białe? Tak, jak w jednych kulturach czerń jest symbolem żałoby, tak w innych tę rolę pełni biel. Dla tych samych ludzi, dla których czerń jest symbolem żałoby, czarny kot zwiastuje nieszczęście, ale już kominiarz jest symbolem szczęścia, a czarna sutanna oznacza pokorę i wyrzeczenie. W zestawieniu z innymi kolorami, czerń sprawia, że stają się one jaśniejsze. Smolista czerń bez tła kojarzy się jednak najczęściej ze złem, albo przynajmniej z czymś, czego należy unikać: czarnowidztwo, czarna dziura, czarne myśli, czarna owca, czarny charakter, czy... czarna polewka.&lt;br /&gt;Może dlatego, że czerń, to nic innego, jak... całkowity brak światła?&lt;br /&gt;Dlaczego zatem nasz prababcie twierdziły, że prawdziwie elegancka suknia balowa może być jedynie biała albo czarna? I dlaczego czerń stała się kolorem elegancji i luksusu oraz symbolem dobrego smaku?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tęczowa... (niedziela)&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Szyby zamazane deszczem. Krople brudnej wody rozpryskują się na bruku i spływają strużkami w szczeliny pomiędzy kamieniami. Inne znów bębnią w blaszany parapet okienny i kapią z niego na chodnik przed domem. - Ale szaruga– myślę, spoglądając na chmury w kolorze ołowiu, zasnuwające szczelnie niebo. Patrzę smętnie na kroplę osuwającą się leniwie po szybie i nagle w jej przezroczystości dostrzegam błysk jakiejś barwy, a po chwili – cały wachlarz migających barwnych smug.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cały świat zaklęty w jednej kropli deszczu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Cud Przyjaźni - przeszłość i przyszłość (cały tydzień)&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Podarowałam kiedyś komuś tęczę, bo wydawało mi się, że to najlepsze, co mogę mu dać. &lt;br /&gt;I ten ktoś został moim najlepszym przyjacielem.&lt;br /&gt;Nasze dni bywały niebieskie, zielone, czerwone, żółte, białe albo czarne. Czasem były też bezbarwne, szare, deszczowe. Ale w każdej kropli deszczu widzieliśmy, dającą nadzieję, odrobinę tęczy. I to ona ocaliła tę przyjaźń. &lt;br /&gt;Nigdy nie zgubić tęczy...&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-2050480408896284591?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/2050480408896284591/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=2050480408896284591&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/2050480408896284591'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/2050480408896284591'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/harmonia-barw-swiata.html' title='Harmonia barw świata'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr940i1neLI/AAAAAAAAAF4/NG01yGiLKbo/s72-c/rainbow.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-9106120849813187449</id><published>2009-09-27T07:33:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T07:35:03.941-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='sprzątanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pamiątki'/><title type='text'>Wielkie sprzątanie</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr94DOXDjSI/AAAAAAAAAFw/gi0FnTQCCuY/s1600-h/Sprzątanie.gif"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 160px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr94DOXDjSI/AAAAAAAAAFw/gi0FnTQCCuY/s200/Sprzątanie.gif" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386155676148141346" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Panicznie obawiam się wielkiego sprzątania. I to, że za sprzątaniem nie przepadam, wcale nie jest tej obawy głównym powodem. Na początku wszystko idzie w miarę dobrze. Drobiazgi porozrzucane na komodzie i biurku odnajdują swoje miejsce w szufladach, a wilgotna ściereczka sprawia, że z mebli znika warstwa kurzu. Potem jeszcze wjeżdża odkurzacz i można spojrzeć już z zadowoleniem na rezultaty odwalenia sporego kawału dobrej roboty.&lt;br /&gt;Jednak gdzieś w okolicach przecierania mopem połowy kuchennej podłogi pojawia się w głowie myśl: zaraz, zaraz, przecież to miało być wielkie sprzątanie, a nie takie tylko „po łebkach”. Może jednak warto zrobić przy okazji porządki w szafach i komodzie i pozbyć się przynajmniej tych rzeczy, których nie założyłam na siebie przez ostatnie trzy lata. Od razu zrobiłoby się luźniej, a i rzekoma pokaźność odzieżowego dobytku zyskałaby realny wymiar po wyrzuceniu wszystkiego, co za duże, za ciasne, „nie w moim typie” lub kompletnie démodé.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I niestety jest to myśl bardzo niebezpieczna, bo najlepszym sposobem na usuwanie zbędnych rzeczy z szaf jest wyjęcie ich wszystkich i wkładanie z powrotem jedynie tych, które jeszcze się do czegoś nadają. Odzież z półek i wieszaków ląduje zatem w stertach na kanapie, na stole, na krzesłach, na komodzie, na biurku i wszędzie tam, gdzie jeszcze przed chwilą panował z takim trudem osiągnięty porządek. Już pierwszy rzut oka na te sterty jasno dowodzi, że szafy staną się uboższe o co najmniej połowę z tych wyciągniętych z nich rzeczy.&lt;br /&gt;To dobry znak, bo następnym razem sprzątania będzie o wiele mniej – nie mówiąc już o praniu czy prasowaniu. Wizja ta wprowadza człowieka w tak doskonały nastrój, że postanawia zrobić sobie chwilkę odpoczynku w celu nabrania sił przed momentem, w którym przystąpi do podejmowania ważkich życiowych decyzji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siedząc już z kawą i papierosem wśród sterty piętrzących się fatałaszków, niemal na pewno wypatrzy się jakiś ciuszek, w którym „tak ładnie wyglądałam na weselu kuzynki – zaraz, zaraz, kiedy to było? w 97? a może w 93?, ależ nie, już pamiętam – w 91. Matko Przenajświętsza! I ja jeszcze trzymam tę sukienkę?!”. To spostrzeżenie utwierdza nas w przekonaniu, że pomysł porządkowania szaf był pomysłem zdecydowanie trafionym i podsuwa kolejną myśl, że może należałoby także przejrzeć skrzyneczki i szkatułki z precjozami, z których część już też na pewno powinno się odłożyć do lamusa. Kilka zdecydowanych kroków w kierunku komody i zawartość skrzyneczek ląduje na kanapie obok sterty spoczywających tam ubrań. A my, sięgając po drugiego papierosa, przebieramy palcami wśród bransoletek, kolczyków i wisiorków. O proszę! Nawet jakieś klipsy się tu zawieruszyły. Jeszcze z czasów studenckich.Potem już nigdy nie zakładałam klipsów, bo drażniły mi nieznośnie uszy. I najpewniej nigdy już nie założę. O! A tutaj te kolczyki w kształcie wielkich kół. Nosiłam je zawsze do takiej trochę cygańskiej z wyglądu spódnicy... Granatowej? Zielonej? Chyba gdzieś powinnam w niej być na zdjęciu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście, by rozwiązać tę palącą wątpliwość, najlepiej jest sięgnąć do swoich zbiorów fotografii. Niestety albumy i pudełka ze zdjęciami nie są już w stanie zmieścić się na jakimkolwiek zawalonym ubraniami meblu, więc lądują na podłodze, a my wraz z nimi.&lt;br /&gt;I teraz jest to już prawdziwa katastrofa, bo nasze sprzątanie ogranicza się do robienia sobie kolejnych kaw/herbat i zapalania kolejnych papierosów. I jeśli nie mamy w perspektywie co najmniej jeszcze dwóch wolnych dni i składanego łóżka polowego, na którym można jakoś przespać najbliższą noc, pozostaje nam jedynie upychanie wszystkiego po szafach w środku nocy z mocnym postanowieniem, że następnym razem co najmniej połowę z tych rzeczy trzeba będzie wreszcie wyrzucić.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-9106120849813187449?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/9106120849813187449/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=9106120849813187449&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/9106120849813187449'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/9106120849813187449'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/wielkie-sprzatanie.html' title='Wielkie sprzątanie'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr94DOXDjSI/AAAAAAAAAFw/gi0FnTQCCuY/s72-c/Sprzątanie.gif' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-6549363963295707396</id><published>2009-09-27T06:41:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T06:49:43.902-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Warszawa'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><title type='text'>Gdzie na mapie świata maleńki znak...</title><content type='html'>&lt;p&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9sJ4zSN2I/AAAAAAAAAFo/HAx50jhae5c/s1600-h/Gdzie+na+mapie+świata.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 150px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9sJ4zSN2I/AAAAAAAAAFo/HAx50jhae5c/s200/Gdzie+na+mapie+świata.JPG" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386142596480513890" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;em&gt;Kto dzieckiem miał nad Wisłą skwer &lt;br /&gt;Królestwo powiślańskich sfer &lt;br /&gt;Saneczki na Dynasach &lt;br /&gt;Swój dąb w bielańskich lasach &lt;br /&gt;Z ślimaka patrzył w okien blask &lt;br /&gt;Z Kierbedzia skręcał w Nowy Zajazd &lt;br /&gt;Choćby był potem królem &lt;br /&gt;Powróci poprzez świat&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdzie na mapie świata &lt;br /&gt;Maleńki znak &lt;br /&gt;Tam marzenie wraca &lt;br /&gt;W ojczysty szlak &lt;br /&gt;Warszawskie słońce tam lśni &lt;br /&gt;Księżyc warszawski &lt;br /&gt;Warszawskie snują się mgły &lt;br /&gt;Nad brzegiem praskim &lt;br /&gt;Na Kamiennych Schodkach &lt;br /&gt;Swój znajdziesz ślad...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;Lubię Starówkę. Nie - Rynek Starego Miasta, który za bardzo przypomina mi bombonierkę, ale te staromiejskie uliczki o dziwnych nazwach: Kamienne Schodki, Krzywe Koło, Szeroki Dunaj, Zapiecek i nazwach całkiem zwykłych: Mostowa, Brzozowa, Piwna...&lt;br /&gt;Zawsze marzyłam o tym, żeby móc tu kiedyś zamieszkać i... stało się.&lt;br /&gt;Od kilku lat moja codzienna droga do pracy i z pracy do domu wiedzie mnie przez te moje ulubione uliczki. I od czasu, jak tutaj mieszkam, zaczęłam się wiecznie spóźniać.&lt;br /&gt;Ale jak tu zdążyć na czas, gdy po drodze ciągle coś człowieka zatrzymuje?&lt;br /&gt;Najpierw ten mój ulubiony dom tuż przy Barbakanie – jakby żywcem wyjęty ze Średniowiecza. Piękny – z obłupanym miejscami tynkiem i szyldem „Pierogarnia”. Po prostu piękny... Nie da się tak zwyczajnie go minąć. Oglądam go zawsze ze wszystkich stron i nie mogę się napatrzeć.&lt;br /&gt;A potem ten następny – na rogu Rynku Starego Miasta – z oknami w wykuszach...&lt;br /&gt;Zawsze wydaje mi się, że zobaczę w jednym z nich piękną mieszczkę w atłasowej sukni, machająca komuś koronkową chusteczką i ocierająca nią łzy – na pożegnanie, albo może ne powitanie?&lt;br /&gt;Na Rynku zawsze można natknąć się na coś, co przyciąga wzrok – a to popisują się połykacze ognia, a to znów przygrywa cygańska kapela, albo rzewnie zaciąga katarynka poruszana korbką przez odzianego w czarną pelerynę i kapelusz kataryniarza, który przemawia do siedzącej na drążku papugi. Po bliższym przyjrzeniu się, papuga okazuje się być sztuczna, co mnie rozczarowuje za każdym razem, bo pamiętam kataryniarza z dzieciństwa ( ten czy nie ten sam?)&lt;br /&gt;i papugę, która wtedy, moim zdaniem, była jak najprawdziwsza.&lt;br /&gt;U wylotu ulicy Świętojańskiej stoi skrzypek i rzewnie wygrywa „Arię na strunie G”.Dziwny to skrzypek – młody człowiek o pięknej twarzy, odziany w biały garnitur. Obrazek trochę jak nie z tego świata. A gra tak przejmująco, że szukam zarysu anielskich skrzydeł pod tym jego białym garniturem.&lt;br /&gt;No przecież nie sposób nie przystanąć, tym bardziej, że tuż obok można kupić od handlarki obwarzanki albo „pańską skórkę”, a w dni świąteczne także watę cukrową robioną w „maszynie”, która od dziecka budziła mój podziw i pożądanie – jakże pięknie byłoby mieć taką w domu i kręcić sobie watę ilekroć tylko przyjdzie ochota.&lt;br /&gt;Przy placu Zamkowym z kolei jakiś gitarzysta gra melodię, która przypomina mi kołysankę, jaką w dzieciństwie śpiewała mi moja mama. To była bardzo smutna kołysanka, zawsze łzy napływały mi przy niej do oczu, ale uwielbiałam tę melodię i zawsze się jej domagałam na dobranoc. To były słowa jakiegoś wiersza, chyba z książki „O krasnoludkach i sierotce Marysi”. Pamiętam nawet dwie zwrotki:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Za górami za lasami,&lt;br /&gt;za doliną za głęboką,&lt;br /&gt;była sobie mała chatka,&lt;br /&gt;chatka zwana Boże Oko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nikt już dzisiaj nie pamięta&lt;br /&gt;kto ja nazwał tak i czemu,&lt;br /&gt;bo był nad nią błękit nieba&lt;br /&gt;oku podobny Bożemu&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A potem było coś o sierocie, ale tego już dziś sobie nie przypomnę.&lt;br /&gt;Pewnie mama sama dorobiła do tego jakąś melodię.&lt;br /&gt;I właśnie myślałam, że ją odnalazłam.&lt;br /&gt;Już miałam podejść do grajka i spytać co właściwie gra, gdy nagle uświadomiłam sobie, że to przecież „Wróć do Sorrento” i że ta melodia jest jedynie podobna, ale jednak nie ta sama.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale prawdziwie czarodziejskie bywają spacery wieczorne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czarodziejskie... bo tutaj naprawdę są miejsca niezwyczajne i o przedziwnym, wręcz nierealnym uroku. Człowiek ma wrażenie jakby trafił w dawno zapomnianą epokę. I to nawet nie tę, która nasuwa się na myśl, gdy widzi się czasem na Rynku ludzi, którzy przebrani w kontusze reklamują Fukiera, ale jeszcze kilka wieków wstecz.&lt;br /&gt;Tylko trzeba wiedzieć gdzie pójść.&lt;br /&gt;Trzeba ominąć te trasy, którymi chodzi największa ilość ludzi.&lt;br /&gt;Trzeba zapuścić się w Kanonię – tam jest taki cudowny placyk, gdzie domki budował chyba jakiś pijany architekt. A potem trzeba pójść w stronę Nowego Miasta wzdłuż Wisły, ulicą Brzozową, a zobaczy się podwórka jak studnie, ukryte tarasy i balkony, tajemniczą kładkę prowadzącą w powietrzu od ulicy ku domowi stojącemu na skarpie wiślanej i domy, które nie mogą nie zachwycić. A potem... trzeba wejść Kamiennymi Schodkami i przejść Krzywym Kołem aż... do tego mojego ulubionego domu przy Barbakanie. I dalej, aż do mojego domu, na którym widnieje tabliczka, która oznacza: „tutaj w czasie Powstania Warszawskiego była barykada”.&lt;br /&gt;Niedawno dostrzegłam pod tą tabliczką młodą kobietę z dwójką kilkuletnich berbeci w chwili, gdy tłumaczyła temu nieco większemu – może 4 czy 5 letniemu, co to słowo oznacza.&lt;br /&gt;Mała dziewczynka spojrzała na mamę i spytała:&lt;br /&gt;&lt;em&gt;- Ty to wszystko wiesz, bo byłaś wtedy tutaj?&lt;/em&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;- Nie, mnie jeszcze wtedy nie było na świecie &lt;/em&gt;– odparła kobieta –&lt;em&gt; Ale gdybym wtedy żyła, to na pewno byłabym tutaj.                            &lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;- A ja?&lt;/em&gt;– spytało dziecko &lt;em&gt;– Ja też bym tu była?&lt;/em&gt;                                                      &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;- Tak&lt;/em&gt; – odpowiedziała młoda kobieta poważnie – &lt;em&gt;Ty też byś tu była.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I może właśnie i za to też kocham Warszawę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak każdy, czasem bywam Warszawą zmęczona. Dzieje się tak najczęściej wtedy, gdy muszę spędzić cały dzień na załatwianiu spraw w różnych oddalonych od siebie punktach miasta.&lt;br /&gt;Mam wtedy dosyć i rozumiem tych, którzy wynieśli się na wieś, gdzie czas płynie zupełnie inaczej. Ale potem uświadamiam sobie, że chyba jednak lubię to zawrotne tempo miasta. &lt;br /&gt;To zupełnie jak z kimś bliskim. Jego przywary czasem wprawiają w irytację, czasem szuka się od niego odpoczynku w jakimś zacisznym kąciku, ale zawsze się wie, że jest do kogo wrócić. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Bo taka jest miłość.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-6549363963295707396?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/6549363963295707396/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=6549363963295707396&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/6549363963295707396'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/6549363963295707396'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/gdzie-na-mapie-swiata-malenki-znak.html' title='Gdzie na mapie świata maleńki znak...'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9sJ4zSN2I/AAAAAAAAAFo/HAx50jhae5c/s72-c/Gdzie+na+mapie+świata.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-3610706863707161723</id><published>2009-09-27T06:33:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T06:39:49.276-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='powroty'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wspomnienia'/><title type='text'>Są takie miejsca... czyli raz jeszcze o powrotach</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9rCC70_tI/AAAAAAAAAFg/SSss5oQLln8/s1600-h/Widok+z+okna.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 150px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9rCC70_tI/AAAAAAAAAFg/SSss5oQLln8/s200/Widok+z+okna.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386141362250120914" /&gt;&lt;/a&gt;Są takie miejsca, które na zawsze zostają człowiekowi w pamięci.&lt;br /&gt;Miejsca niespodziewane. Bo dlaczego akurat właśnie te, a nie inne?&lt;br /&gt;Często są całkiem zwyczajne. Wydaje się, nie mają w sobie nic, co warto byłoby zapamiętać. Czasem jednak wystarczy, że zagubiony promień słońca rozbłyśnie na jakimś detalu, wydobywając go z mroku i nagle takie najzwyczajniejsze miejsce zupełnie się zmienia. Zaczyna pulsować dziwną magią. Czasem czyjś uśmiech powoduje, że zwyczajne miejsce nagle staje się miejscem bardzo ważnym. Czasem powodują to jakieś słowa, które równie dobrze można by usłyszeć całkiem gdzie indziej.&lt;br /&gt;Zupełnie jakby w świecie najważniejsze były szczegóły, najmniejsze drobiazgi.&lt;br /&gt;Może zresztą tak właśnie jest... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasem wracam do takich miejsc i szukam tego czaru, który niegdyś nagle w nich odkryłam.&lt;br /&gt;To dziwne, ale takie wrażenie bardzo trudno jest przywołać i poczuć po raz drugi.&lt;br /&gt;To trochę tak, jak z szukaniem w świecie swoich dziecięcych śladów i dziecięcych fascynacji, które – odnalezione – rozczarowują, wydają się jakieś mniejsze niż niegdyś albo mniej kolorowe.&lt;br /&gt;Pamiętam miejsce na skraju parku, tuż przy domu mojej babci. Jako dziecko biegałam tam niemal codziennie, bo było tam jakieś przedziwne gruzowisko, w którym wygrzebywałam różne kamyczki. Do dziś pamiętam ich szarą, w różnych odcieniach, barwę – gładką, albo kropkowaną jaśniejszymi plamkami, poprzecinaną różowymi i czarnymi żyłkami, albo nakrapianą połyskliwymi, srebrnymi i złotymi cętkami. Wracałam z kieszeniami wypchanymi tymi skarbami do granic możliwości. Skarbami, bo w tych kamyczkach widziałam ślady komnat należących do jakiegoś wspaniałego zamku. Babcia kazała mi te skarby zostawiać przed domem, by kamienie „nie przyniosły nieszczęścia domownikom”. Dziś wiem, że najpewniej jakiś zakład kamieniarski uznał skraj miejskiego parku, tuż pod resztkami dawnych obronnych murów, za świetne, dzikie wysypisko zbędnych odpadków. Gruz uprzątnięto już całe lata temu, a mnie do dziś szkoda tego „zburzonego pałacu” i tego miejsca, które straciło całą swoją czarodziejskość. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W swoim życiu odwiedziłam kilka miejsc, które pamiętałam z dzieciństwa. Moim zdumionym oczom, zamiast wielkich budowli ukazywały się małe domki, zamiast szmaragdowego, tajemniczego jeziora, jakie zapamiętałam – niewielki staw porośnięty rzęsą, zamiast wielkiego, kolorowego okna, w którym prześwitujące słońce zapalało niesamowite barwy – nieduży, zakurzony witrażyk. Po jednych rzeczach nie zostało żadnego śladu, w ich miejsce pojawiały się nowe, które zaburzały ład zapamiętany tak dobrze i niszczyły bezpowrotnie harmonię i magię tych miejsc.&lt;br /&gt;Pisałam tu niegdyś o „swojej” dzikiej jabłonce i świecie oglądanym zza jej liści. Napisałam wtedy: &lt;em&gt;„Swoją dziką jabłonkę postanowiłam odwiedzić dopiero kilka lat później. Po raz pierwszy miałam ją zobaczyć zimą. Ciekawa byłam, jak też wygląda taka przysypana śniegiem. &lt;br /&gt;Nie było jej na znajomym podwórku. &lt;br /&gt;Nie chcę tam już więcej wracać. &lt;br /&gt;Chcę myśleć, że latem tam wciąż jest – taka sama jak dawniej – niezbyt wysoka i krzywa. Taka w sam raz na kilka zadrapań i siniaków”.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lepiej nie szukać. Lepiej nie porównywać. Niech te rzeczy i miejsca zostaną w pamięci takimi, jakimi kiedyś je widzieliśmy. Są zbyt piękne, by mogły się tak po prostu powtarzać, kiedy tylko się tego zapragnie. Wiemy to, a jednak uparcie próbujemy wracać...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Czemu wracam na tę ulicę?&lt;br /&gt;Co mnie tutaj ciągnie?&lt;br /&gt;Babci Anny wino porzeczkowe&lt;br /&gt;dawno już zwietrzało&lt;br /&gt;i mało dziś klarowne&lt;br /&gt;Zegarmistrz Tymoteusz&lt;br /&gt;przeniósł się o dwie ulice dalej&lt;br /&gt;bo bzy - gdy szalały -&lt;br /&gt;przeszkadzały mu&lt;br /&gt;w naprawie zegarków&lt;br /&gt;Nawet ciotka Wiesia&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;która mogłaby być&lt;br /&gt;patronką ulicy Ogrodowej&lt;br /&gt;w świat ruszyła&lt;br /&gt;gdyż przyśnił się jej&lt;br /&gt;mężczyzna&lt;br /&gt;w czapce kolejowej&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;Czemu więc wracam na tę ulicę?&lt;br /&gt;Co mnie tutaj ciągnie?&lt;br /&gt;Może ten pokój z balkonem&lt;br /&gt;i zielonym oknem?&lt;br /&gt;Może skusiły mnie dziś&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wszystkie kwiaty ulicy Ogrodowej&lt;br /&gt;które na balkon przychodziły&lt;br /&gt;na wiosenną spowiedź&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;/Adam Ziemianin/&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-3610706863707161723?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/3610706863707161723/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=3610706863707161723&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/3610706863707161723'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/3610706863707161723'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/sa-takie-miejsca-czyli-raz-jeszcze-o.html' title='Są takie miejsca... czyli raz jeszcze o powrotach'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9rCC70_tI/AAAAAAAAAFg/SSss5oQLln8/s72-c/Widok+z+okna.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-3567893387959962013</id><published>2009-09-27T06:21:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T06:32:08.576-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='powroty'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dzieciństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wspomnienia'/><title type='text'>Powroty</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9n4vYFF6I/AAAAAAAAAFY/3C7aVoOvQxE/s1600-h/Kula.GIF"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 175px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9n4vYFF6I/AAAAAAAAAFY/3C7aVoOvQxE/s200/Kula.GIF" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386137903846201250" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Najbardziej lubię powroty do czasów dzieciństwa. Nie dlatego, abym ponownie chciała stać się dzieckiem. Co to, to nie. Lecz wracając w taki sposób, postrzegam ten dawny świat trochę inaczej niż wtedy i chyba właśnie dlatego jest taki piękny, że jest niepełny. To taki kolorowy pałac z bibułki, posklejany z pojedynczych fragmentów – wspomnienia jakiegoś obrazu, jakiejś sytuacji, pojedynczych smaków czy zapachów. Dmuchnąć nieostrożnie... i natychmiast się rozleci. Czytając w dzieciństwie książki - oczywiście jak wszyscy – osadzałam ich treść w znanych sobie realiach i owijałam je w fantazję. Dziś to cudowne wspomnienia, bo już nie do końca wiem, co w tych zachowanych w pamięci „bibułkowych pałacach” było prawdziwe, a co jedynie „wyobrażone”.&lt;br /&gt;Smutny Książę z Królestwa Baśni zawsze już będzie mi się kojarzył ze świątecznym zapachem pierników i smakiem przypraw korzennych i miodu.&lt;br /&gt;Wyobrażam sobie ten smak, ale... chyba jednak go kiedyś wymyśliłam, bo nigdy nie udało mi się trafić na tak złociste, tak pachnące i tak miodowe pierniczki. Szukam ich jednak przez całe życie. I każda kolejna paczuszka, to wciąż jeszcze nie to... Smaczne, ale jedynie wzmagają tęsknotę za tym dziecięcym wyobrażeniem. Dziś słuchałam starych piosenek i widziałam siebie w postaci niewielkiego kajtka pomagającego mojej mamie w sprzątaniu. Skąd to skojarzenie? Bo mama zawsze włączała przy sprzątaniu te stare czarne płyty i śpiewała. Zawsze śpiewała sprzątając. A ja razem z nią. Dziś ja również zawsze śpiewam, gdy sprzątam. Jest nawet jeszcze gorzej, bo próbuję także tańczyć. &lt;br /&gt;Ze ścierką, ze szczotką... no, po prostu nogi mi same podrygują. Mniejsza o zabawny widok, ale zdarza mi się narobić przy tym szkód, gdy zapomnę na chwilę, że kij od szczotki zdecydowanie nie jest księciem z bajki o śpiącej królewnie... „znam ze snu usta twoje i oczy twoje znam...tra la la...”... i bach! już leży coś na podłodze – dobrze jeśli nie tłukliwe.&lt;br /&gt;Że tańczę przy prasowaniu, to już coś w rodzaju zboczenia – tym bardziej, że nie mija, mimo bardzo skutecznego zrzucenia na podłogę czwartego już czy piątego żelazka.&lt;br /&gt;Żelazko w moim domu to zdecydowanie bardzo deficytowy towar :)&lt;br /&gt;No, ostatnio może trochę – jak to napisać? – „wystateczniałam” (?) Stało się to po moim tańcu z frytkownicą, którą w takim pląsie usiłowałam umieścić wysoko na kredensie kuchennym i oczywiście spadła mi na przy tym na podłogę. Rodzina... chyba mam naprawdę bardzo wyrozumiałą rodzinę. Nic ich już nie dziwi. Po tej frytkownicy Panna C. tylko spytała: tańczyłaś czy to tak jakoś całkiem normalnie spadło?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ten tekst napisałam jakieś trzy lata temu. Dziś znalazłam go w komputerze i uświadomiłam sobie, że od tamtego czasu wiele się zmieniło. Można powiedzieć, że stan zdrowia zmusił mnie do całkowitego „wystatecznienia”. Jeśli tańczę przy prasowaniu, to już tylko w myślach. Może to i dobrze, bo od tych kilku lat ciągle służy mi to samo żelazko. Ale do wrażeń z dzieciństwa wracam może nawet częściej niż kiedyś. &lt;br /&gt;Coraz wyraźniej też przypominają mi się dawno zapomniane smaki, zapachy i pojedyncze obrazki z przeszłości. I nadal poszukuję idealnego smaku pierniczków... nawet nie wiedząc czy naprawdę chciałabym go wreszcie odnaleźć.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-3567893387959962013?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/3567893387959962013/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=3567893387959962013&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/3567893387959962013'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/3567893387959962013'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/powroty.html' title='Powroty'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9n4vYFF6I/AAAAAAAAAFY/3C7aVoOvQxE/s72-c/Kula.GIF' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-2697703509764207429</id><published>2009-09-27T06:08:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T06:10:42.408-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='anioły'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Salonik Kameralny'/><title type='text'>Z aniołami w tle</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9kH1NEp8I/AAAAAAAAAFI/EaY5rscqQLs/s1600-h/Anioł.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 150px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9kH1NEp8I/AAAAAAAAAFI/EaY5rscqQLs/s200/Anioł.JPG" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386133765062174658" /&gt;&lt;/a&gt;Droga powrotna z moich ostatnich wojaży doprowadziła mnie prosto do drzwi Saloniku Kameralnego, utwierdzając mnie w głębokim przekonaniu, że powroty są jedną z najlepszych rzeczy, jakie człowiekowi w życiu zdarzyć się mogą.&lt;br /&gt;Jeden rzut oka starczył, by zrozumieć, że Salonik został już urządzony tak, by każdy mógł sobie znaleźć w nim swoje ulubione miejsce. I ja też poczułam się w jego wnętrzu bardzo swojsko. Może dzięki tym niewielkim portrecikom moich ciotek poustawianym niczym bibeloty wśród książek i różnych pamiątek?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Postanowiłam i ja coś ze sobą przytargać. W pierwszej chwili mój wybór padł na bogato rzeźbiony stolik z czarnego hebanu, z niewielkim blatem z różowego marmuru. Stolik jest wysoki i smukły, a jego blat tak niewielki, że może pomieścić zaledwie lampę lub dwie porcelanowe filiżanki, cukierniczkę i do tego mlecznik albo talerzyk z konfiturami z jeżyn. Jednym słowem, sprzęt, który może być przydatny jedynie dla dwóch na tyle zaprzyjaźnionych ze sobą osób, że nie przeszkadza im taka bliskość - niemal głowa w głowę. Może wymyślił go jakiś zakochany snycerz? Więc może jednak stolik nie. Zostawmy go dla zakochanych…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyniosłam ze sobą… anioły. Anioły, których anielskość jest kwestią co najmniej problematyczną.&lt;br /&gt;Pierwszy wizerunek anioła, to osadzony w zdobionej, grubej, złotej ramie, dużych rozmiarów portret młodziutkiej dziewczyny, której delikatną twarzyczkę otacza burza ciemnych loków wymykających się spod próbującego je ujarzmić czepeczka z organdyny, ozdobionego misterną koronką. Taka sama koronka okrywa jej dekolt i ramiona. Jest w tej twarzy coś, co przyciąga wzrok. Jakiś wyraz dobroci i słodkiej niewinności. I ta przedziwna przejrzysta lekkość… Ma się nieprzeparte wrażenie, że dziewczyna, gdyby nie ta ciężka, złota rama, uleciałaby z obrazu niczym motyl – prosto ku słońcu. Nikt nie wie skąd wziął się ten obraz w naszej rodzinie. Wszystkie żyjące osoby widziały go na ścianie swojego domu już w najwcześniejszym dzieciństwie. Skąd przywędrował? Jaka jest jego historia? Dziś już nie sposób się tego dowiedzieć. Nikt także nie wiedział, kogo ten obraz przedstawia, więc jako dziecko wymyśliłam sobie, że jest to moja praprababcia w czasach, gdy była jeszcze młodziutką dziewczyną. A ponieważ od rodziny nie potrafiłam się o tej osobie dowiedzieć niczego, wymyślałam na jej temat różne niestworzone historie, podejrzewając istnienie jakiejś wyjątkowo dramatycznej, a może nawet wstydliwej rodzinnej historii. Nie wiem jak to się stało, ale przez lata całe ta „praprababcia” o twarzy anioła była moją najlepszą powiernicą. Wypłakiwałam się jej z różnych dziecięcych nieszczęść i zawsze miałam wrażenie, że pocieszająco kiwa do mnie głowa, jakby chciała powiedzieć: &lt;em&gt;”cóż, moja droga, takie właśnie jest życie” &lt;/em&gt;i że uśmiecha się do mnie jeszcze słodziej.&lt;br /&gt;Kilka lat temu zdarzyło się coś, co zdarzać się nigdy nie powinno – konfrontacja dziecięcych wyobrażeń z rzeczywistością. Natrafiłam gdzieś przypadkiem w sieci na ten obraz. Z opisu wynikało, że moja „praprababcia” jest kopią obrazu przedstawiającego słynną paryską… kurtyzanę. Obraz więc na pewno anioła nie przedstawia, a jednak nieodparcie takie „anielskie” skojarzenia nasuwa. Może zresztą to tylko ja jedna ulegam takiemu złudzeniu?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drugi anielski portret to zdjęcie – fotografia dużego formatu, jaka stała się moją własnością po rozebraniu pewnej wystawy. Zdjęcie zostało nadesłane na konkurs. Nie zdobyło żadnej nagrody, ale mnie od razu się spodobało. Po prostu nie mogłam się z nim rozstać. Dzisiaj wisi nad moim łóżkiem i codziennie zasypiam z jego widokiem pod powiekami. Na fotografii są dwa anioły, a raczej trzeba by powiedzieć – dwóch aniołów. Bo są to na czarno ubrani panowie w melonikach, którym spod ubrań wymykają się białe, puszyste pióra. Siedzą sobie na walizce postawionej na jednej z warszawskich ulic, w samym centrum miasta, a mimo nich przechodzą tłumy śpieszących się ludzi. Tylko w tym jednym miejscu, gdzie stoi oblepiona plakietkami podróżnymi walizka, czas płynie inaczej – wolniej. O! Jeden z aniołów schylił się właśnie powoli, by poprawić rozwiązującą się sznurówkę buta. A tłum pędzi… Jest w tym czarno-białym obrazku jakiś przedziwny spokój, mimo tego pędu.&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Siadam. Nalewam sobie herbatę do filiżanki z, zostawionego tu dla gości przez Panią Łyżeczkę, dzbanka i zasiadam na kanapie. Z aniołami w tle…&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-2697703509764207429?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/2697703509764207429/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=2697703509764207429&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/2697703509764207429'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/2697703509764207429'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/z-anioami-w-tle.html' title='Z aniołami w tle'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9kH1NEp8I/AAAAAAAAAFI/EaY5rscqQLs/s72-c/Anioł.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-109652954271180896</id><published>2009-09-27T06:04:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T06:06:56.869-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wiosna'/><title type='text'>Jej Królewska Wiosenność</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9jNoHItbI/AAAAAAAAAFA/AfYyef_r6a8/s1600-h/Kwiat_jabloni.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 162px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9jNoHItbI/AAAAAAAAAFA/AfYyef_r6a8/s200/Kwiat_jabloni.JPG" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386132765115200946" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Uwaga! Zaleca się daleko idącą ostrożność w czytaniu. Tekst będzie nieznośnie ckliwy (choć na szczęście krótki), ale taka w końcu jest wiosna – sentymentalna i... nawet trochę kiczowata w tym swoim upodobaniu do landrynkowych kolorów, a mimo to wyczekiwana z utęsknieniem  :)&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;W okrągłych błotnych miskach &lt;br /&gt;z obcasów i kopyt &lt;br /&gt;lśnią turkusy niebieskie &lt;br /&gt;i chmur heliotropy. &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Kałuża płynie z wiatrem - &lt;br /&gt;tu mleczna, tam ruda, &lt;br /&gt;wiosna rynny wyżyma &lt;br /&gt;lubując się w brudach... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Serce ordynarnieje &lt;br /&gt;i godzi się z błotem, &lt;br /&gt;skoro w nim słońce &lt;br /&gt;usta zanurzyło złote...&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;/Maria Pawlikowska-Jasnorzewska/&lt;/span&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może to sugestywność dzisiejszej daty, a może tych parę promieni słońca, jakie przedzierają się od samego rana przez chmury sprawiły, że od razu zapachniało wiosną i człowiek chciałby szukać po miejskich parkach tego, czego w nich jeszcze być nie może.&lt;br /&gt;Jeszcze daleko do ogrodowej zieleni, tulipanów i hiacyntów. Jeszcze podeszwy butów ociekają wspomnieniem topiącego się, brudnego śniegu. Jeszcze rynny oblizują się na myśl o kroplach wody spływającej z uczepionych kurczowo dachu lodowych sopli. Nagie konary drzew gęsto oblepiają czarnymi kleksami gawrony i darmo by wypatrywać na nadwiślańskich łąkach długonogich bocianów. Jeszcze wczesnym rankiem mroźny podmuch skutecznie powstrzymuje chęć wzięcia głębszego oddechu w płuca, ale zerwana kartka z kalendarza sprawia, że nieśmiałe oczekiwanie zamienia się w pewność. Nadejdzie. Przyjdzie już niedługo – Jej Królewska Wiosenność. A wraz z nią przemarznięte serce zakwitnie fiołkami, a zmęczone szarością oczy zaczną wypatrywać każdego zielonego kiełka. Warto będzie wpaść do Łazienek by pomachać ręką pawiom dumnie otrząsającym swoje pyszne ogony z kropel rosy, albo zajrzeć do Parku Skaryszewskiego, by sprawdzić czy już żaby zaczynają szykować się do swoich radosnych koncertów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale prawdziwa wiosna nadejdzie dopiero wtedy gdy ożyją warszawskie fontanny   i ich królowa – ta w Ogrodzie Saskim. Bo dla mnie wiosna w Warszawie to śpiew wody w fontannach i piruety kropli w promieniach słońca. I ta rozpylona wokół czarodziejska mgiełka, która osiada wilgocią na twarzy i włosach. Obudźcie się, uśpione kropelki... &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-109652954271180896?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/109652954271180896/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=109652954271180896&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/109652954271180896'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/109652954271180896'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/jej-krolewska-wiosennosc.html' title='Jej Królewska Wiosenność'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9jNoHItbI/AAAAAAAAAFA/AfYyef_r6a8/s72-c/Kwiat_jabloni.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-9094258244661776827</id><published>2009-09-27T06:00:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T06:03:17.376-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ciotki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='portret rodzinny'/><title type='text'>Ciotka Lilka - nieszczęśliwe piękno</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9ihmrqbEI/AAAAAAAAAE4/grUc7P2n3Pk/s1600-h/Lilka.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 195px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9ihmrqbEI/AAAAAAAAAE4/grUc7P2n3Pk/s200/Lilka.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386132008817290306" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Najmłodsza z sióstr i niewątpliwie najładniejsza. Najładniejsza – to za mało powiedziane. Była prześliczna. Miała gęste, brązowe włosy układające się w naturalne pukle, oczy w kolorze orzechowym i zniewalający, olśniewająco biały uśmiech. Natura obdarzyła ją urodą gwiazdy filmowej – prawdziwej femme fatale. Niestety była też trzpiotką. A w pewnym sensie także i ową femme fatale w specyficznym, bo PRL-owskim wydaniu. Przez większość jej życia – obojętne czy była stanu wolnego po kolejnym rozwodzie, czy też akurat była mężatką, zawsze otaczał ją wianuszek mężczyzn - młodszych, starszych i równolatków, żonatych i wolnych, którzy zabiegali jeśli nie o jej względy, to przynajmniej o chwilę uwagi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mówi się, że piękna twarz pomaga człowiekowi w życiu i w pewnym sensie ciotka Lilka była żywym przykładem tej tezy. Wszystkie drzwi stawały zawsze przed nią otworem, ludzkie serca na jej widok topniały niczym wosk i nawet wyrozumiałość rodziny, z której czerpała pełnymi garściami, wydawała się nie mieć granic. Słabość babci i ciotek do najmłodszej latorośli brała się także i stąd, że Lilka przyszła na świat na zaledwie cztery lata przed wybuchem II wojny światowej i jej najmłodsze dziecięce lata przypadły na okres okupacji. Często wspominała obrazek, jaki wrył się jej w pamięć jako najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa – ona wciśnięta w jakąś bruzdę ziemi na polu, zatykająca rączkami uszy przed świstem i hukiem przelatujących nad głową i rozrywających się w pobliżu pocisków. Próby ustalenia czego dokładnie dotyczyło to wspomnienie – ucieczki przed frontem niemieckim czy sowieckim – spełzały na niczym, ponieważ tak jedno, jak i drugie wydarzenie, w oczach mojej rodziny wyglądało podobnie. Lilka pamiętała jeszcze wygrzebywanie z pola jakichś resztek nadgniłych ziemniaków. Twierdziła też, że pamięta smak „szpinaku” przyrządzanego przez babcię z nazbieranej gdzieś w rowie lebiody.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lilka sprawiała wrażenie, jakby przez całe swoje życie próbowała nadrobić jakieś spóźnienie. Jakie? Nie wiadomo. Może to, że zbyt późno przyszła w tej rodzinie na świat, zbyt późno poszła do szkoły, bo dopiero w wieku 10 czy 11 lat, a może tylko była to wrodzona nieumiejętność zdążenia ze wszystkim na czas.&lt;br /&gt;Z tego pośpiechu, ostatecznie wiele rzeczy zrobiła stanowczo za wcześnie. Za wcześnie zakochała się w o rok starszym od niej chłopaku, za wcześnie zaszła z nim w ciążę i za wcześnie, bo w wieku niespełna 18 lat, urodziła córeczkę. Chłopak zdążył jeszcze się z nią ożenić, gdy była bodaj w czwartym czy piątym miesiącu ciąży, a zaraz potem wzięto go do wojska. Dwa lata w jednostce wojskowej okazały się zbyt trudną próbą czasu dla tego nieprzemyślanego związku i rozwód pojawił się równie szybko, jak przedtem ślub. Dziecko nie było niczym takim, co mogłoby połączyć tych dwoje, bo zdawało się nie należeć do żadnego z nich. Młoda matka zdążyła zaledwie zakończyć edukację na szkole podstawowej i rodzina – skądinąd słusznie – naciskała na to, by zrobiła przynajmniej maturę. Dziecko tymczasem było wychowywane przez kolejne ciotki, niemal co roku zmieniając miejsce zamieszkania. Lilce to chyba odpowiadało. Nie sprawiała wrażenia zasmuconej faktem rozłąki. Widywała córeczkę kilka razy w roku i to jej najwyraźniej wystarczało. W słowniku małej słowo „mama” miało jakieś specyficzne, bliżej nieokreślone znaczenie. Zwracała się tak do niektórych ciotek, ale nigdy nie nazywała nim swojej własnej matki, która zresztą upierała się, aby dziecko mówiło do niej po imieniu. Zdaje się, że przez pewien czas udawało jej się nawet to osiągnąć, ale w niczym nie zbliżyło ich to do siebie, ani nie ociepliło ich wzajemnych relacji. Przez lata żyły na zmianę w oddali od siebie, to znów pod jednym dachem, zawsze jednak równie od siebie odległe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zresztą za życiem Lilki nikt nie potrafił nadążyć. Raz jeszcze wyszła za mąż – za inżyniera, rodowitego Wołyniaka, który zauroczył ją śpiewnym akcentem i charakterystyczną wymową litery „ł”. Być może także jakieś znaczenie miały jego budzące współczucie losy – jako dziecko jedyny z rodziny ocalał z rzezi i przywędrował przez wschodnią granicę wraz z sąsiadami, którzy życzliwie się nim zaopiekowali.&lt;br /&gt;To małżeństwo przetrwało nieco dłużej, niż pierwsze, bo prawie 10 lat, ale i ono ostatecznie zakończyło się fiaskiem. Od tej pory ciotka Lilka ciągle wpadała w jakieś nowe miłosne tarapaty i każdy jej kolejny związek po kilku latach kończył się rozpadem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jej przyjaciółka z lat szkolnych ukończyła ASP i wprowadziła Lilkę w krąg swojego towarzystwa. Mieszkanie Lilki na adaptowanym na cele mieszkalne strychu kamienicy szybko stało się mekką miejscowej bohemy. Pałętali się tu aktorzy i poeci, a zakochany w Lilce malarz ozdobił ściany pokoju freskami przedstawiającymi jej twarz. Po zakochanym malarzu przyszedł czas na zakochanego rzeźbiarza, a po nim na dosyć znanego już wtedy polskiego aktora. I gdzież tutaj miałoby się znaleźć miejsce na dziecko?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Albo Lilka naprawdę nie miała szczęścia, albo to środowisko obfitowało w osobników nieodpowiedzialnych, histerycznych i obciążonych przeróżnymi fobiami. W każdym razie ciotki szybko nauczyły się przyjmować ze stoickim spokojem kolejne oświadczenia Lilki, że &lt;em&gt;„tym razem to już na pewno jest to mężczyzna jej życia”&lt;/em&gt; i z równie stoickim spokojem ocierały jej łzy, gdy po raz kolejny okazywało się, że &lt;em&gt;„każdy mężczyzna to świnia”. &lt;/em&gt;Szukając tego jedynego przez całe swoje życie, prowadziła poszukiwania wśród coraz to młodszych. Jej ostatni ukochany okazał się być młodszy o trzy lata od jej własnej córki. Nie budziło to sensacji, bo Lilki nie imały się lata i nawet przy tym ostatnim mężczyźnie wyglądała na jego równolatkę. Kiedy wydawało się, że wreszcie ułoży sobie życie, po 10 latach narzeczeństwa, nagle rozstała się z nim zaraz po tym, jak zaczął ją przekonywać do małżeństwa. Trudno zrozumieć ten jej krok, bo to był wyjątkowo przyzwoity człowiek. Wydaje mi się, że panicznie bała się zaufać...&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Dziś mieszka samotnie i mimo swojego wieku nadal jest na swój sposób piękna. A ja, patrząc na nią, zawsze zastanawiam się, ile prawdy jest w przekonaniu, że podobno ludziom pięknym jest w życiu łatwiej...&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-9094258244661776827?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/9094258244661776827/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=9094258244661776827&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/9094258244661776827'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/9094258244661776827'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/ciotka-lilka-nieszczesliwe-piekno.html' title='Ciotka Lilka - nieszczęśliwe piękno'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9ihmrqbEI/AAAAAAAAAE4/grUc7P2n3Pk/s72-c/Lilka.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-1738744868813541834</id><published>2009-09-27T05:57:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T06:00:21.511-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ciotki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='portret rodzinny'/><title type='text'>Ciotka Helena i dziecięce punktu odniesienia</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9h1gJdeBI/AAAAAAAAAEw/pax7ZdHgpnc/s1600-h/Helena.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 125px; height: 155px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9h1gJdeBI/AAAAAAAAAEw/pax7ZdHgpnc/s200/Helena.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386131251148978194" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Mimo że była bardzo ładna, nie pasowało do niej to dumne imię posągowej córki Zeusa i Ledy, o której względy, jak podaje mitologia, starało się około trzydziestu zalotników. Nie pasowało jednak także zdrobnienie Hela, nasuwające z kolei skojarzenie z przysadzistą żoną dozorcy, w rozdeptanych papciach. Pewnie dlatego wszyscy nazywali ją Halinką, które to miano zaakceptowała bez reszty, mimo że – moim zdaniem – pasowało do niej jeszcze mniej. Uważałam, że najlepszym imieniem dla ciotki byłaby dynamiczna, pełna energii Magda albo niezależna, stawiająca zawsze na swoim Marta. &lt;br /&gt;Bo ciotka właśnie taka była – młodzieńcza, wesoła, dynamiczna, pełna niespożytej energii, niezależna i uparta. Nie uznawała cudzych rad i napomnień, wszystkiego musiała sama dotknąć, spróbować, poczuć na własnej skórze. Nie wiedziała co to melancholia, nie rozumiała popadania w rozpacz. Jej zdaniem, z każdej sytuacji było jakieś wyjście. Wierzyła w ludzi, kochała słońce i przyrodę. Interesowało ją niemal wszystko i może właśnie dlatego kochała też kino. Żyła tak, jakby wciąż obawiała się, że nie zdąży ze wszystkim, co chciałaby poznać. W rodzinie mówiono o niej, że jest jak „żywe srebro”. Ja dodałabym – jak roześmiane żywe srebro. Ciotki często powtarzały, że – biorąc pod uwagę mój charakter – ciotka Halinka tylko przez pomyłkę nie została moją matką. Być może rzeczywiście to była pomyłka, bo tylko ona rozumiała i podzielała moją odrazę do powtarzanego mi w dzieciństwie przy lada okazji przysłowia, które do dziś uważam za wyjątkowo głupie i szkodliwe, że &lt;em&gt;„pokorne cielę dwie matki ssie”&lt;/em&gt;. I właściwie nie miałabym nic przeciwko takiemu zrządzeniu losu, bo to do niej właśnie chodziłam ze wszystkimi moimi dziecięcymi, a potem młodzieńczymi problemami. Po rozmowie z nią, każdy kłopot wydawał się tracić swoje nadnaturalne wymiary, a najczęściej po prostu w ogóle się rozpływał. Rozumiała wszystko – od jakichś szkolnych niesprawiedliwości, przez kłopoty z rówieśnikami, po problemy natury sercowej. Pamiętam okres szkolnych pamiętników, w których wpisywali się rówieśnicy, nauczyciele i każdy, czyj wpis chciało się zachować na pamiątkę. Pamiętam, że dorośli wpisywali zwykle różne napuszone cytaty z klasyków, a ciotka Halinka wpisała mi prosty dwuwiersz: &lt;em&gt;„Bądź dobrą Polką zawsze i wszędzie, a każdy Polak kochać cię będzie”,&lt;/em&gt; który wtedy mnie rozczarował - wydawał mi się jakiś bezbarwny. Czekałam na coś dowcipnego, albo przynajmniej weselszego. Dziś wiem, że nie był to jedynie jakiś tam, pierwszy lepszy wierszyk, który przypadkiem wpadł ciotce do głowy. Wtedy nikt mi tego nie tłumaczył, a może zresztą nawet nie pytałam, dlaczego to ciotka zawsze wywiesza w różne święta biało-czerwoną flagę i dlaczego zawsze spóźnia się o jeden dzień z wywieszaniem jej na 1 maja. To ciotka zawsze podnosiła się z krzesła, gdy dobiegły ją dźwięki polskiego hymnu narodowego. To ciotka tłumaczyła, że 11 listopada warto założyć do szkoły białą bluzkę i granatową spódniczkę, a jakby pytali – &lt;em&gt;dlaczego? &lt;/em&gt;– to powiedzieć, że fartuszek akurat w praniu. To od ciotki dowiedziałam się o Powstaniu Warszawskim znacznie więcej, niż mogłam to wyczytać w podręcznikach i to od niej też usłyszałam słowo „Katyń”, choć babcia wielokrotnie, słysząc strzępki naszych rozmów, sykała na ciotkę ostrzegawczo. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciotka była z zawodu ekonomistką, które to zajęcie pasowało do niej jeszcze mniej, niż jej imię. Kręciło się wokół niej sporo adoratorów, ale rodzina przepowiadała jej staropanieństwo. Żaden z nich bowiem jej nie odpowiadał. A nie odpowiadał jej tym bardziej, im bardziej reszta rodziny uważała go za doskonałą partię – bo solidny, bo stateczny, bo spokojny. Ona jednak czekała na równie niespokojnego ducha, co ona sama. I doczekała się, choć dopiero tuż przed trzydziestką, co na owe czasy było już wiekiem zdecydowanie staropanieńskim. Wujek Kazik (ten sam, który potem udawał Świętego Mikołaja) nie wzbudził zachwytu rodziny, bo zdaniem ciotek był stanowczo zbyt przystojny na męża. Sprawiał także wrażenie lekkoducha ulepionego z tej samej gliny, co ciotka, a to nie mogło wróżyć ich małżeństwu niczego dobrego, bo ciotka Halinka rzekomo potrzebowałaby raczej kogoś, kto potrafiłby okiełznać jej niesforną duszę, a nie kogoś, kto jeszcze będzie podsycał jej wariackie pomysły. Jednak – nie mogło być przecież inaczej – to ciotka Halinka postawiła na swoim i, po zaledwie dwóch czy trzech miesiącach znajomości, była już nowo poślubioną małżonką. Miałam wtedy kilka lat i samego ślubu już nawet nie pamiętam, ale wiem, że przez kolejne lata towarzyszyło mi przekonanie, iż nie znam szczęśliwszej pary, niż tych dwoje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wujek zauroczył ciotkę nie tylko swoją zawadiacką urodą, która przywodziła na myśl Kmicica, ale także i tym, że był zafascynowany kinem. Początkowo był operatorem dosyć szczególnego wynalazku, jakim w czasach wczesnego PRL-u było kino objazdowe mieszczące się w dużych, zamkniętych samochodach ciężarowych wyposażonych w projektor filmowy, które jeździły po niewielkich miejscowościach, przywożąc ich mieszkańcom powiew „wielkiego świata”. Na te pokazy kinowe schodziły się wielkie gromady ludzi z całej okolicy. Ciotce podobał się taki tryb życia, ale po urodzeniu syna nie sposób było nadal tak funkcjonować. Szczęśliwie po kilku latach takiej „cygańskiej włóczęgi” wujek został najpierw kierownikiem normalnego, stacjonarnego kina w mieście, a potem awansował na stanowisko dyrektora Wojewódzkiego Zarządu Kin. Ciotka – prawdopodobnie korzystając z jego protekcji – rozpoczęła pracę w Centrali Rozpowszechniania Filmów (chyba tak się ta instytucja nazywała – o ile mnie pamięć nie zawodzi) i w ten sposób nareszcie udało się jej połączyć pasję z zawodem.&lt;br /&gt;Szczęścia starczyło im jednak na nie więcej niż 10 lat. Rozwiedli się wkrótce po tym, jak ich jedyny syn poszedł do szkoły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Byłam zdruzgotana, bo wujek Kazik był dla mnie zawsze najbardziej ulubionym z moich wujków. Nie wyobrażałam sobie, że nagle może go zabraknąć. Ciotki natomiast mogły wtedy już całkiem spokojnie mówić swoje &lt;em&gt;– A nie mówiłam?!&lt;/em&gt; Zaczęły też na wyścigi szukać ciotce Halince nowego męża, a ona dziwnie bezwolnie się temu poddawała. Wyszła w końcu za mąż za całkowite przeciwieństwo Kazika – niskiego, łysawego, bezbarwnego starego kawalera, który wkrótce okazał się być do tego wyjątkowym sknerą, mantyką, hipochondrykiem i „maminsynkiem”. Skończyły się wyjazdy, wprawy, przecieranie szlaków górskich, spanie pod namiotami na brzegu jezior i niemal wszystko, co sprawiało ciotce zawsze taką radość. Zaczęło jej także poważnie szwankować zdrowie i dziś nie wiem czy było to przyczyną zamiany trybu życia, czy skutkiem. Ciotka coraz częściej narzekała na jakieś silne bóle, aż wreszcie trafiła do szpitala. Wyrok został wydany bardzo szybko – rak wątroby z przerzutami. Ponieważ lekarze nie dawali już żadnych nadziei, ciotki zaczęły przynosić do szpitala różne cudowne leki i mikstury – jakąś oczyszczoną naftę, jakieś huby drzewne. Ale w niej nie było już woli życia, której starczyło jej jedynie na dwa miesiące. Zmarła o dużo za wcześnie, by zdążyć w życiu ze wszystkim, czego chciała posmakować – w 46 roku życia.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja jednak zapamiętałam ją szczęśliwą. Taką z czasów mojego dzieciństwa. Z czasów, gdy każdy wyjazd z nią, każda wycieczka, były niezapomnianą przygodą. To ona nauczyła mnie pływać i nie bać się wody. To z nią odkrywałam pierwsze górskie szlaki. To ona banalny spacer po lesie potrafiła zmienić w wyprawę do amazońskiej dżungli. To z nią, z nosami przy ziemi podpatrywałyśmy karawany mrówek i syzyfową pracę żuka-gnojownika. Była niezrównanym kompanem w życiu biwakowym. Nauczyła mnie łowić ryby, rozpalać ognisko, odróżniać dzikie pieczarki od muchomorów sromotnikowych, ale nauczyła mnie też... robótek na drutach. Bo ta niespokojna, rozwichrzona dusza podczas długich zimowych wieczorów zasiadała na kanapie z podwiniętymi nogami i całymi godzinami cierpliwie dziergała swetry, czapki i szaliki dla całej rodziny. Potrafiła też pięknie czytać na głos książki i niejednokrotnie cała rodzina zbierała się wieczorem w salonie, by słuchać, jak ciotka Halinka czyta na głos kolejną powieść sienkiewiczowską albo „Przygody dobrego wojaka Szwejka”. Czytali wszyscy po kolei – każdy jakiś fragment, ale z niecierpliwością czekało się zawsze, aż podawana z rąk do rak książka trafi z powrotem do ciotki Halinki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tych dawnych czasach była często moją opoką, kimś dorosłym, kto potrafił jednak wniknąć w duszę dziecka – może dlatego, że sam w głębi swojej duszy nigdy dzieckiem być nie przestał. Dziś powiedziałabym, że była moją prawdziwą... przyjaciółką.&lt;br /&gt;Ciotka Halinka... a może jednak Helena...?&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-1738744868813541834?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/1738744868813541834/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=1738744868813541834&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/1738744868813541834'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/1738744868813541834'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/ciotka-helena-i-dzieciece-punktu.html' title='Ciotka Helena i dziecięce punktu odniesienia'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9h1gJdeBI/AAAAAAAAAEw/pax7ZdHgpnc/s72-c/Helena.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-7524426661161630701</id><published>2009-09-27T05:50:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T05:52:42.191-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ciotki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='portret rodzinny'/><title type='text'>Ciotka Marianna i zagadka czerwonego kapelusza</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9gDcFwm5I/AAAAAAAAAEo/u1zPEwOPr4w/s1600-h/Marianna.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 172px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9gDcFwm5I/AAAAAAAAAEo/u1zPEwOPr4w/s200/Marianna.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386129291554626450" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Tak, jak ciotkę Kazię otaczała zawsze nieuchwytna ciepła mgiełka serdeczności, tak za ciotką Marianną podążał zawsze charakterystyczny, dobrze wyczuwalny dystans. Była to surowa, nieledwie kostyczna ciotka, o włosach zawsze ciasno spiętych z tyłu głowy, jakby zasznurowanych ustach i nieco kanciastych ruchach. Jako dziecko, trochę się jej bałam. Mnie, co prawda, nigdy nie uderzyła, ale wiem, że potrafiła mieć ciężką rękę dla swoich dwóch synów. Obu zresztą wychowała na odnoszących w swoim czasie sukcesy sportowców. Czytając w „Ani z Zielonego Wzgórza” o Maryli, zawsze miałam przed oczyma właśnie ciotkę Mariannę. Na nią też mówiło się w rodzinie – Maryla.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiem, że pracowała krótko w jakimś biurze, ale ta praca jej nie zadowalała i postanowiła otworzyć własną firmę, a dokładnie pracownię krawiecką i kapeluszniczą. W tamtych czasach wiązało się to z praktyką czeladniczą (trzy lata) zakończoną egzaminem czeladniczym, następnie praktyką mistrzowską (kolejne trzy lata) i wreszcie egzaminem mistrzowskim i dostaniem zezwolenia na taką produkcję. Przeszła te wszystkie szczeble i dopięła swego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jej sklep z kapeluszami jawił mi się niczym sezam pachnący filcem i perfumami. Były w nim chyba wszelkie możliwe nakrycia głowy – od czap futrzanych, poprzez filcowe kapelusze z mniejszym lub większym rondem, lekkie toczki z woalką lub bez, po letnie kapelusiki ze słomki, przybrane szarfami i kwiatami. Jednak moją najpilniejszą uwagę przyciągały welony ślubne – krótkie, długie i niezwykle długaśne – ciągnące się za panną młodą niczym tren. Miałam ochotę przymierzać je wszystkie, bo oczywiście – jakże by inaczej – kojarzyły mi się raczej z królewnami i wróżkami, niźli z ich właściwym przeznaczeniem. Niestety, dla ciotki Marianny były one nietykalne. Obawiała się (może i słusznie), że mogę je upaćkać swoimi łapkami. Pozostawało mi zatem jedynie pożeranie ich łakomym wzrokiem. Nieco bardziej w kącie czaiły się czarne wdowie welony – moim ówczesnym zdaniem – w sam raz dla różnych złych wróżek i czarownic oraz królowych czyhających na życie swoich ślicznych i dobrych pasierbic. Na samym środku zmieniającej się sezonowo wystawy pysznił się nieodmiennie przez kilka lat czerwony kapelusz z wydatnym rondem, ozdobiony różą z flauszu i tiulową woalką. Ciotka chyba była bardzo dumna z tego swojego dzieła, choć przypuszczam, że w końcu nigdy nikt go nie kupił. Był zbyt ekstrawagancki jak na PRL-owską modę. Podświadomie czułam, że dotknięcie przeze mnie tego cacka mogłoby przez ciotkę Mariannę zostać potraktowane jako coś na kształt świętokradztwa. Patrzyłam zatem jedynie na niego z daleka i wyobrażałam sobie siebie już całkiem dorosłą, jak wchodzę pewnego dnia do sklepu ciotki w czerwonych pantofelkach na obcasach, z czerwoną parasolką pod pachą i dłonią okrytą czerwoną skórkową rękawiczką wskazuję na sam środek wystawy, mówiąc – &lt;em&gt;„kupuję go, bez względu na cenę”.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lubiłam ten sklep, bo był zupełnie inny, niż wszystkie sklepy, jakie znałam. Na pewno mógł z nim konkurować jedynie ten, w którym kupowałam z babcią kolorowe bibułki, brokat i aniołki do klejenia ozdób na choinkę. Te kolorowe kapelusze zdobne we wstążki i woalki i te sztuczne kwiaty w gablocie, były oazą barw w szarej PRL-owskiej rzeczywistości. Karcące uwagi ciotki jednak powodowały, że najczęściej przebywałam na zapleczu, gdzie na rozstawionych na półkach drewnianych „główkach” nabierały kształtu filcowe kapelusze i piętrzyły się stosy kolorowych kaplinów, z których ciotka je wyczarowywała. Stały tam też dwa manekiny – żeński i męski, bo ciotka trudniła się także krawiectwem na zamówienie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mąż ciotki, Fryderyk, zwany w rodzinie Fredkiem, był kolejarzem. Grał też na trąbce w kolejarskiej orkiestrze dętej. Po powrocie z pracy zjadał obiad i zamykał się w pokoju, by ćwiczyć grę na instrumencie. Zawsze zastanawiałam się, jak ciotka jest to w stanie wytrzymać tak dzień po dniu. Widać jednak jego umiejętności robiły na innych lepsze wrażenie niż na mnie, bo wujek Fryderyk był także hejnalistą na miejscowym ratuszu.&lt;br /&gt;Ciotka, choć surowa, to jednak przy surowości wujka jawiła się niczym pospołu Clementia i Concordia - rzymskie boginie łagodności i zgody. Bo też do wujka trzeba było mieć sporo cierpliwości. Wychowany w wojskowym nieledwie drylu, podobne zasady próbował wprowadzić we własnym domu. Nie prosił, nie tłumaczył – on najzwyczajniej wydawał rozkazy. Ciotka wydawała się rozumieć doskonale jego potrzebę bycia dowódcą. Nie dyskutowała, nie podważała jego decyzji, potakiwała i... spokojnie robiła swoje. Miała zwyczaj pytania go o całą masę szczegółów, które w innych domach nie zaprzątały wiele uwagi. On zaś z całą powagą decydował o tym czy o owym. Metoda była dobra, ponieważ w tym natłoku podejmowanych jednoosobowo decyzji, nie był w stanie zapamiętać, w jaki sposób tę czy inną sprawę rozstrzygnął. Dzięki temu, de facto to ciotka decydowała o wszystkim, pozostawiając mu jednak poczucie, że cały dom się wokół niego kręci. Najtrudniej jednak mieli moi kuzyni, bo to na nich skupiała się surowość rodziców, co zresztą w rezultacie wydało nienajlepsze owoce (ale o tym później). &lt;br /&gt;Fryderyk zmarł tak, jak żył – szybko i zdecydowanie. Wyglądało to tak, jakby bez szemrania wykonał dany mu z góry rozkaz. Wieczorem, jak zazwyczaj, złożył ubranie w równiutką kostkę, przebrał się w piżamę i wszedł do łóżka, a po kilku minutach – jak zawsze – rozległo się jego chrapanie. Rano się już nie obudził. Został pochowany tak, jak sobie tego życzył – w kolejarskim mundurze, kolejarskiej czapce i z trąbką, a na pogrzebie odprowadzała go orkiestra dęta z instrumentami przystrojonymi czarnymi wstążeczkami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Swój nowy, wdowi status, ciotka przyjęła nad wyraz spokojnie, choć w czerni chodziła chyba przez pięć lat, o ile nie dłużej. Za to śmierć ojca jakoś dziwnie wpłynęła na jego synów. Ich sportowe wyniki zaczęły się sypać i w końcu obaj zrezygnowali z uprawiania sportu. Młodszy zaczął interesować się zjawiskami nadprzyrodzonymi i tak mu to już zostało. Nigdy się nie ożenił, prowadzi jakieś wykłady dla przyszłych adeptów astrologii i innych nauk tajemnych. Kiedyś na moje pytanie o ożenek stwierdził, ze może poślubić jedynie kosmitkę. Nie jestem całkiem pewna czy żartował. Starszy ożenił się z kobietą, która wciągnęła go do jakiejś sekty, przez którą stracili cały swój majątek. W końcu jakoś oprzytomniał, rozwiódł się z nią, ożenił po raz wtóry i wraz z nową żoną wychował swojego jedynego syna z poprzedniego małżeństwa. Ciotka Marianna od dawna jest już na emeryturze. Swój sklep sprzedała jeszcze w czasach, gdy usiłowała swojego starszego syna wyrwać ze szponów sekty. Dziś ma przynajmniej opiekę i podporę w nim i jego drugiej żonie. Nie zostało w niej nic z dawnej surowości. Jest cichą, spokojną staruszeczką przemieszczającą się powoli po domu przy pomocy metalowego „balkonika”. Nigdy jej nie zapytałam, co stało się z czerwonym kapeluszem ozdobionym różą z flauszu...&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-7524426661161630701?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/7524426661161630701/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=7524426661161630701&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/7524426661161630701'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/7524426661161630701'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/ciotka-marianna-i-zagadka-czerwonego.html' title='Ciotka Marianna i zagadka czerwonego kapelusza'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9gDcFwm5I/AAAAAAAAAEo/u1zPEwOPr4w/s72-c/Marianna.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-475985510633496096</id><published>2009-09-27T05:46:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T05:49:14.495-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ciotki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='portret rodzinny'/><title type='text'>Ciotka Janeczka i Świat Równoległy</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9fOB84CcI/AAAAAAAAAEg/tWtu6gh9sNM/s1600-h/Janka.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 160px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9fOB84CcI/AAAAAAAAAEg/tWtu6gh9sNM/s200/Janka.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386128374004976066" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Zastanawia mnie nie od dziś fenomen tworzenia blogów. Blogi komentatorów politycznych spełniają swoją oczywistą rolę, ale czemu służą blogi takie, jak ten? Niby dotykają życia rzeczywistego, opisują zdarzenia autentyczne, a jednak podlegają odmiennym prawom niźli świat, który opisują. &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tu czasoprzestrzeń nie liczy się z prawami fizyki – zatrzymuje się, gdy nadchodzi czas Ciszy i rusza znowu, gdy powraca czas Pisania - czas „między ciszą a ciszą”. Gdy tutaj jest Cisza, tam rozgrywa się prawdziwe życie. Rodzą się i umierają wielkie przyjaźnie i miłości, płyną prawdziwe łzy rozpaczy i szczęścia. To tam czujemy ulgę, gdy udaje się nam rozwikłać jakiś dręczący problem i tam właśnie uczymy się jak boli, gdy w trudnym momencie życia zawiedzie nas ktoś, na kogo – wydawałoby się – zawsze możemy liczyć. Tutaj już nic nie jest trudne ani bolesne. Nawet jeśli kiedyś było dla nas ciężkie do zniesienia, dziś jest już tylko jednym z kolorowych kamyków mozolnie przez nas układanej mozaiki. Bo tu nie opisuje się świata, ale tworzy nowy – Świat Równoległy. Świat składający się z cząsteczek, które z różnych powodów są dla nas w jakiś sposób istotne. Ich ważności nie da się zmierzyć żadną obiektywną miarą – ot, zwykłe okruchy, które w naszych oczach przybierają kształty i barwy drogocennych kamieni. Przesypując je w palcach, dotykamy słońca zamkniętego w bryłce miodowo-złocistego bursztynu, miękkiego leśnego mchu w kolorze ciemnego malachitu i lazuru letniego nieba zaklętego w kryształ szafiru. Nasze duchowe rozterki to te fioletowe ametysty, a łzy – jakżeby inaczej – różowe i mlecznobiałe perły. Gdzieniegdzie czają się też pojedyncze odłamki czarnego onyksu. Wchodzący tutaj, oczekiwani goście i zbłąkani przechodnie, widzą dorosłą osobę bawiącą się kolorowymi kamyczkami i bezwartościowymi szkiełkami. Ale czasem ktoś zatrzymuje się na nieco dłużej.&lt;br /&gt;I wtedy się wie, że wśród tej góry kamyczków i szkiełek dostrzegł nagle kropelkę dobrze sobie znanego rubinu albo coś mu przypominający koci błysk szmaragdu.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Czymś w rodzaju świata równoległego była dla mnie w dzieciństwie ciotka Janeczka. Było to bowiem zjawisko podobno rzeczywiście istniejące, natomiast z gatunku tych, których nigdy nie udało mi się ujrzeć na własne oczy. O ciotce Janeczce z konieczności zatem musi być krótko. Krótko, bo niewiele o niej wiem.&lt;br /&gt;Była bolesną zadrą w ciele mojej rodziny, która nie mogła pogodzić się z tym, że ciotka poślubiła Austriaka i wyjechała z Polski do Wiednia. Nikt nie bawił się specjalnie w niuanse i o ciotki mężu nie mówiono nigdy inaczej, jak &lt;em&gt;„ten Niemiec”&lt;/em&gt;, choć na imię miał chyba Johann. Babcia czasem starała się bronić tego wyboru ciotki, ale ostatecznie załamała ręce, gdy dowiedziała się o narodzinach wnuczki Giselle. Giselle – czy to w ogóle mogło być przyzwoite imię dla dziewczynki?        &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;O ciotce Janeczce zatem mówiło się niewiele. Istniała na zdjęciach rodzinnych, widziałam też jej zdjęcie ślubne z jasnowłosym lotnikiem w mundurze wojskowym i ją samą z niemowlakiem ubranym do chrztu w ramionach. Potem dotarło jeszcze zdjęcie Giselle z Pierwszej Komunii Świętej i następne – z jej ślubu z jakimś Walterem. I na tym się skończyło. Przychodziły jeszcze kartki z życzeniami, z których najbardziej ja się cieszyłam, bo kolekcjonowałam wtedy zarówno kartki świąteczne, widokówki, jak i znaczki pocztowe. Przed świętami przychodziły też paczki.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Ciotka wybrała się do Polski tylko raz – w latach siedemdziesiątych, ale nie było dane mi jej zobaczyć, bo w tym czasie byłam akurat na jakimś wakacyjnym obozie. Jedna z ciotek pojechała potem z rewizytą do Wiednia, wykupując jakąś orbisowską wycieczkę. Te dwa wyjątki nie ożywiły jednak kontaktów rodzinnych. Jedynym dla mnie namacalnym dowodem istnienia ciotki Janeczki stał się dodatkowy stos fotografii z jej krótkiego pobytu w Polsce. Patrząc na nie, uświadamiałam sobie, że ciotka nijak nie pasowała do moich wyobrażeń o niemieckiej frau. To już prędzej ciotka Marianna nadawałaby się do takiej roli, niż ta kobieco pulchna, o trochę pyzatej, uśmiechniętej łobuzersko twarzy i dołeczkach w policzkach, kobieta. Swojskość – to było pierwsze wrażenie, jakie nasuwało się przy przeglądaniu tych zdjęć. Ciotki jednak fukały niezadowolone w odpowiedzi na każde możliwe pytanie na temat ich siostry i zbywały mnie byle czym. Nie mogły jej wybaczyć tego wyjazdu z Polski, a tym bardziej tego, że jej córka nie nauczyła się języka polskiego. &lt;em&gt;– Ta Janeczka to jak nie z naszej rodziny &lt;/em&gt;– utyskiwały. – &lt;em&gt;„Ten jej Niemiec” już całkiem ją przekabacił.&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-475985510633496096?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/475985510633496096/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=475985510633496096&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/475985510633496096'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/475985510633496096'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/ciotka-janeczka-i-swiat-rownolegy.html' title='Ciotka Janeczka i Świat Równoległy'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9fOB84CcI/AAAAAAAAAEg/tWtu6gh9sNM/s72-c/Janka.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-4174058317239431228</id><published>2009-09-27T05:44:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T05:57:14.905-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ciotki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='portret rodzinny'/><title type='text'>Ciotka Miecia, czyli miłość niezłomna</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9eXjpNIyI/AAAAAAAAAEY/RUZ5_RqZN1s/s1600-h/Mieczysława.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 168px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9eXjpNIyI/AAAAAAAAAEY/RUZ5_RqZN1s/s200/Mieczysława.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386127438156473122" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ta trafiła ze wszystkich ciotek najgorzej. Ale może to nie przypadek, a przemyślność losu sprawiła, że opowieść o niej pojawia się tu akurat przed Dniem Kobiet.&lt;br /&gt;Miała trudne i smutne życie. Wyszła za mąż z wielkiej miłości za człowieka, który nie rokował żadnych nadziei, bowiem od młodych lat był uzależniony od alkoholu. Cała rodzina odradzała jej to zamążpójście, ale ciotka była zapatrzona w tego swojego Leona i przekonana, że po ślubie wszystko ułoży się jak najlepiej. Szybko wyszła więc za mąż, rzucając szkołę tuż przed maturą. Nie ułożyło się. Nie pomogło nawet urodzenie się ich jedynej córki. Leon swoje pretensje do świata i własnej żony zalewał alkoholem. Potrafił także być agresywny, a ciotka kolejne zasinienie pod okiem tłumaczyła rodzinie tym, że znów spadła ze schodów albo z taboretu. Starała się też kryć przed resztą rodziny wszystkie jego ekscesy. Nigdy się nie skarżyła, nigdy nie powiedziała o nim złego słowa. Chyba wierzyła, że jej Leon potrafi się jeszcze w cudowny sposób odmienić.                                      &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Zawsze była cicha, pokorna i zamknięta w sobie, a jej eksplozje serdeczności ograniczały się do podstawiania pod nos kolejnych smakołyków. Była niezłą kucharką, bazującą na tradycyjnej polskiej kuchni – dosyć tłustej i obfitej. Gotowała potrawy proste, lecz zawsze smakowite – bigos, rosół, żurek, grochówkę, pierogi, gołąbki, galaretę z nóżek wieprzowych. Robiła też najlepszy na świecie smalec z podgardla. Pracowała na poczcie, w centrali telefonicznej i ta jej niewielka pensyjka musiała starczyć na utrzymanie całej rodziny. Raz po raz pomagały jej ciotki, bo Leon przepijał wszystkie pieniądze, jakie tylko znalazły się w jego zasięgu. Ciotka Miecia swoje kłopoty i troski zagłuszała jedzeniem. Wkrótce z powodu otyłości zaczęła mieć poważne problemy ze zdrowiem. Cierpiała na astmę, mówiła z trudem i miała kłopoty z sercem i układem krążenia. Przeszła na rentę, a lekarze dawali jej rok lub może dwa lata życia, ale to do niej nie trafiało. Nadal zabijała się jedzeniem ponad miarę. Zabrała się za leczenie dopiero wtedy, gdy jej mąż zmarł na marskość wątroby, a ona sama zrozumiała, że powinna przynajmniej odchować swoją 10-letnią córkę. W rezultacie udało się jej przeżyć jeszcze prawie 20 lat i dochować trojga wnucząt.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Ostatnie lata spędzała głównie w kościele, dziękując Bogu, że postanowił podarować jej jeszcze tych trochę nadprogramowych lat życia i modląc się o szczęśliwe małżeństwo swojej córki. Nie umiała zabić tego lęku, który nosiła w sobie od lat czterdziestych, a który kazał jej niepokoić się o własne dziecko, kiedy za towarzysza życia wybrało sobie pół Polaka-pół Ukraińca. Jakoś nie potrafiła mu zaufać obawiając się, że więcej mógł odziedziczyć po matce-Ukraińce, do której fizycznie był bardzo podobny, niż po ojcu- Polaku. Ciotka zbyt dobrze pamiętała rzeź na Wołyniu.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Dzięki tym częstym wizytom w kościele okazało się, że ta prosta kobieta ma wyjątkowy dar w dłoniach. Nikt tak pięknie jak ona, nie potrafił układać bukietów i wiązanek z kwiatów. Przystrojony przez nią ołtarz budził zachwyt. I zawsze było wiadomo, że na najważniejsze okazje to właśnie Miecię trzeba poprosić o przystrojenie kościoła w kwiaty. Często była o to proszona przez młode pary biorące ślub. Ona sama zresztą zawsze była gościem na takim ślubie. Siadywała w ostatniej ławce i słuchając przysięgi małżeńskiej, z przymkniętymi powiekami bezgłośnie poruszała wargami, uśmiechając się do siebie, jakby po raz kolejny składała ją swojemu ukochanemu Leonowi.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-4174058317239431228?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/4174058317239431228/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=4174058317239431228&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4174058317239431228'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4174058317239431228'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/ciotka-miecia.html' title='Ciotka Miecia, czyli miłość niezłomna'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9eXjpNIyI/AAAAAAAAAEY/RUZ5_RqZN1s/s72-c/Mieczysława.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-7973996839783925935</id><published>2009-09-27T05:40:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T05:56:32.099-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ciotki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='portret rodzinny'/><title type='text'>Ciotka Kazia i kuchnia pachnąca żywicą</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9dzCgj8uI/AAAAAAAAAEQ/0QSyDxFdCX8/s1600-h/Kazimiera.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 178px; height: 184px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9dzCgj8uI/AAAAAAAAAEQ/0QSyDxFdCX8/s200/Kazimiera.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386126810786558690" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jedyna jasnowłosa i niebieskooka istota w galerii moich ciotek. Urodę odziedziczyła po dziadku,&lt;br /&gt;a nie po babci. Jeśli istnieje jakiś wzorzec doskonałej ciotki, to ona z pewnością mogłaby nim być.Sama nie mając dzieci, obdarzała matczynymi uczuciami swoje siostrzenice i siostrzeńców. Piekła wyśmienite ciasta i wokół niej często unosił się zapach placka drożdżowego z wiśniami albo domowej szarlotki. Podążał wszędzie za nią i krążył, jakby próbował schronić się w kieszeni jej kuchennego fartucha. To na podwórku jej domu stała dzika jabłonka, spoza gałęzi której tak często oglądałam świat. Ciotka Kazia już zawsze będzie mi się kojarzyć z wakacjami – i to najlepszymi i najbardziej beztroskimi wakacjami w życiu. Na zawsze też zapamiętam jej białą sukienkę w drobniutki wzór granatowych jagód z zielonymi listkami, którą przywdziewałam zawsze wtedy, gdy zamieniałam się w królewnę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciotka twierdziła, że jest moją „drugą matką”, bo jako położna odbierała w szpitalu poród mojej mamy. &lt;em&gt;- Twoja matka tak mi pogryzła przy tym rękę, że nie jestem pewna, która z nas przy tym porodzie bardziej się nacierpiała &lt;/em&gt;– mówiła mi ze śmiechem. To od niej wiem, że urodziłam się w „czepku”. Co prawda nie jestem pewna czy przynosi mi on szczęście, ponieważ podobno był przekrzywiony na bakier, jednak ciotka twierdzi, że czepek to czepek i już, a że na bakier – to oczywiste świadectwo mojego charakteru.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciotka Kazia ze służbą zdrowia była związana nie tylko zawodowo. Ta pogodna istota była od młodości osobą niezwykle schorowaną i co chwila przechodziła jakieś kolejne operacje. Mimo to, żyje nadal, dobiegając już prawie dziewięćdziesiątki. Od mojej siedemdziesięcioletniej mamy jest starsza o całe pokolenie, a mimo to, kiedy na nie patrzę, nie widzę pomiędzy nimi tej różnicy wieku. Ciotka jest namacalnym dowodem teorii, według której optymiści żyją długo i są zawsze młodzi.&lt;br /&gt;Ciotka Kazia miała kompleks swojego imienia. Było dla niej niczym sztywne ramy, w które wbrew jej woli usiłuje się ją wtłoczyć. Miała do babci pretensje o to, że nie potrafiła dla niej znaleźć imienia bardziej kobiecego i przeklinała tę dawną modę, która nakazywała nadawanie dziewczynkom imion pochodnych od męskich. – &lt;em&gt;Dlaczego Kazimiera? Czy nie mogła być Katarzyna? &lt;/em&gt;– pytała z niekłamaną rozpaczą w głosie. I prosiła wszystkich, by zwracali się do niej per Kasia. Siostry próbowały spełnić jej życzenie, ale to się jakoś nie udawało i ciotka Kazia na zawsze pozostała ciotką Kazią, co zaakceptowała chyba dopiero grubo po siedemdziesiątce. Wraz z kuzynami wykorzystywałam czasem okrutnie tę słabość ciotki, której mąż miał na imię Bolesław i mówiliśmy czasem „ciocia Bolesława i wujek Kazimierz”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciotka wyszła za mąż za urodzonego we Francji polskiego górnika, który po przyjeździe do Polski przekwalifikował się i pracował jako stolarz. Zawsze twierdził, że od dziecka o tym marzył i chyba rzeczywiście tak było. W ich olbrzymiej kuchni znalazło się miejsce (za kotarą) na podręczny domowy warsztat stolarski, a to, co nie zmieściło się w kuchni, wujek gromadził w piwnicy. Drewniane odpady składane były w dużej skrzyni i używane do palenia pod starą kuchnią z fajerkami. Mnie te odpady znaczniej bardziej inspirowały do zabaw konstrukcyjnych, niż prawdziwe klocki. Do dziś doskonale pamiętam niektóre zapachy z dzieciństwa – w tym ten szczególny zapach ciotczynej kuchni. Była to mieszanina woni świeżego drewna i żywicy oraz pokostu i politury, którymi wujek pociągał wykonane przez siebie przedmioty. Był rodzinnym dostawcą wszelkich półek, etażerek, regałów, ale także i bardziej skomplikowanych mebli. Uwielbiałam patrzeć jak z surowych desek powstaje jakieś kolejne drewniane cudo. &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciotka miała niewątpliwie anielską cierpliwość nie tylko do dzieci swoich sióstr, ale i do własnego męża, który – choć dusza człowiek – był człekiem flegmatycznym i dosyć zrzędliwym. Nigdy nie miałam cierpliwości, by doczekać aż wreszcie skończy zdanie. Będąc już na emeryturze, wujek począł sam sobie przygotowywać trumnę. I za nic w świecie nie dał się przekonać, że to nie jest najbardziej fortunny pomysł. Dopiero wtedy ciotka nie wytrzymała i wygoniła go z tą robotą do piwnicy. Dziś już nawet nie wiem czy został w tej trumnie własnej roboty pochowany. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po śmierci wujka, ciotka przeniosła się ze starego domu do niewielkiego mieszkania. Była szczęśliwa, że stare, wielkie, niewygodne do mycia okna zamieniła na nieduże i nowoczesne i że nie musi się już szarpać z tymi ciężkimi, drewnianymi, przesuwanymi drzwiami do sypialni. Ale mnie przypomina teraz zdetronizowaną królową, która krząta się po niewielkiej kuchni, na jaką zamieniła swoje czarodziejskie, pachnące żywicą, królestwo. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-7973996839783925935?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/7973996839783925935/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=7973996839783925935&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/7973996839783925935'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/7973996839783925935'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/ciotla-kazia.html' title='Ciotka Kazia i kuchnia pachnąca żywicą'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9dzCgj8uI/AAAAAAAAAEQ/0QSyDxFdCX8/s72-c/Kazimiera.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-3577018607838476599</id><published>2009-09-27T05:37:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T05:55:51.575-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ciotki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='portret rodzinny'/><title type='text'>Ciotka Zofia z brylantową bransoletką</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9c7_iXUiI/AAAAAAAAAEI/1x9Dg3KslXI/s1600-h/Zofia.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 155px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9c7_iXUiI/AAAAAAAAAEI/1x9Dg3KslXI/s200/Zofia.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386125865096008226" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Najstarsza z rodzeństwa. To starszeństwo chyba było przyczyną, że robiła wrażenie odpowiedzialnej, poważnej, nawet smutnej. Nawet jej uśmiech był napełniony smutkiem.&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;Zresztą może przyczyna tego smutku leżała zupełnie gdzie indziej...&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ciotka Zosia zakochała się w starszym od niej o 10 lat wdowcu z małą córeczką. Dziś trudno rozstrzygnąć czy uczucie było obustronne, czy też wdowiec szukał jedynie odpowiedniej matki dla swojego dziecka. Tak czy owak trafił dobrze, bo ciotka kochała dzieci i małą dziewczynką zajęła się z takim oddaniem, jakby było to jej własne dziecko. Pobrali się tuż przed wybuchem wojny.&lt;br /&gt;I od tej pory ciotka Zosia stała się Zofią. Tak właśnie mówił o niej i tak się do niej zwracał jej mąż.&lt;br /&gt;O dziwo, per „Zosieńko” zwracał się do niej jedynie wtedy, gdy chciał być uszczypliwy: &lt;em&gt;„Czy nie mogłaś, Zosieńko, wcześniej pomyśleć, zanim to zrobiłaś?” &lt;/em&gt;Godziła się na podobne uwagi bez szemrania pewnie dlatego, że uważała go za osobę bardzo mądrą. Był dla niej prawdziwą wyrocznią. Może powodowała to różnica wieku, a może także i to, że szczycił się przedwojennym wykształceniem wyższym i to w ilości dwóch ukończonych fakultetów, a ona – cóż – była jedynie panienką z maturą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Właściwie nie mogła narzekać. Wujek pochodził z dosyć znanej rodziny złotników i cala moja familia uważała go za doskonałą partię. Ciotka opływała w dostatki, kolekcji bizuterii inne siostry mogły jej tylko zazdrościć, a do pomocy miała dochodząca codziennie gosposię i ten zwyczaj zachował się także po wojnie – już w PRL-u. A mimo to nie sprawiała wrażenia szczęśliwej. Ciotki plotkowały, że to dlatego, że on nie chciał mieć więcej dzieci. Nie chciał ich mieć nawet wtedy, gdy jego jedyna córeczka z poprzedniego małżeństwa zginęła ugodzona przypadkowym odłamkiem podczas Powstania Warszawskiego. Więc ciotka Zosia do końca swoich dni nosiła ten smutek w kącikach warg i w wyrazie swoich brązowych oczu. I z nią także nie bardzo lubiłam się witać i żegnać, bo przytulała mnie zawsze jakoś tak... łapczywie, jakby nie widziała mnie od lat, albo żegnała na zawsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mając się o kogo troszczyć, troszczyła się o wujka. Przez cały dzień przygotowywała frykasy, które podstawiała mu pod nos, gdy wracał z pracy i gdy już założył podane mu przez nią kapcie i poprawiała po gosposi poprasowane wujkowe koszule albo polerowała jego spinki do mankietów. Wieczór zaliczała do udanych, gdy przedłużającym się w nieskończoność obiedzie, z przystawkami przed i deserami po, wujek zasiadał do pianina i grał. Oznaczało to bowiem, że jest w doskonałym humorze. Ciotka tak dalece podporządkowała swoje życie mężowi, ze cała rodzina obawiała się, jak też da sobie radę, gdy naturalną koleją rzeczy, jako starszy, opuści ten padół przed nią. Obawy te jednak okazały się płonne. Mniej więcej w rok po jego śmierci, ciotka – już wtedy blisko siedemdziesięcioletnia, zakochała się na zabój w swoim równolatku i zanim dokonała żywota, przeżyła z nim kilka bardzo szczęśliwych lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na starość zaczęła zachowywać się dziwnie. Opowiadała wszystkim, że wojna pozbawiła ją rodzinnej posiadłości i na dowód tego pokazywała zdjęcia... Wilanowa. Prócz tego znała wiele autentycznych rodzinnych anegdot i chętnie o nich opowiadała, plącząc przy tym fakty z wytworami własnej wyobraźni. &lt;br /&gt;Ciotka Zosia była też klasycznym przykładem polskiego „antysemityzmu”. O Żydach zawsze wyrażała się jak najgorzej. Snuła opowieści o tym, jak żydowscy sklepikarze odpędzali głodne polskie dzieci od drzwi swoich sklepów i jak potrafili wydusić nawet ostatni „wdowi grosz”. Ten jej „antysemityzm” nie przeszkodził jej jednak w wyjściu za mąż za człowieka o wyraźnie semickich rysach i w wieloletniej szczerej przyjaźni z Żydówką, której zresztą przez pewien czas pomagała w okresie okupacji. To dzięki tej „przyszywanej” żydowskiej „ciotce” poznałam w dzieciństwie smak prawdziwej macy, którą uwielbiam do dziś. &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedno jednak trzeba ciotce oddać – w tej szarej PRL-owskiej rzeczywistości potrafiła sobie wśród sąsiadek i sklepowych wyrobić jakiś przedziwny szacunek. Na ogół używając nazwisk (Nowakowa, Kowalska), o niej nigdy nie mówiły inaczej, jak &lt;em&gt;„pani Zofia”&lt;/em&gt;. Kiedy o niej myślę, zawsze staje mi przed oczami obrazek, jak z wysoko podniesioną głową, ozdobioną jednym ze swojej licznej kolekcji kapeluszy, idzie drobnymi kroczkami w pantoflach na wysokich obcasach i otulona w jasne futro z lamy, rozdając pozdrowienia, łaskawe uśmiechy i skinienia dłoni ozdobionej u nadgarstka bransoletką wysadzaną brylantami.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-3577018607838476599?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/3577018607838476599/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=3577018607838476599&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/3577018607838476599'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/3577018607838476599'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/ciotka-zofia.html' title='Ciotka Zofia z brylantową bransoletką'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9c7_iXUiI/AAAAAAAAAEI/1x9Dg3KslXI/s72-c/Zofia.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-4587427372529166541</id><published>2009-09-27T05:33:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T05:55:10.247-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ciotki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='portret rodzinny'/><title type='text'>Ciotka Teresa, czyli "co on w niej widział...?"</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9cK5dihjI/AAAAAAAAAEA/3hDdnoWikA0/s1600-h/Teresa.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 149px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9cK5dihjI/AAAAAAAAAEA/3hDdnoWikA0/s200/Teresa.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386125021651568178" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ciotek miałam aż osiem. Właściwie nie wiem czy określenie „aż” jest tutaj na właściwym miejscu, bowiem według numerologii, wibracja Ósemki jest najpotężniejszą spośród wszystkich wibracji,&lt;br /&gt;a liczba 8 była przez wieki uznawana za symbol doskonałości i nieskończoności. Symbolizuje determinację i wytrwałe dążenie do celu, a także uporządkowanie spraw niezbędne do jego osiągnięcia. "Ósmy cud świata" to rzecz budząca powszechny podziw. Może to więc nie przypadek, że ciotki tak dokładnie wpasowały się właśnie w tę ósemkę?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak naprawdę, to sióstr było tylko siedem. Ósma weszła do tego panteonu jako żona jedynego ich brata. Jednak pasowała jak ulał. Wszystkie z nich były dużo bardziej wyraziste niż ich mężowie.&lt;br /&gt;A może tylko ja to tak zapamiętałam? Wiedziałam, że wszystkie ciotki kiedyś musiały być małymi dziewczynkami, w jakiś sposób podobnymi do mnie, ale zupełnie nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Nie potrafiłam też zrozumieć dlaczego, choć niewątpliwie łączyło je fizyczne podobieństwo, były tak bardzo od siebie różne. W jednym jednak zgadzały się bez reszty – otóż ta dodatkowa ciotka, Teresa, zdecydowanie nie była odpowiednią żoną dla ich brata Henryka.&lt;br /&gt;Ze względu na niego były dla niej uprzejme, ale poza jej plecami wiecznie roztrząsały jej zarówno prawdziwe, jak też wyimaginowane wady.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Ciotka Teresa&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miałam do niej podobny stosunek jak reszta moich ciotek. Najkrócej rzecz ujmując – krytyczny. Nie pomagała mi w zmianie tego nastawienia, bo po prostu nie lubiła dzieci. Nigdy zresztą nie miała własnych. Nasze powitania i pożegnania okraszone pocałunkiem w moje czoło były dla nas obu równie niepotrzebne i uciążliwe. Bardzo szybko nauczyłam się „zapodziewać gdzieś” w chwili, gdy ona zabierała się do wyjścia i następowała chwila pożegnań. I mogłabym przysiąc, że była mi za to wdzięczna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciotka Teresa była atrakcyjną kobieta – wysoką i szczupłą, o gęstych czarnych włosach i dużych, wyrazistych ciemnych oczach, które podkreślała dosyć mocnym makijażem. Jej nieco orientalna uroda i śniada cera nieodłącznie kojarzyły się z Hiszpanią. Miała bardzo zadbane dłonie z długimi paznokciami, pomalowanymi na czerwono. To wystarczało, by nie pasowała do wyobrażeń moich ciotek o dobrej żonie. Prawdopodobnie to ich dyskusje na ten temat zaszczepiły w mojej głowie obrazek ciotki Teresy leżącej całymi dniami na tapczanie i malującej paznokcie na czerwono i wujka, który po powrocie z pracy zrzuca z siebie mundur oficera „czerwonych beretów” i zabiera się za sprzątanie i gotowanie. Ten obraz uzupełniało zamiłowanie ciotki Teresy do zbytku.&lt;br /&gt;No, może z tym zbytkiem to pewna przesada, ale tak wtedy, w czasach siermiężnego PRL-u, odbierano jej wyjątkowe upodobanie do kryształów. Mieszkanie ciotki i wujka było wypełnione kryształowymi wazonami, misami, paterami, koszyczkami i pojemnikami o bliżej nieokreślonym przeznaczeniu. „Ona wszystkie pieniądze gotowa przepuścić na te szkiełka” – mówiły ciotki, ale przy lada okazji same także kupowały jej kolejne kryształy w prezencie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednak, jakby wbrew obawom i czarnym przepowiedniom moich ciotek, małżeństwo Teresy i Henryka okazało się być trwałym i chyba bardzo szczęśliwym. Trzymali się za ręce i patrzyli sobie w oczy także i na starość, a on zawsze z jednakową galanterią podawał jej futro i otwierał przed nią drzwi samochodu. Patrzył na nią tak, jak mężczyzna patrzy na młodą i piękną kobietę nawet wtedy, gdy jej czarne włosy zachowywały swój kolor już tylko dzięki farbie. Ostatnie tygodnie jego życia spędziła przy nim w szpitalu, przesiadując tam dzień i noc, głaszcząc go po policzkach i szepcząc słowa, których guz mózgu nie pozwalał mu już usłyszeć. Lekarze tłumaczyli, że nawet nie wiedział, że tak przy nim czuwa, ale ona i tak wiedziała swoje. Pewnie chciała bezpiecznie i spokojnie przeprowadzić go na tamtą stronę. Po jego odejściu sprawiała wrażenie, jakby i z niej uleciało całe życie. Zrobiła się dziwnie przezroczysta – jak wycięta z bibułki. Wytrwała bez niego tylko kilka tygodni, a potem i ona odeszła. Ciotki kiwały w zadumie głowami – &lt;em&gt;„musiała go jednak bardzo kochać”&lt;/em&gt; – mówiły.                                               &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Nikt nie zna wszystkich odmian ludzkiego szczęścia. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Może więc nie warto zadawać sobie pytania: &lt;em&gt;„Co on/ona takiego w niej/nim widzi?”&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-4587427372529166541?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/4587427372529166541/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=4587427372529166541&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4587427372529166541'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4587427372529166541'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/ciotka-teresa.html' title='Ciotka Teresa, czyli &quot;co on w niej widział...?&quot;'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9cK5dihjI/AAAAAAAAAEA/3hDdnoWikA0/s72-c/Teresa.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-7106103928607109091</id><published>2009-09-27T05:31:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T05:37:05.872-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dziadek'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='portret rodzinny'/><title type='text'>Dziadek</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9bi-AIufI/AAAAAAAAAD4/Cdj39BxCwio/s1600-h/images.jpeg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 102px; height: 157px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9bi-AIufI/AAAAAAAAAD4/Cdj39BxCwio/s200/images.jpeg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386124335675652594" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Babcia była tylko jedna, za to dziadków było dwóch. Niestety, jeden z nich istniał dla mnie wyłącznie na zdjęciu przedstawiającym smukłego, wysokiego mężczyznę w wojskowym mundurze z krótką kurtką i w charakterystycznym berecie, jaki nosili żołnierze armii Andersa. Nigdy nie wrócił z Anglii do Polski. Tak więc dziadek właściwie też był tylko jeden – dziadek Jan.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdyby chcieć dziadka określić jednym tylko słowem, trzeba by powiedzieć... dziarski.&lt;br /&gt;Tak, dziadek był dziarski – zamaszyste ruchy, zdecydowany krok i nieco szorstki w tonie głos. Dziadek zresztą lubił udawać bardziej surowego, niźli był naprawdę. Nie wytrzymywał w tym zbyt długo, bo kiedy natrafiał na czyjeś okrągłe ze zdumienia oczy, parskał śmiechem, zadowolony że udało mu się znów kogoś tą swoją udawaną surowością oszukać. Udawanie despoty, to był dziadka popisowy numer i jedynie dzieciaki jeszcze czasem się na to nabierały. Bardziej jednak obawialiśmy się, gdy dziadek robił się nagle blady na twarzy i chwytał się dłonią za serce. Wszyscy wiedzieliśmy, że jest chory, bo babcia wielokrotnie nam powtarzała, że dziadka z powodu jego słabego serca nie wolno denerwować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziadek miał dwie życiowe pasje – majsterkowanie i produkcję win oraz nalewek. Majsterkowanie polegało na tym, że dziadek próbował z kilku starych zepsutych przedmiotów zrobić jeden działający. W ten sposób powstawały jakieś dziwne radia, których i tak nikt nie używał, albo koślawe budziki oraz cała masa urządzeń, których przeznaczenia nikt oprócz dziadka nawet się nie domyślał. A dziadek, nie zrażony brakiem aplauzu, siedział wieczorami przy kuchennym stole i lutował, przykręcał śrubki, zwijał i rozwijał jakieś miedziane druciki. Czasem coś zabrzęczało, zaburczało, albo się zakręciło i wtedy dziadek był w siódmym niebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O ile ta dziadkowa działalność nie budziła w rodzinie podziwu, o tyle dziadkowe nalewki były&lt;br /&gt;w niej wysoko cenione. Babcia utyskiwała czasem, że w spiżarni dziadek zawłaszcza zbyt wiele półek na te specjały, ale nie odmawiała kieliszeczka śliwówki, cytrynówki albo wiśniówki przy jakiejś rodzinnej okazji. Dziadkowe wina natomiast miały swoje miejsce w piwnicy. Stały tam rzędami w butelkach, a na podłodze rozpierały się zawsze trzy lub cztery szklane gąsiory, wypełnione fermentującą cieczą. Z rurek fermentacyjnych dochodziło charakterystyczne „bul, bul”, a ja wyobrażałam sobie, że w gąsiorach dziadek hoduje stwory zwane wodnikami i to one właśnie puszczają bąbelki przez te rurki. Kiedy wino z gąsiorów trzeba było już przelać do butelek, dziadek znikał w piwnicy na niemal cały dzień. Tego dnia również zszedł do niej od razu po śniadaniu. Babcia już stawiała talerze na stole, dlatego ktoś zszedł do piwnicy, by zawołać dziadka na obiad.&lt;br /&gt;Dziadek jednak na obiad nie przyszedł. Leżał na kamiennej posadzce, a z przewróconego gąsiora sączyło się czerwone wino i niczym strużka krwi spływało pomiędzy palcami jego nieruchomej ręki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-7106103928607109091?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/7106103928607109091/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=7106103928607109091&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/7106103928607109091'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/7106103928607109091'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/babcia-bya-tylko-jedna-za-to-dziadkow.html' title='Dziadek'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9bi-AIufI/AAAAAAAAAD4/Cdj39BxCwio/s72-c/images.jpeg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-5783455164874318762</id><published>2009-09-27T05:07:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T05:31:24.050-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='babcia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='portret rodzinny'/><title type='text'>Portret rodzinny. Babcia.</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9a5JuJnLI/AAAAAAAAADw/UMNC83ZnZ_8/s1600-h/Babcia.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 150px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9a5JuJnLI/AAAAAAAAADw/UMNC83ZnZ_8/s200/Babcia.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386123617266932914" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9aIoPoXUI/AAAAAAAAADo/qWj49wfjD6w/s1600-h/Babcia.jpg"&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Odkąd sięgnę pamięcią, babcia zawsze wyglądała tak samo – włosy spięte w kok    i druciane okularki na nosie. Nawet ubrania przez te wszystkie lata nosiła podobne – zamaszysta spódnica, jakaś bluzeczka i narzucony na wierzch, rozpinany sweterek. Przez większą cześć dnia chodziła dodatkowo przepasana fartuchem z wielką kieszenią, w której zawsze można było znaleźć owocowe cukierki w kolorowych papierkach.          Dziś – jak przez mgłę – przypominam sobie, że jedyne, co się zmieniało, to przybywające w jej niegdyś kruczoczarnych włosach, siwe pasma.&lt;br /&gt;Ale i ich kiedyś wreszcie przestało przybywać, gdy stała się już srebrzysta, jak gołąbek.       Dziwnie dobrze pamiętam jej drobne, ale zręczne i silne palce. Bielały od ucisku, gdy zawzięcie ucierała mak w starej makutrze, tańczyły zgrabnie, gdy igłą i kolorową muliną wyczarowywały obrazki na serwetkach i leniwie przesuwały się po paciorkach różańca, od czasu do czasu zatrzymując się w zadumie.    &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Babcinym królestwem była kuchnia. Tutaj nikt nawet nie próbował jej się sprzeciwić. Ciotki posłusznie wykonywały kuchenne polecenia, ale to babcia ostatecznie rozstrzygała o smaku potrawy. Nic dziwnego. Nikt tak jak ona nie potrafił ulepić cepelinów, by nie rozpadły się w gotowaniu, nikt nie wyważył tak idealnie proporcji majeranku i czosnku w kołdunach, nikt nie umiał tak cienko pokroić domowego makaronu do rosołu, nikt nie wiedział jaką ilość właściwie oznacza ta magiczna „szczypta mięty” dodana do nadzienia ruskich pierogów, by miały one ten nieziemski smak i niczyje pierogi nie były tak pękate i tak pięknie wykończone zgrabną falbanką z ciasta. Babcia była też kimś, kto o świecie wie niemal wszystko. Nie rozprawiała o polityce, jak ojciec i wujkowie, nie ingerowała w paplaninę mamy i ciotek – o ciuchach i kosmetykach, o znajomych i o własnych mężach. Za to wiedziała, że na stłuczenie należy przyłożyć liść babki, albo zgnieciony liść kapusty, a miejsce po ukąszeniu owada przetrzeć przekrojonym korzeniem pietruszki. Kaszel leczyła syropem z cebuli i czosnku, a inne dziecięce nieszczęścia - wzięciem na kolana, wytarciem chlipiącego noska rąbkiem fartucha i powiedzeniem: „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”, popartego cukierkiem owocowym. Rodzice próbowali uczyć przedzierania się przez gąszcz życia w taki sposób, by osiągnąć to, co możliwe do osiągnięcia. Babcia przestrzegała: „postępuj tak, by nikt przez ciebie nie płakał”. Szkoła uczyła samodzielności, ale i wprowadzała w świat marksistowskich prawd w rodzaju tej, że „byt określa świadomość”. Babcia tłumaczyła, że „liczy się nie mieć, ale być”. Rówieśnicy próbowali dowieść, że szacunek w grupie zdobywa się siłą i podstępem. Babcia twierdziła, że to, co wartościowe, można osiągnąć jedynie dobrocią i miłością. Mówiła: „po dobremu i sercem”. Przy babci chciało się być kimś lepszym, niż się naprawdę było.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Babcia zawsze miała coś do roboty. To były rzadkie momenty, gdy siadała w bujanym fotelu, przesuwała w palcach różaniec i zamyślała się. Nie wiem kiedy spała, bo rano zawsze pierwsza była na nogach, a w nocy długo w jej pokoju paliła się lampka nocna. Czytała. Uwielbiała książki historyczne i o minionych wiekach opowiadała tak, jakby mówiła o własnym życiu. Dlatego gdy opowiadała mi o odwrocie Napoleona spod Moskwy, byłam pewna, że widziała to cofające się wojsko na własne oczy. Dopiero całe lata później zrozumiałam, że to przecież nie było możliwe. Gdy pewnego pogodnego wrześniowego wczesnego popołudnia jedna z ciotek zobaczyła babcię siedzącą na bujanym fotelu przysuniętym do otwartego okna, natychmiast zrozumiała, że musiało się stać coś niezwykłego. O tej porze babcia zawsze krzątała się po kuchni. Teraz spała w fotelu. Spała, uśmiechając się. Nie wiadomo do kogo. Może do tego ciepłego wiatru, który pieszczotliwie odgarniał jej z czoła kosmyk siwych włosów? Ale przecież ona już tego wiatrowego dotyku nie czuła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-5783455164874318762?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/5783455164874318762/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=5783455164874318762&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/5783455164874318762'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/5783455164874318762'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/portret-rodzinny-babcia.html' title='Portret rodzinny. Babcia.'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9a5JuJnLI/AAAAAAAAADw/UMNC83ZnZ_8/s72-c/Babcia.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-1816359928107812764</id><published>2009-09-27T04:24:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T04:31:57.972-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='szczęście'/><title type='text'>Szukając Krainy Szczęśliwości</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9MOkj7PyI/AAAAAAAAADc/8aIMJj5dRpE/s1600-h/Mur.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9MOkj7PyI/AAAAAAAAADc/8aIMJj5dRpE/s200/Mur.JPG" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386107492574641954" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;Ta cisza jest &lt;br /&gt;Jak łza &lt;br /&gt;Łza co trwa &lt;br /&gt;U powiek &lt;br /&gt;Człowiek &lt;br /&gt;W słowie &lt;br /&gt;Gubi ją łatwo &lt;br /&gt;Żyć bez łzy &lt;br /&gt;Nie warto &lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;Na samym krańcu świata jest wysoki, kamienny mur, gęsto obrośnięty zielonym bluszczem.&lt;br /&gt;To właśnie za nim rozciąga się Kraina Szczęśliwości, której tak wytrwale szukają ludzie.&lt;br /&gt;Czasami szukają jej przez całe życie, nigdy nie tracąc nadziei, że kiedyś ją wreszcie odnajdą. Marzą o niej, bo tam nikt nie czuje się nieszczęśliwy, bo nie ma w niej ani chorób, ani głodu,&lt;br /&gt;ani śmierci, ani nawet nieszczęśliwej miłości. &lt;br /&gt;Jeśli będziesz szukać wytrwale, to może kiedyś trafisz na ten mur.&lt;br /&gt;Samo przejście na drugą jego stronę wymaga wiele szczęścia, bo prowadzi tam malutka, zardzewiała, rzadko używana furtka, dobrze ukryta w zielonej gęstwinie. Można stracić pół życia zanim wreszcie się ją odnajdzie. Ale oto już masz. Naciskasz dłonią klamkę i słyszysz ciche skrzypnięcie. Jeszcze tylko mocniej pchnąć i... zrobić jeden krok. Tylko jeden krok...&lt;em&gt;&lt;strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;Już nigdy nie będziesz czuł radości powrotu, bo stamtąd się nie odchodzi. Już nigdy nie będzie czułych powitań, tam, gdzie nie ma smutnych pożegnań. Już nigdy nie poczujesz ulgi chwili,&lt;br /&gt;w której mija ból. Nigdy już łzy nie będą obsychać ci na policzkach. Zapomnisz co to współczucie, bo przecież nie będziesz musiał już współczuć - nie tylko ty, ale wszyscy mieszkańcy tej krainy nigdy nie bywają nieszczęśliwi. Niepotrzebne ci będą marzenia, a jedynie plany – bo co to za marzenia, które bez najmniejszego problemu można zrealizować? Wystarczy tego tylko chcieć. Nie będziesz miał przyjaciół ani wrogów, bo nikt nie będzie ci niczego zazdrościć i nie będzie też potrzeby, by ktokolwiek musiał dla ciebie z czegokolwiek zrezygnować. Nigdy nie powitasz nowego dnia z nadzieją, że będzie lepszy od poprzedniego, bo tam wszystkie one są najlepsze. Zapomnisz co to smutek i cierpienie. Już nigdy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Masz czas. Przecież trzymasz już tę klamkę w dłoni. Nie spiesz się. Pomyśl chwilę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem do czego potrzeba większej odwagi – by tam wejść, czy... by cofnąć powoli rękę.&lt;em&gt;&lt;strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-1816359928107812764?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/1816359928107812764/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=1816359928107812764&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/1816359928107812764'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/1816359928107812764'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/szukajac-krainy-szczesliwosci.html' title='Szukając Krainy Szczęśliwości'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9MOkj7PyI/AAAAAAAAADc/8aIMJj5dRpE/s72-c/Mur.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-5992096379725470553</id><published>2009-09-27T04:20:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T04:24:05.491-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='czepiec'/><title type='text'>O pewnej wiejskiej babie...</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9KzYRgNlI/AAAAAAAAADU/VfgoXdX3QfQ/s1600-h/czepiec3.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 150px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9KzYRgNlI/AAAAAAAAADU/VfgoXdX3QfQ/s200/czepiec3.JPG" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386105925908051538" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Dawno, dawno temu... byłam na Rzeszowszczyźnie.&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div align="justify"&gt;Wędrowałam po zapadłych wioskach, robiłam dokumentację studziennych żurawi, których wtedy było tam jeszcze pod dostatkiem, dopytywałam o zabytkowe przedmioty i próbowałam je kupować dla muzeum etnograficznego, opisywałam odpust w Leżajsku i zachwycałam się tą prostotą i reliktami przeszłości.&lt;br /&gt;Żeby było zabawniej, na noc wracałam do pięknych wnętrz Pałacyku Myśliwskiego Lubomirskich, który znajduje się w lesie pod Julinem – tam byłam zakwaterowana.&lt;br /&gt;W tych swoich pieszych wędrówkach dotarłam na skraju wsi do jakieś na pół zapadłej chatynki, która na belce nad drzwiami miała wypaloną datę 1790 – miała prawie dwieście lat.&lt;br /&gt;Wręcz nieprawdopodobne. Nie mogłam nie wejść do środka.&lt;br /&gt;W tej chatynce mieszkała babuleńka, która wyglądała tak, jakby sama też była w wieku tej chatki. Była jednak młodsza – powiedziała mi, że ma 96 lat. Nie miała nikogo - żadnej rodziny, żadnych dzieci. Była samiuteńka jak palec.&lt;br /&gt;Siedziałyśmy tak sobie i gawędziłyśmy.&lt;br /&gt;Nabrała chyba do mnie zaufania, bo w końcu otworzyła starą, malowaną skrzynię i wyciągnęłaz niej ludowy strój rzeszowski. I czepiec – przepiękny, haftowany czepiec z koronkami – nigdy takiego nie widziałam. Nie był skończony. Tkwiła w nim igła z nawleczoną nitką. &lt;br /&gt;Babcia uśmiechała się do tego czepca, gładziła go i opowiadała długą historię swojego życia.&lt;br /&gt;Z uśmiechem powiedziała, że nie umrze, zanim nie skończy tego czepca, bo chce być w tym właśnie stroju pochowana.&lt;br /&gt;W końcu przerwała, popatrzyła na mnie i powiedziała, że pewnie jestem głodna. Zaprzeczyłam, bo w tej chatce ze wszystkich zakamarków aż piszczała nędza.Złapała jednak jakąś miseczkę i żwawo ruszyła do ogródka, każąc mi poczekać.&lt;br /&gt;Wróciła po kilku minutach, niosąc w tej miseczce świeżo wyjęty z ula, złocisty miód. Ukroiła grubą pajdę z takiego ogromnego, przez siebie samą upieczonego chleba i podała mi kubek z mlekiem. Jadłyśmy ten chleb maczając go w miodzie i popijałyśmy zimnym mlekiem.&lt;br /&gt;Już nigdy później nie jadłam tak wspaniałego, pachnącego miodu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do dziś wspominam jego niezwykły smak i aromat... i te złocące się w nim, ciemniejsze drobinki pierzgi, wosku i propolisu. Był jak płynny bursztyn. Ściekał po palcach późnoletnimi zachodami słońca i smakował... lasem, polami, łąką, wszystkimi kwiatami lata i... dobrym sercem pewnej starej, bardzo samotnej kobiety.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To było wiele lat temu. Tak dawno, że ten czas, który przeminął, można już liczyć w dziesiątkach lat. Tamtej kobiety już nie ma, bo być przecież nie może. Kto wie – może nawet nie ma już też tamtej chatki. Czasem tylko, gdy myśl mi biegnie do tamtych lat, zastanawiam się, czy zdążyła do końca wyhaftować swój czepiec.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I myślę, że zdążyła. Bo nawet śmierć powinna umieć życzliwie poczekać, gdy trzeba doprowadzić do końca sprawy najważniejsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-5992096379725470553?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/5992096379725470553/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=5992096379725470553&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/5992096379725470553'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/5992096379725470553'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/o-pewnej-wiejskiej-babie.html' title='O pewnej wiejskiej babie...'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9KzYRgNlI/AAAAAAAAADU/VfgoXdX3QfQ/s72-c/czepiec3.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-8285415911039473754</id><published>2009-09-27T04:13:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T04:19:10.732-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='jesień'/><title type='text'>Jesienna opowieść</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9JtPL4q3I/AAAAAAAAADM/cbwO5RVvdjY/s1600-h/liście.JPG"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9JtPL4q3I/AAAAAAAAADM/cbwO5RVvdjY/s200/liście.JPG" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386104720877726578" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Mimozami jesień się zaczyna...&lt;br /&gt;Tuwim nazwał mimozą żółte, główkowate, pachnące migdałowo kwiatostany jednej z odmian akacji, która kwitnie pod koniec lata.&lt;br /&gt;&lt;p&gt;Czas mimozy już minął i zaczął się czas mgieł porannych i przedwieczornych.Jeszcze niedawno korony drzew kusiły kolorami, ale powoli robi się... sennie.Kiedyś kochałam jesień.Taką prawdziwą, listopadową, rozpłakaną deszczem.&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;Może jakoś temperowała moją energię, której zawsze miałam o dużo za dużo?&lt;br /&gt;Dziś energię daje mi słońce. Gdy chowa się za chmurami, i ja również robię się chmurna w środku. To nawet nie jest takie bardzo niemiłe, bo mam w sobie chmury całkiem nieduże i pozwijane w ciepłe kłębuszki szarej wełny, poprzeplatane barwnymi nitkami wspomnień.&lt;br /&gt;Taki melanż. Jesienią pięknie się wspomina....  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiosną i latem zawsze coś odwróci człowieka uwagę od wspomnień. Tyle się dzieje wtedy na świecie. A z kolei zimą wspomnienia potrafią zamarznąć na kość. Zimą znacznie lepiej się czyta cudze wspomnienia, niż snuje własne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A jesień... daje taki łagodny dystans do świata. Nawet wróble zaczynają ćwierkać jesiennie. Nie szczebiocą nerwowo, nie wdają się w kłótnie, stają się raczej małomówne i zamyślone. Każde wyjście na dwór wymaga pewnej troskliwości. Nie da się ot tak po prostu wsunąć bosych stóp w cokolwiek, co ma podeszwę, nie da się wybiec nagle z odkrytymi ramionami. Trzeba wydobywać z szaf te śmieszne drobiazgi – ni to ozdoby, ni to pożyteczne kawałki szmatek wciskane na dłonie i okręcane skrupulatnie wokół szyi – rękawiczki, apaszki, szale, szaliczki, chusteczki i ...próbować potem ich nie zgubić.  &lt;br /&gt;I nie dać się też wiatrowi. Ostry i zimny wiatr listopadowy to gniewa się, szarpiąc wszystko, na co natrafi po drodze i przeganiając ptaki, to znowu rozpaczliwie płacze w gałęziach bezlistnych już drzew, by za chwilę znów rzucić się z furią na chmury i postrzępić je na drobne kawałeczki, powoli zmieniające się w chłodne krople wody...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;em&gt;O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny&lt;br /&gt;I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,&lt;br /&gt;Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...&lt;br /&gt;Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną&lt;br /&gt;I światła szarego blask sączy się senny...&lt;br /&gt;O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze&lt;br /&gt;Na próżno czekały na słońca oblicze...&lt;br /&gt;W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,&lt;br /&gt;W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Odziane w łachmany szat czarnej żałoby&lt;br /&gt;Szukają ustronia na ciche swe groby,&lt;br /&gt;A smutek cień kładzie na licu ich miodem...&lt;br /&gt;Powolnym i długim wśród dżdżu korowodem&lt;br /&gt;W dal idą na smutek i życie tułacze,&lt;br /&gt;A z oczu im lecą łzy... Rozpacz tak płacze...&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny&lt;br /&gt;I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,&lt;br /&gt;Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...&lt;br /&gt;Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną&lt;br /&gt;I światła szarego blask sączy się senny...&lt;br /&gt;O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie&lt;br /&gt;I zmienił go w straszną, okropną pustelnię...&lt;br /&gt;Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem&lt;br /&gt;I kwiaty kwitnące przysypał popiołem,&lt;br /&gt;Trawniki zarzucił bryłami kamienia&lt;br /&gt;I posiał szał trwogi i śmierć przerażenia...&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Aż, strwożon swym dziełem, brzemieniem ołowiu&lt;br /&gt;Położył się na tym kamiennym pustkowiu,&lt;br /&gt;By w piersi łkające przytłumić rozpacze,&lt;br /&gt;I smutków potwornych płomienne łzy płacze...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt; /Leopold Staff/&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Świat spomiędzy kropel deszczu wygląda jakoś inaczej. Brakuje mu szczegółów. Nawet dobrze znane kształty rozmazują się w szarych strugach wody i rozpływają w kroplach gęsto kapiących z rozłożonej parasolki. Dlatego trzeba sobie kupić na drogę jedną z tych wyniosłych chryzantem – najlepiej taką ogniście rudą, by nie zgubić drogi w deszczu.&lt;br /&gt;A kiedy już dotrze się szczęśliwie do domu, patrząc na tę mokrą chryzantemę niczym na ognisty drogowskaz, dobrze jest ogrzać zziębnięte serce dużym kubkiem herbaty pachnącej malinami albo malutkim kieliszkiem słodko-cierpkiej nalewki z aronii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Po czerni jeżyny&lt;br /&gt;Po liściu kaliny&lt;br /&gt; - Jesień, jesień już &lt;br /&gt; Po ciszy na stawie &lt;br /&gt;Po krzyku żurawi &lt;br /&gt;- Jesień, jesień już &lt;br /&gt;Po astrach, po ostach &lt;br /&gt;To widać, to proste że &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;- Jesień, jesień już &lt;br /&gt;I po tym ze wcześniej &lt;br /&gt;Noc ciągnie ze zmierzchem &lt;br /&gt;- Jesień, jesień już &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;/.../ &lt;br /&gt;Ach, ten dzień. &lt;br /&gt;w kolorze śliwkowym! &lt;br /&gt;- Berberysu i głogu ma smak...&lt;br /&gt; Stawia drzewom pieczątki &lt;br /&gt;- Żeby było w porządku &lt;br /&gt;Że już pora &lt;br /&gt;Że trzeba iść spać... &lt;br /&gt;A my tak - po kieliszku,&lt;/em&gt;&lt;br /&gt; &lt;em&gt;po troszeczku &lt;br /&gt;Popijamy calutki ten dzień &lt;br /&gt;- Próbujemy nalewki &lt;br /&gt;Z dzikiej róży, z porzeczki&lt;br /&gt; Żeby sprawdzić - czy zimą &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;To wypić się da?... &lt;br /&gt;/.../&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;/Leszek Długosz/&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-8285415911039473754?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/8285415911039473754/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=8285415911039473754&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/8285415911039473754'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/8285415911039473754'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/jesienna-opowiesc.html' title='Jesienna opowieść'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9JtPL4q3I/AAAAAAAAADM/cbwO5RVvdjY/s72-c/liście.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-299617908216040696</id><published>2009-09-27T03:46:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T03:52:07.365-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='św. Marcin'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Narodowe Święto Niepodległości'/><title type='text'>Narodowe Święto Niepodległosci i... Święty Marcin</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9Duh2JczI/AAAAAAAAADE/fWOYY-5QDlE/s1600-h/greco.st-martin-beggar.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 106px; height: 200px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9Duh2JczI/AAAAAAAAADE/fWOYY-5QDlE/s200/greco.st-martin-beggar.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386098145996927794" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;„Rota Piłsudczyków” (Józef Relidzyński) – do melodii „Roty”&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Nie rzucim Ciebie, wodzu nasz,&lt;br /&gt;Nie damy pogrześć Sprawy!&lt;br /&gt;Sztandar przy którym wiecznie trwasz,&lt;br /&gt;Oddamy Bogu krwawy!&lt;br /&gt;Nie wyrwie nam go swój ani wróg-&lt;br /&gt;Tak nam dopomóż Bóg!&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;Nie spoczniem, póki w proch i pył&lt;br /&gt;Nie legnie przemoc wraża!&lt;br /&gt;Zaczerpniem z ducha twego sił, &lt;br /&gt;Z wiarą, co cuda stwarza.&lt;br /&gt;Śmiało po złoty sięgniem róg-&lt;br /&gt;tak nam dopomóż Bóg!&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Pójdziemy gdy zapalisz wić,&lt;br /&gt;Na kule i na druty!&lt;br /&gt;Choćby w katordze przyszło zgnić,&lt;br /&gt;Nie złożym szabli póty,&lt;br /&gt;Póki shańbiony polski próg&lt;br /&gt;tak nam dopomóż Bóg!&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Niestraszne dla nas gromy burz&lt;br /&gt;Ani więzienia mury,&lt;br /&gt;Bo cóż dla ducha kraty, cóż&lt;br /&gt;Więzienia mrok ponury?&lt;br /&gt;Nie zlękniem się podziemnych dróg-&lt;br /&gt;tak nam dopomóż Bóg!&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Wszak na sumieniach polskich my&lt;br /&gt;Ołowiem dzisiaj legli...&lt;br /&gt;Podłym zmącimy słodkie sny&lt;br /&gt;Jak grom z tatrzańskich regli...&lt;br /&gt;Wolność by tęczy tęczy błyśnie łuk-&lt;br /&gt;tak nam dopomóż Bóg!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O, niedaremny był twój trud&lt;br /&gt;I niedaremne znoje!&lt;br /&gt;O, cześć Ci, sława, coś nas wiódł&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Na pierwsze z Moskwą boje!&lt;br /&gt;Przeorze Polskę dziś Twój pług-&lt;br /&gt;tak nam dopomóż Bóg!&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;br /&gt;11 listopada 1918 r&lt;/strong&gt; – nastąpiło przekazanie przez Radę Regencyjną władzy nad podległym jej wojskiem Józefowi Piłsudskiemu. Tego dnia, po pertraktacjach Marszałka z Centralną Radą Żołnierską wojska niemieckie zaczęły się wycofywać z Królestwa Polskiego. W nocy rozbrojono również niemiecki garnizon stacjonujący w Warszawie. Dzień ten stał się dla Polaków Świętem Niepodległości spontanicznie. Trzeba było jednak aż 19 lat, by ustanowić go oficjalnie świętem narodowym (ustawą z kwietnia 1937 roku). Stąd też do czasu wybuchu II wojny światowej dzień ten obchodzono jako święto państwowe tylko dwa razy – w roku 1937 i 1938. Usunięto go z kalendarza rocznic na niemal cały okres PRL, a przywrócono dopiero ustawą Sejmu IX kadencji (jeszcze w PRL), 21 lutego 1989 roku.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;p align="justify"&gt;Było jednak takie miejsce w Polsce, gdzie 11 listopada zawsze był hucznie obchodzonym świętem, choć nie jako Święto Odzyskania Niepodległości, a jako dzień Świętego Marcina.&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Żywot Świętego Marcina &lt;/strong&gt;(za Wikipedią)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Urodził się ok. 316 r. w Panonii na Węgrzech. Jego ojciec był rzymskim legionistą. Kiedy Marcin był dzieckiem, ojciec przeniósł się wraz z całym garnizonem do włoskiego miasta Pavii. Tam Marcin zetknął się z chrześcijanami i mając zaledwie 10 lat, wpisał się na listę katechumenów. &lt;br /&gt;W roku 338 Marcin, już jako rzymski legionista, przerzucony został wraz z całym garnizonem do Galii w okolice miasta Amiens. Tu właśnie miało miejsce wydarzenie znane z żywotu Świętego i utrwalone w bogatej ikonogarafii. Kiedy zimą u bram miasta Marcin napotkał półnagiego żebraka oddał mu połowę swojego płaszcza. W nocy we śnie pojawił mu się Chrystus odziany w jego płaszcz i przemówił do aniołów: &lt;em&gt;Patrzcie, jak mnie Marcin, katechumen przyodział.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W owych latach panowało przekonanie, że chrześcijanie nie powinni pełnić służby wojskowej, gdyż jest ona związana z przelewem krwi. Stąd Marcin postanowił zrezygnować z życia legionisty. Okazja ku temu nadarzyła się w 354 r., kiedy towarzyszył on ariańskiemu cesarzowi Konstansowi w wyprawie przeciwko germańskim Allemanom. Według zwyczaju w przeddzień bitwy dla zachęty dawano żołnierzom podwójny żołd. Marcin zamiast żołdu poprosił dowódcę o zwolnienie z wojska. Rozgniewany wódz kazał aresztować Marcina. Wówczas Święty zażądał, by podczas bitwy pozwolono mu wyjść do pierwszego szeregu, a on bez broni walczyć będzie jedynie znakiem krzyża. Tak się stało i wtedy właśnie wróg poprosił o zawarcie pokoju. Chrześcijanie widzieli w tym wyraźny znak Boży.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Kiedy spotkał się z biskupem Poitiers św. Hilarym i zwierzył mu się z pragnienia poświęcenia się na wyłączną służbę Bożą w charakterze ascety, biskup wydzielił mu w pobliskim Ligugé pustelnię. Tam Marcin zamieszkał z kilkoma towarzyszami. W ten sposób stał się ojcem życia zakonnego we Francji. Sława życia i cudów Marcina rozniosła się po całej okolicy. Po śmierci biskupa Tours kapłani i wierni błagali go, by przyjął godność biskupią. Ten jednak odmówił. Według opowieści ukrywał się on nawet w pomieszczeniu gospodarskim, by nikt go nie znalazł. Wydały go zamknięte z nim gęsi swym gęganiem.&lt;br /&gt;4 lipca 371 roku Marcin otrzymał święcenia kapłańskie i sakrę biskupią. Mimo zasiadania przez 26 lat na stolicy biskupiej żył nader skromnie; "ciało swe trapił włosiennicą i postami". Porzucił on styl życia hierarchów ówczesnej Galii, co niektórzy mieli mu za złe. Marcin stawał zawsze w obronie niewinnych i niesłusznie oskarżonych, wobec bliźnich zawsze okazywał wyrozumiałość i miłosierdzie. Zmarł 8 listopada 387 r.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dzień świętego Marcina&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z czasem św. Marcin stał się świętym “narodowym" Francji. Doliczono się ok. 700 miejscowości, które od jego imienia zapożyczyły we Francji swoją nazwę oraz 3670 parafii, które obrały go sobie za patrona. Relikwie św. Marcina złożono w r. 470 w absydzie bazyliki Św. Marcina w Tours, wystawionej nad jego grobem.&lt;br /&gt;Święty Marcin był zresztą niezwykle popularny w całej ówczesnej chrześcijańskiej Europie.&lt;br /&gt;Święto ku jego czci ustanowiono w połowie VII wieku na dzień 11 listopada (data jego pochówku). Naturalną koleją rzeczy obrzędy kościelne połączyły się wtedy z niektórymi zwyczajami pogańskimi. Listopad był bowiem przed wiekami niezwykle ważnym miesiącem: kończono wówczas jesienne prace w polu, składano pogańskim bogom ofiary ze zwierząt, próbowano wywróżyć zimową aurę, urządzano uczty z muzyką i tańcami, podczas których stoły uginały się pod gęsiną i dzbanami z młodym winem. W trakcie biesiadowania bogatsi (naśladując gest świętego) dzielili się jadłem i napojem z biedniejszymi.&lt;br /&gt;Tradycyjne świętowanie obejmowało także wesołe zabawy z tańcami, wróżby i charakterystyczne potrawy, nawiązujące do barwnej legendy o żywocie św. Marcina. Nieodłącznym atrybutem wieczoru marcińskiego była pieczona gęś – tzw. gęś świętego Marcina. Obecność tej potrawy podawanej na różne sposoby przypominała barwną legendę związaną z tamtym wieczorem sprzed wieków, gdy poszukiwano Marcina, by powierzyć mu odpowiedzialną służbę biskupa Tours. Za wydanie św. Marcina ludowi, gęsi ponoszą karę do dziś...&lt;br /&gt;Ogólną rzeź gęsi na św. Marcina niektórzy odnoszą jednak do czasów rzymskich i innego św. Marcina – papieża (pontyfikat od 5 lipca 649 do 16 września 655) , który pierwszy podczas wielkiego głodu, pozwolił użyć na posiłek tych ptaków, szanowanych dotąd za ocalenie Rzymu od Gallów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Polsce w wielu miejscach zachowywano 40-dniowy post adwentowy, który zaczynał się po dniu św. Marcina, czyli 12 listopada. W tym dniu spożywano ostatni raz gęsie mięso przed postem. Chłopi składali swoim panom po dworach daniny, a ci biesiadowali przy mięsiwie suto zakrapianym węgrzynem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Skąd wziął się święty Marcin w Poznaniu&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Święty Marcin jest - obok patronów miasta Piotra i Pawła - najbardziej popularnym poznańskim świętym. Kościół pw. św. Marcina - jeden z najstarszych w mieście - ufundowany został w XII w. Tuż obok kościoła wykształciła się podmiejska osada zamieszkana przez rzemieślników, zwana od patrona - Święty Marcin. Wtedy też, na miejscu dawnego traktu wytyczono ulicę, która jest dziś jedną z głównych arterii miasta. Ulica Święty Marcin ( dokładnie tak! Nie – ulica Świętego Marcina, ale właśnie Święty Marcin, co często dziwi przybyszów z innych miast) nabrała wielkomiejskiego charakteru, kiedy u jej wylotu, w miejscu dawnych fortyfikacji otaczających miasto, powstał zamek cesarski i inne reprezentacyjne budowle składające się na tzw. Dzielnicę Zamkową. Ulicy Święty Marcin rokrocznie wyprawia się w Poznaniu imieniny. 11 listopada pojawia się na niej postać Świętego Marcina, który w stroju rzymskiego legionisty na białym koniu prowadzi barwny pochód po sumie odpustowej spod kościoła pod jego wezwaniem aż pod mury cesarskiego zamku, gdzie prezydent miasta przekazuje mu na ten dzień klucz do bram miasta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt; Świętomarcińskie rogale&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Jak głosi legenda, to właśnie na odpuście w parafii św. Marcina, pojawiły się ponoć świętomarcińskie rogale. Tradycja ich wypieku sięga 1891 roku, kiedy to ówczesny proboszcz poznańskiej parafii pod wezwaniem św. Marcina, ks. Jan Lewicki, zaapelował do wiernych, aby - wzorem patrona - zrobili coś dla biednych. Józef Melzer, jeden z poznańskich cukierników, odpowiadając na apel proboszcza, upiekł trzy blachy rogali i przyniósł pod kościół. W następnych latach dołączyli do niego inni, aby każdy mógł w ten dzień najeść się do syta. Bogatsi poznaniacy kupowali smakołyk, a biedni otrzymywali go za darmo. Zwyczaj wypieku w 1901 przejęło Stowarzyszenie Cukierników. A po I wojnie światowej do tradycji obdarowywania ubogich powrócił Franciszek Rączyński, natomiast tuż po II wojnie światowej przed zapomnieniem rogala uratował Zygmunt Wasiński.&lt;br /&gt;Tradycja wypiekania z drożdżowego ciasta wypełnionego masą makowo-migdałową świętomarcińskich rogali przetrwała w ten sposób do dziś.&lt;br /&gt;Powstaniu rogala także towarzyszy legenda, według której podobno dawno, dawno temu wyśnił go jeden z poznańskich piekarzy, który ujrzał we śnie świętego Marcina jadącego na koniu, podniósł zgubioną przez jego konia podkowę i postanowił, że będzie piekł ciasto w takim właśnie kształcie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Unijny znak geograficzny&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;W tym roku po raz ostatni poznaniacy zjedzą rogale bez certyfikatu unijnego. Od 19 listopada tego roku bowiem wejdzie w życie unijne rozporządzenie nadające rogalowi certyfikat "Produktu o Chronionej Nazwie Pochodzenia w Unii Europejskiej". Tym samym trafi on na listę regionalnych specjałów, które powstają z lokalnych surowców i według oryginalnych przepisów. W praktyce oznacza to, że prawdziwy rogal świętomarciński będzie wypiekany tylko w Poznaniu i w wyznaczonych powiatach Wielkopolski. Poza tym rejonem nikt nie będzie mógł używać tej nazwy. Przeciwko temu już protestują gminy graniczne Wielkopolski, które czują się z nią ściśle związane ( Złotów i Międzychód), a które przywileju wypieku certyfikowanych rogali mają być pozbawione.&lt;br /&gt;Rogale nie należą do ciast najłatwiejszych do wykonania, ale jeśli ktoś zechce spróbować... :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Przepis na rogale świętomarcińskie &lt;/strong&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;CIASTO&lt;br /&gt;1 kg mąki pszennej&lt;br /&gt;6 jaj&lt;br /&gt;0,5 kostki masła&lt;br /&gt;2 łyżki cukru&lt;br /&gt;50 g drożdży&lt;br /&gt;1 szklanka mleka&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;MASA&lt;br /&gt;1,5 szklanki cukru pudru&lt;br /&gt;200 g migdałów i orzechów&lt;br /&gt;100 g białego maku (to nie pomyłka – potrzebna jest biała odmiana maku)&lt;br /&gt;śmietana&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drożdże rozpuścić w niewielkiej ilości mleka. Jajka utrzeć z cukrem i połączyć ze stopionym masłem. Nie przerywając ubijania, dodawać porcjami przesianą mąkę, mleko oraz wcześniej przygotowane drożdże. Ciasto wyrabiać do chwili, gdy zaczną pokazywać się pęcherzyki i wtedy pozostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia. Migdały, orzechy i mak zaparzyć, zemleć, utrzeć z cukrem i śmietaną aż do uzyskania gęstej masy. Wyrośnięte ciasto rozwałkować i pokroić na kwadraty. Na każdy z nich nałożyć porcję wcześniej przygotowanej masy, uformować rogaliki i pozostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia. Wstawić do gorącego piekarnika i piec w temp. 220-250 stopni na złoty kolor.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A czy wiecie, jak nazywają się w Wielkopolsce krzaczaste astry o niewielkich kwiatkach? &lt;br /&gt;To są... marcinki :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-299617908216040696?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/299617908216040696/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=299617908216040696&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/299617908216040696'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/299617908216040696'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/narodowe-swieto-niepodlegosci-i-swiety.html' title='Narodowe Święto Niepodległosci i... Święty Marcin'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9Duh2JczI/AAAAAAAAADE/fWOYY-5QDlE/s72-c/greco.st-martin-beggar.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-1664064102300516655</id><published>2009-09-27T03:38:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T03:43:53.453-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='czekoladziarnia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='spotkanie'/><title type='text'>Mała wiśniowa namiętność</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9B28KsHRI/AAAAAAAAAC8/dmO1t3hCHzs/s1600-h/wisnie.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 132px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9B28KsHRI/AAAAAAAAAC8/dmO1t3hCHzs/s200/wisnie.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386096091478105362" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Mail od Xiężnej pozbawił mnie ostatnich złudzeń: „najzgrabniejsze czarne pantofle - koniecznie na obcasie” – brzmiał wyrok. „I cieliste rajstopy - au naturel Twoje ciało ma kolor cielisty  i nie powinnaś udawać Czarnej Skały”.&lt;em&gt; „Ależ ja...” &lt;/em&gt;– przyszło mi do głowy lecz nawet nie dokończyłam tej myśli, bo w porę dojrzałam podpis: „Pozdrawiam stanowczo”. &lt;br /&gt;  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na miejscu byłam nieco przed umówioną godziną, ściskając w dłoni samotną czerwoną różę dziekczynną dla Xiężnej, której tak nadspodziewanie łatwo na ten jeden wieczór udało się wcisnąć mnie w wizerunek delikatnej istoty owiniętej w zwiewną czerń i drobiącej kroczkami w bucikach na wysokich obcasach. Czułam się niczym Magiczny Przedmiot Pożądania, tym bardziej, że po drodze utwierdził mnie w tym przekonaniu jakiś stołeczny menel, nucąc na mój widok: &lt;em&gt;„najwięcej witaminy mają polskie... kobiety”&lt;/em&gt;. No cóż, wielbicieli człowiek sobie w końcu nie wybiera.&lt;br /&gt;  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zarezerwowany przez Julll stolik otaczały miękkie, wyściełane siedziska – każde „z innej parafii”. Wcisnęłam się w róg pluszowej kanapy i zagłębiłam w menu. „Wiśniowa namiętność” – to było coś, co od razu przykuło mój wzrok. Filiżanka gorącej czekolady z bitą śmietaną i likierem wiśniowym. Mając do wyboru małą wiśniową namiętność i dużą wiśniową namiętność, skromnie zamówiłam tę mniejszą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaraz potem pojawiła się Julll, cała wypełniona szczęściem przyszłej młodej mamy. A później zjawiały się kolejne damy – Agnieszka Zet z uśmiechem równie ciepłym i słonecznym jak jej żółtawy sweterek, bladoróżowo-muślinowa tym razem, ale jak zwykle elegancka Xiężna, przywodząca na myśl hiszpańską piękność czarnowłosa Referentowa Bulzacka w krwistoczerwonym bolerku i z szyją owinięta takimiż koralami i wiosenna Kocic w kwiecistej sukience i Magicznych Czerwonych Pantofelkach, która opadła na kanapę obok mnie, obrzuciła badawczym spojrzeniem moją torbę i spytała o to, co najważniejsze: &lt;em&gt;„słonia masz?”&lt;/em&gt;. Nie miałam. Malachitowy słoń przegrał w konkurencji z aparatem fotograficznym i okularami i nie zmieścił się w tej nieszczęsnej torebce (od początku wiedziałam, że jest stanowczo za mała). Dziś wiem także, że mój wybór był nietrafny, bo aparatu ani okularów nie wyciągnęłam z torby ni na sekundę.&lt;br /&gt;  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stanowczo za długo przyszło nam czekać na Sosenkę i Panią Łyżeczkę, które z oddali podawały nam jedynie zmieniające się współrzędne miejsc, przez które się przemieszczały, a które to dane świadczyły o tym,  że na przemian to zbliżają się, to znowu oddalają od miejsca naszego spotkania. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednak w końcu i one dotarły. Łyżeczka w koronkowej bluzeczce, a Sosenka w spodniach i traktorach, ale z zapewnieniem, że w plecaku ma odświętne pantofelki, które w każdej chwili może przyodziać. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na dowód tego, że jest przygotowana na wszystko, wyciągnęła z plecaka koronkowe rękawiczki i wcisnęła je na dłonie. Sosenka pojawiła się z męską obstawą w osobie Mohorta, który na tym babskim spotkaniu zachowywał się niezwykle przyzwoicie – głównie udając, że go tu wcale nie ma. &lt;br /&gt;  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siedziałyśmy tak, sącząc czekoladowe delicje w różnych odmianach. Xiężna postanowiła nie korzystać z „gotowców”, ale zażyczyła sobie swoją własną kompozycję, co zresztą podczas obliczania rachunku zaowocowało tym, że zagubiona kelnerka nie bardzo była w stanie obliczyć odpowiednią kwotę i w końcu stwierdziła, że dodatki w czekoladzie Xiężnej &lt;em&gt;„były za free”&lt;/em&gt;. &lt;em&gt;„Za free?” &lt;/em&gt;– Xiężna uniosła ze zdziwieniem brwi – &lt;em&gt;„Czy chcesz, dziecko, przez to powiedzieć, że jestem na twoim utrzymaniu?”&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czas się  kończył. Część z nas wybierała się jeszcze na imprezę salonową w „Rozdrożu”, Xiężnę wzywały sprawy domowe, a Agnieszka chciała jak najszybciej znaleźć się w hotelu, bo do Warszawy przyjechała służbowo – na weekendową konferencję. Mnie trudno było podjąć decyzję. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z jednej strony nie miałam ochoty na zatłoczoną salę, z drugiej – żal mi było rozstawać się z Kameralnymi,  bo przecież nie wiadomo kiedy będzie następna okazja do spotkania. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I znów wybrałam źle.&lt;br /&gt;  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Rozdroże” uderzyło mnie gwarem i tłumem osób znanych ze zdjęć na „czerwonych” blogach oraz nieznanych zupełnie. W tym gwarze i tłumie rozpłynęła się gdzieś atmosfera naszego „czekoladowego spotkania”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nagle zrozumiałam, że wcale już nie jestem ciekawa czy Jaś Osiecki wygląda w naturze równie niemądrze jak na swoim blogowym zdjęciu albo czy dowcip Ludwika Dorna w odpowiedziach na pytania blogerów okaże się równy dowcipowi jego tekstów pisanych.&lt;br /&gt;  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wróciłam do domu, bo wiedziałam z całą pewnością, że wszystko, co miało dla mnie wartość, zdarzyło się już wcześniej. W tamtym miejscu, w którym Xiężna wydobyła (nie wiadomo skąd, bo torebkę miała przy sobie niewielką) turkusowy woal i owinęła nim Łyżeczkę, a my patrzyłyśmy, jak w tym obłoczku turkusu jej buzia nagle znów przybiera rysy Królowej Elfów. &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Tak... wszystko, co ważne, zdarzyło się już tam – nad miniaturową filiżanką słodkiej małej wiśniowej namiętności.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-1664064102300516655?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/1664064102300516655/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=1664064102300516655&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/1664064102300516655'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/1664064102300516655'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/maa-wisniowa-namietnosc.html' title='Mała wiśniowa namiętność'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9B28KsHRI/AAAAAAAAAC8/dmO1t3hCHzs/s72-c/wisnie.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-4090273543229174093</id><published>2009-09-27T03:23:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T03:37:14.975-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kisielin'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Krzesimir Dębski'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wołyń'/><title type='text'>Wywiad, który się nie ukazał, czyli aneks do historii losów wołyńskich</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9AO1iCYvI/AAAAAAAAAC0/yWL1QqgLRdY/s1600-h/Kisielin.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 177px; height: 200px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9AO1iCYvI/AAAAAAAAAC0/yWL1QqgLRdY/s200/Kisielin.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386094302990590706" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;Na początek małe objaśnienie. Ten wywiad przeprowadziłam niespełna trzy lata temu. Wskutek rożnych perturbacji ostatecznie nie ukazał się nigdy drukiem, a ponieważ nie chciałam sprzedawać go byle gdzie, pozostał schowany "w szufladzie" aż po dziś dzień. Uznałam, że jednak go pokażę jako swoisty aneks do mojego wczorajszego tekstu o wydarzeniach na Wołyniu. Losy jednej z polskich rodzin...&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;Opowieść rodzinna Krzesimira Dębskiego&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt; &lt;br /&gt;Krzesimir Dębski to osoba nie wymagająca prezentacji. Kompozytor, skrzypek jazzowy, dyrygent, którego zna każdy, komu polska twórczość muzyczna nie jest obca. Dziś tworzy także nową muzykę do 16 klasycznych komedii Chaplina. Ale nie dlatego umówiłam się z Krzesimirem na rozmowę w pięknym ogrodzie jego podwarszawskiej posiadłości, by dopytywać go o bliższe i dalsze plany artystyczne. Chciałam, aby opowiedział o swoich rodzinnych korzeniach... Zgodził się. Siedzieliśmy nad stertą pożółkłych fotografii, z których spoglądały na mnie twarze będące dziś już tylko Krzesimirowym wspomnieniem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I popłynęła opowieść o ludziach, których losy splotły się z Polską i... Ukrainą.   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dziadkowie&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;  &lt;br /&gt;Matka Krzesimira, Aniela z domu Sławińska, pochodzi z Wołynia. Jej ojciec, Antoni, służył w armii carskiej. Oglądam zdjęcie, które zawsze budziło w rodzinie Krzesimira kontrowersje. Jest na nim wojskowy w mundurze z nie zapiętym jednym z guzików. Jedni uważali to za nonszalancki gest niepokornego Polaka, inni twierdzili, że szacunek dla munduru jest czymś zgoła odmiennym niż przysięga złożona zaborcy. - Kwestia ta nie została nigdy do końca rozstrzygnięta, choć zajmowały się nią w rodzinnych dysputach kolejne pokolenia – tłumaczy mi z uśmiechem Krzesimir. Ze strony ojca płynie w Krzesimirze odrobina kozackiej krwi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziadek Leopold był Polakiem pochodzącym z Kołomyi, później znanym we Lwowie lekarzem. O jego niezwykłej męskiej urodzie krążyły anegdoty. Ożenił się z Anisją Czemierkin - kozaczką, Ukrainką z Zaporoża, której rodzinę przesiedlono na Kaukaz. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;   &lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Rodzice&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;  &lt;br /&gt;Włodzimierz Sławosz Dębski, ojciec Krzesimira i jego dwóch braci, z których starszy jest inżynierem, a młodszy weterynarzem, urodził się we Lwowie, ale to na Wołyniu spotkał Anielę Sławińską i to właśnie Wołyń stał się wielką miłością obojga rodziców. Tam się spotkali po przeniesieniu się rodziny Dębskich ze Lwowa do Kisielina, a to spotkanie dokonało się w bardzo tragicznych okolicznościach. Zmarły 5 lat temu Włodzimierz Dębski był uzdolnionym człowiekiem. Był muzykiem i kompozytorem, potrafił także malować. Przez wiele lat opracowywał również monografię miejscowości z gminy Kisielin na Wołyniu i samego Kisielina, gdzie upłynęła jego młodość. Sam Kisielin jest niewielkim miasteczkiem, ośrodkiem ariańskim, w którym zachowały się resztki zabytkowej drukarni ariańskiej i kolegiaty jezuickiej. Dziś rodzina Dębskich przygotowuje do wydania obszerną, dwutomową monografię autorstwa Włodzimierza, zawierającą historię tej ziemi, genealogię jej mieszkańców, szczegółowy opis zwyczajów i charakterystycznych miejsc, tworzących niepowtarzalną atmosferę. Atmosferę, do której rodzicie Krzesimira tęsknili nieprzerwanie. W tym miasteczku zgodnie żyli obok siebie Żydzi, Polacy i Ukraińcy. Nie integrowali się, ale nie było również konfliktów. Wszystko zmieniła wojna. Tego, co się stało, rodzice Krzesimira nigdy nie potrafili zrozumieć...&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;   &lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Spotkanie&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;  &lt;br /&gt;W 1943 roku coraz częściej dochodziły do Kisielina wieści, że na Wołyniu Ukraińcy mordują Polaków. Równocześnie coraz więcej mężczyzn pochodzenia ukraińskiego znikało z miasteczka – mówiono, że zaciągają się do ukraińskiej partyzantki. Nie spodziewano się, by spokojne miasteczko mogło się stać sceną krwawej tragedii. Aż do początków lipca, kiedy to miastem wstrząsnęła wieść, że ukraiński policjant zamordował swoją żonę Polkę i dwóch synów. 11 lipca rodzice zarówno Anieli, jak i Włodzimierza zostali w domu. Nie poszli do kościoła na sumę. Poszły tylko ich dzieci. Gdy ludzie zaczęli wychodzić, kościół był już otoczony przez UPA. Większość cofnęła się, inni wychodzili z podniesionymi w górę rękami. Włodzimierz z bratem, wraz z tymi, którzy nie wyszli z kościoła, zabarykadowali się na pierwszym piętrze budynku plebani. Słyszeli strzały z karabinów. Później okazało się, że zabitych zostało ponad 80 osób. Przez kilkanaście godzin nielicznym obrońcom udawało się odpierać atak UPA, mimo że ich broń stanowiły jedynie siekiery i cegły. Ukraińcy w końcu zrezygnowali - podpalili plebanię i wycofali się do lasu. Na szczęście spadł deszcz, który ugasił płomienie. Dębskiemu odłamki granatu rozerwały tego wieczora nogę. Opatrunek zrobiła mu Aniela, która również zdołała schronić się na plebani. To było ich pierwsze spotkanie.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt; Wojenne losy&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Po tym wydarzeniu rodzina Sławińskich ukrywała się jeszcze przez kilka dni w stodole swojego sąsiada. Potem tułali się, idąc coraz dalej na zachód. Aniela trafiła do słynnej 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, a kiedy ta została internowana przez sowietów, wcielono ją do Batalionu Platerówek Ludowego Wojska Polskiego. Włodzimierz Dębski znalazł się w szpitalu. Po amputacji nogi spędził tam kilka miesięcy.  Na początku 1944 roku i on wstąpił do tej samej 27 Wołyńskiej Dywizji. Walczył aż do jej rozbrojenia w lipcu 1944 roku w Skrobowie na Lubelszczyźnie. Przed wcieleniem do Ludowego Wojska uchroniło go wojenne kalectwo. Przez te wszystkie wojenne miesiące nie spotkali się ani razu. Nie wiedzieli też nic o swoich losach. Odnaleźli się po wojnie, w Zamościu. Wzięli ślub i wyjechali do Wałbrzycha. To tam miało się rozpocząć ich nowe wspólne życie, z dala od ukochanego Kisielina. Włodzimierz nie miał już nigdy odnaleźć swoich rodziców. Przez wiele lat próbował trafić na ich ślady. Żmudne poszukiwania tylko częściowo odkryły tajemnicę ich losów. Podobno po wydarzeniach w kościele, mieszkali jeszcze w Kisielinie przez dwa tygodnie – aż do dnia, gdy UPA wyprowadziło z miasta do lasu ostatnią garstkę Polaków. Byli wśród nich. Ludzie powiadali, że Anisję Ukraińcy chcieli puścić wolno – miała w Ausweissie wpisaną narodowość ukraińską. Postanowiła zostać z mężem. Nie wiadomo jednak czy zginęli razem. Może Ukraińcy zabrali Leopolda do lasu, gdzie potrzebny był im jako lekarz? Może zabili go dopiero później? Nie pozostał żaden ślad. Mimo poszukiwań, nigdy nie udało się odnaleźć ich grobów. Z rodziny Sławińskich Ukraińcy również zamordowali niemal wszystkich. Z pożółkłej  fotografii spoglądają na mnie młode twarze czwórki kuzynów Anieli. Tylko jednemu z nich – Witkowi – udało się przeżyć kaźń.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Powojenna rzeczywistość&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;- Nazwa „Wołyń” towarzyszyła mi przez wszystkie lata &lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;– mówi Krzesimir – &lt;em&gt;&lt;strong&gt;Po raz pierwszy usłyszałem ją we wczesnym dzieciństwie. Od dziecka znam też historię rodziny. O Wołyniu mówiło się jak o czymś drogocennym, co zostało utracone na zawsze. To było „coś własnego” w tym PRL-owskim świecie, którego mój ojciec nigdy nie zaakceptował. Rodzice poddali się uczuciu, które dziś nazywa się mianem emigracji wewnętrznej. W domu było wiele rozmów o przeszłości, wspomnienia ożywały, gdy odwiedzali nas przyjaciele rodziców z partyzantki,dawni żołnierze AK, więźniowie prześladowani za przekonania polityczne. Nie musiałem wychodzić z pokoju podczas ich rozmów. Nie ukrywano przed dziećmi niczego. Siedziałem, przysłuchiwałem się... a potem &lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;- uśmiecha się łobuzersko &lt;em&gt;&lt;strong&gt;-  miałem problemy na lekcjach historii.&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt; Zawsze gdy na stole pojawiały się wiśnie, rodzice powtarzali, że nigdzie na świecie nie znajdzie się ich tak ogromnych i słodkich, jak na Wołyniu. Nie udało im się wrosnąć w to otoczenie społeczne. Miejscowi nazywali ich Ukraińcami i patrzyli na nich nieufnie. Oni przywykli żyć na uboczu tego świata. Ojciec unikał wszystkiego, co miało związek z istniejącym systemem i zakłamaną informacją. Nie zgadzał się nawet na kupno telewizora. Pierwszy telewizor wypożyczyli w 1974 roku tylko po to, aby oglądać mecze piłkarskie podczas mistrzostw. Krzesimir studiował już wtedy na Akademii Muzycznej w Poznaniu. Kilka razy przeprowadzali się z miejsca na miejsce. Po Wałbrzychu były Kielce, potem Lublin. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;- Wszystko odbywało się zawsze według tego samego scenariusza –&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt; śmieje się Krzesimir – &lt;em&gt;&lt;strong&gt;Ojciec w nowym miejscu zawsze najpierw był nauczycielem, potem zostawał dyrektorem szkoły, a potem go wyrzucali.&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;W jakiś czas po tym, jak Waldemar zostawał dyrektorem, pojawiał się „opiekun szkoły” – oficer UB, a w późniejszych latach SB – i polecał sporządzenie raportu o postawie politycznej nauczycieli i uczniów &lt;em&gt;&lt;strong&gt;– Wiecie, towarzyszu, potrzebujemy dokładnych  informacji &lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;– mówił. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;- Ojciec próbował się wykręcić, w końcu przyciśnięty do muru odpowiadał: „nie jestem towarzyszem” i oczywiście nie pisał... no i jechaliśmy do następnego miasta &lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;– opowiada Krzesimir &lt;em&gt;&lt;strong&gt;- Zwykle pierwszy wyjeżdżał ojciec, a nas sprowadzał po kilku miesiącach na nowe miejsce. Pamiętam, że w Kielcach toczyła się ostra walka z kościołem. Zamknięto biskupa Kaczmarka, żądano wyrzucenia nauczycieli, zakazano ojcu prowadzić chór kościelny. Nie chciał się podporządkować temu zakazowi. Znów skończyło się to wyjazdem. Tym razem do Lublina. Tam wreszcie osiedliśmy na dobre.  &lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Raj utracony &lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Włodzimierz Dębski całe lata tęsknił za Wołyniem. Marzył o podróży. I to marzenie w końcu się spełniło. Po raz pierwszy od wojny pojechał tam w latach siedemdziesiątych, wraz z oficjalną delegacją. Po powrocie zaczął malować. Ale nie to, co zobaczył, a to, co zachowało się w jego pamięci z czasów przedwojennych. Zaczął pisać wspomnienia, które stopniowo przerodziły się w monografię tamtych okolic. Odtwarzał z własnej pamięci wygląd dawnego Kisielina i pomagał jej, prowadząc korespondencję z ocalałymi mieszkańcami miasteczka. Kisielin odwiedził jeszcze kilkakrotnie. W latach dziewięćdziesiątych zaczęli na Lubelszczyznę przyjeżdżać drobni handlarze z wolnej już Ukrainy. Niektórzy zatrzymywali się w mieszkaniu Dębskich. Dla Waldemara byli to cenni goście – dzieci i wnuki ludzi, których znał przed wojną. W swoich podróżach na Wołyń zawsze próbował szukać śladów rodziców – Anisji i Leopolda. Wielokrotnie spotykał się z Ukraińcem – Andriejem Sokoliukiem, o którym miejscowi twierdzili, że wie najwięcej o tamtych tragicznych zdarzeniach. Sam Sokoliuk twierdził, że niewiele wie i niewiele pamięta. Słyszał strzały, ale uciekł do lasu. Nic nie wie o losie rodziców Waldemara. Andrej Sokoliuk nigdy nie pojechał do Polski, choć wielokrotnie był zapraszany. Podobno ukraińskiej dziennikarce, która przyjechała pisać o nim reportaż tłumaczył, że bał się zemsty Polaków. Zemsty za co? Tego nie chciał powiedzieć. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Podróże Krzesimira w przeszłość  &lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W 1977 roku oboje z matką wyprawili się na Kaukaz. Pojechali do Stawropolskiego Kraju.&lt;br /&gt;Na Kaukazie została siostra babci Anisji Czemierkin, której jeszcze z Wołynia babcia wysyłała paczki w czasie olbrzymiego głodu. Te paczki ratowały życie. Rodzina tej ciotecznej babki odnalazła w Polsce Dębskich przez Czerwony Krzyż. Ta podróż zostawiła po sobie przedziwne wspomnienia. Krzesimir i jego matka byli tam pierwszymi obcokrajowcami i codziennie musieli meldować się na milicji. Wioska, do której przyjechali, liczyła 15 tys. ludności.  &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;– O dziwo najwięcej można było się dowiedzieć od kuzynów pijaków, wykluczonych poza obręb społeczności –&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt; mówi Krzesimir &lt;em&gt;&lt;strong&gt;- Nie wiadomo jaka tak naprawdę była ta ich świadomość, ale pijąc krzyczeli „precz z komuną!” i to oni potrafili powiedzieć najwięcej o losach rodziny. &lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Widząc zdziwienie w moich oczach, dopowiada &lt;em&gt;&lt;strong&gt;– Widzisz, trzeba tam być na miejscu, trzeba zobaczyć na własne oczy, żeby zrozumieć. Kozacy byli białogwardzistami – później więc zsyłano ich masowo na Syberię. Wielu z nich nie wiedziało ile mają lat, nie mieli żadnych dokumentów, często nie znali nawet imion swoich rodziców. Żyli jak w łagrze, nie mogli nigdzie wyjeżdżać. Kiedy powstawały kołchozy, kozakom trudno było dostosować się do nowych warunków. Niektórym się udało, inni nie pracowali, a tylko zapijali się na śmierć. Społeczność wyrzucała ich poza swój obręb. Nie pasowali do obrazu sowieckiego człowieka.&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;strong&gt;&lt;em&gt; Trzymali się więc na uboczu, ale może właśnie dzięki temu zachowała się w nich jakaś pamięć dawnych lat. Dzięki nim odkryliśmy rodzinną ciekawostkę, że Andriej Czemierkin, zasymilowany kozak, wielokrotny radziecki medalista olimpijski wagi ciężkiej jest naszym dalekim kuzynem.&lt;/em&gt;&lt;/strong&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Krzesimir odbył z matką jeszcze jedną podróż – tym razem na Wołyń.&lt;br /&gt;Pojechali tam z ekipą filmową, która chciała nakręcić film o losach rodziny Dębskich. Kisielina znanego Krzesimirowi z opowiadań rodziców i z obrazów malowanych przez ojca, praktycznie już nie ma. Na miejscu starych domów pobudowano nowe, miejsca po innych zajęły kołchozowe pola. &lt;em&gt;&lt;strong&gt;- Próbowaliśmy odnaleźć znane moim rodzicom miejsca i zagubione ślady naszej rodziny. Pozostało mi w pamięci smutne wrażenie opustoszałych terenów, bez dawnych, tętniących życiem miasteczek i wiosek, a w tych, które się uchowały - straszyły zrujnowane kościoły i zaniedbane domostwa –&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt; mówi ze smutkiem Krzesimir. O losach rodziny nie dowiedzieli się praktycznie nic ponadto, co już wcześniej odkrył ojciec. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ukraińcy im nie dowierzali, patrzyli z ukosa na ekipę filmową. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;- Czasem ktoś kiwał na nas zza węgła albo zza krzaków, bojaźliwie rozglądając się na wszystkie strony i podawał jakąś informację.&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt; – przypomina sobie Krzesimir &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;– Nie wiem dlaczego, ale to wszystko sprawia wrażenie, jakby tymi ludźmi wciąż kierował strach. Zupełnie jak kilkadziesiąt lat temu, gdy za pomaganie Polakom groziła śmierć z rąk UPA. Był taki jeden, który jak się wydawało, bardzo chciał nam pomóc. Towarzyszył ciągle ekipie, całował matkę po rękach i obiecywał, że zdradzi miejsce pochówku dziadków. Później jednak nagle znikł. Od kogoś innego dowiedzieliśmy się, że to właśnie on brał udział w mordzie –&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt; milknie na dłuższą chwilę, a ja nie wiem jak ją przerwać. Udaję, że jestem bardzo zajęta nalewaniem sobie do szklanki wody z plastrami cytryny i limonki z oszronionego dzbanka, który z uśmiechem postawiła przed nami pani domu – Ania Jurksztowicz. Ale Krzesimir już za moment sam przerywa tę dźwięczącą ciszę, mówiąc &lt;em&gt;&lt;strong&gt;- Moi rodzice zawsze bardzo tęsknili za tamtymi stronami. Może dlatego, że właśnie tam przeżyli swoje najpiękniejsze młode lata, a może – tak, jak twierdzili – dlatego, że był to najwspanialszy skrawek ziemi pod słońcem, który wabił do siebie, inspirował i przywiązywał. Nie wiem czy chciałbym to zrobić dla samego siebie, czy może dla mojego nieżyjącego już ojca albo dziadka Leopolda, ale... chciałbym na tamtej ziemi odbudować ruiny kościoła z plebanią i drukarnię ariańską, przywrócić do dawnej świetności kolegiatę jezuicką. Chciałbym posadzić drzewka wiśni - może znów rodziłyby największe na świecie owoce. Może nawet mógłbym tam zamieszkać... –&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt; mówi coraz wolniej, jakby już tylko do siebie, uśmiechając się do swoich myśli, ale nagle dodaje, smutniejąc &lt;em&gt;&lt;strong&gt;- Tylko... jak przezwyciężyć narosłe przez lata zaszłości i uprzedzenia Ukraińców?&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-4090273543229174093?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/4090273543229174093/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=4090273543229174093&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4090273543229174093'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4090273543229174093'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/wywiad-ktory-sie-nie-ukaza-czyli-aneks.html' title='Wywiad, który się nie ukazał, czyli aneks do historii losów wołyńskich'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr9AO1iCYvI/AAAAAAAAAC0/yWL1QqgLRdY/s72-c/Kisielin.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-4613822884251379324</id><published>2009-09-27T03:05:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T03:14:07.557-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='UPA'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wołyń'/><title type='text'>"Jeśli zapomnę o nich, Ty Boże zapomnij o mnie"...</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr863jb6yjI/AAAAAAAAACs/0HqhB348FnU/s1600-h/wolyn.png"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 174px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr863jb6yjI/AAAAAAAAACs/0HqhB348FnU/s200/wolyn.png" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386088405437958706" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;W tym roku mija 66 lat od rzezi Polaków dokonanej na Wołyniu przez ukraińskich nacjonalistów. Jest to rocznica umowna, bo pierwsze mordy rozpoczęły się już w 1939 roku, przerodziły w systematyczną eksterminację w roku 1942 i trwały aż po rok 1947. Jednak największe ich nasilenie przypada na letnie miesiące 1943 roku. 11 lipca 1943 podpalono i wymordowano ludność jednocześnie w 167 miejscowościach na Wołyniu. W ciągu całego lipca 1943 r. oddziały eksterminacyjne pojawiły się w ponad 500 miejscowościach. Ludobójstwa dokonywano nie tylko na ludności polskiej, ale także żydowskiej, czeskiej, ormiańskiej i na samych Ukraińcach, którzy ginęli, jeśli chcieli nieść pomoc ofiarom. Z wołyńskich Polaków zginęło co najmniej 60 tys. - najprawdopodobniej jednak znacznie więcej ludzi (niektórzy historycy wspominają nawet o 250 tysiącach) – głównie kobiet, dzieci i starców. OUN rękami swoich oddziałów UPA nie tylko zabijało całe rodziny, ale niszczyło wszelkie ślady obecności Polaków na tej ziemi. Burzono i podpalano domy, kościoły, a nawet wycinano polskie sady. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pamiętamy o Katyniu. Żaden Polak nie powie, że nie była to zbrodnia na polskim narodzie. Tymczasem wołyńska hekatomba to ofiary jakichś „zajść” czy „wydarzeń”. Zamiast o zaplanowanej i konsekwentnie realizowanej rzezi, mówi się nieśmiało o nieszczęściu „obu narodów” mającym swe źródło we „wzajemnej nienawiści”, zapominając, że OUN i jego przywódcy kierowali się ideologią zbliżoną do faszyzmu i nazizmu, a ideolog ukraińskiego nacjonalizmu - Dmytro Doncow był zagorzałym wielbicielem Mussoliniego i Hitlera, których dzieła tłumaczył na ukraiński i z inspiracji których korzystał przy tworzeniu zrębów programu założonej w 1929 r OUN. Dziś, wspominając o ofiarach na Wołyniu, przytacza się niejednokrotnie wyliczenia, że „zginęło około 100 tysięcy Polaków, a po stronie ukraińskiej było około 30 tysięcy ofiar”, nie dodając przy tym, że owe 30 tysięcy ofiar po stronie ukraińskiej, to w większości ofiary nie polskich akcji odwetowych, ale również ofiary ukraińskiego nacjonalizmu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stanisław Srokowski, uratowany w dzieciństwie od śmierci przez młodą Ukrainkę, który za swoją powieść dotyczącą rzezi dokonanej przez Ukraińców "Nienawiść" otrzymał 11 listopada 2007 r. wyróżnienie w konkursie Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza, mówi: &lt;em&gt;&lt;strong&gt;„Całe Kresy stanowiły bogate, wielokulurowe społeczeństwo. Nie odczuwałem żadnej niechęci do innych nacji. Ale kiedy nadeszły mordy, wieś pękła. Najbardziej dramatyczne stały się sunące ku nam echa zbrodni, które nas okrążały i koło śmierci zacieśniało się jak pętla na szyi. Zabijano nasze dusze na raty, dzień w dzień, noc w noc. Najpierw gdzieś daleko komuś odcięto język,  bliżej wydłubano oczy, a najbliżej porżnięto piłami. I w tym oczekiwaniu na śmierć musieliśmy żyć.[...] Polacy w ogóle nie byli przygotowani. To było wielkie trzęsienie ziemi w dziejach Polski i tamtej Europy. Najpierw wydawało się, że to jednorazowa zbrodnia i więcej się nie powtórzy. Ale było coraz gorzej. Mordy stawały się coraz okrutniejsze, coraz bardziej wyrafinowane. Płonęły kolejne wsie, palono żywcem tysiące Polaków. Groza wydarzeń uświadamiała skalę okrucieństwa, męczeńską śmierć, którą trudno do dzisiaj zapomnieć.[...] &lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;Niedawno pojechałem na Kresy, by się upewnić, że kiedyś tam mieszkałem.&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt; &lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;W człowieku żyje potrzeba rekonstrukcji własnego życia, sprawdzenia, czy się rzeczywiście istniało i czy istniał tamten świat. Szukamy własnych korzeni. Mimo, że sam przeszedłem przez piekło, wciąż miałem poczucie, że to nieprawda, a koszmarny sen. Dotarłem do miejsca, gdzie był mój dom, ale już go nie ma. Nie ma cmentarza, płyty nagrobne zniszczone, krzyże powyrywane, pasą się tam krowy. Kościół zamieniono w magazyn. I ta dzwoniąca w uszach, straszna  cisza po Polakach! Płakać się chce![...] Mieszkańcy ukraińskich wiosek idą w zaparte i twierdzą na ogół, że Polacy tam w ogóle nigdy nie mieszkali. [...] Im się wydaje, że to Polacy są winni. Kiedy opowiadam prawdę, nie chcą jej przyjąć. Mówią, że to niemożliwe. I ja ich  rozumiem. Bo tego normalny umysł nie jest w stanie ogarnąć.”    &lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Cytat ze strony ks. Isakowicza-Zaleskiego: „Zabijanie bezbronnych siekierami stało się ukraińskim etosem narodowym. Najlepiej ilustruje to opis zawarty w monografii ludobójstwa Polaków na Tarnopolszczyżnie. Otóż Stefan Dancewicz, były mieszkaniec wsi Puźniki w powiecie Buczacz, wymordowanej przez UPA, przybył parę lat temu w rodzinne strony. Oto co zapisał w swojej relacji: &lt;em&gt;&lt;strong&gt;Zapytani młodzi Ukraińcy na Zalesiu, gdzie była suszarnia, w której banderowcy w 1945 r. spalili żywcem kilkudziesięciu Polaków, niewiele wiedzą o tamtych tragicznych czasach (...) Inny młody Ukrainiec zapytany, "Czy on walczył za Samostijną Ukrainę?", odpowiedział, że nie, bo wtedy był jeszcze za mały i żałuje, że nie mógł tego robić, ale dodał: "mój ojciec za to dobrze rąbał". Nie potrafił jednak odpowiedzieć, za co "rąbał" sąsiadów - Polaków.   &lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pamiętajmy o słowach człowieka, któremu jako 7-letniemu dziecku udało się uniknąć straszliwej, męczeńskiej śmierci i któremu tamta barbarzyńska rzeź po dziś dzień śni się po nocach:&lt;strong&gt;&lt;em&gt; „To nie tylko śmierć kilkuset tysięcy niewinnych ludzi. To zagłada wielowiekowej cywilizacji i kultury europejskiej, która wyrosła na Kresach. Zamiary zbrodniarzy sięgały daleko. Nie tylko wyciąć w pień Polaków. Ale i zadać śmiertelny cios nauce i kulturze,  które w tym regionie przez stulecia wytwarzały intelektualną i duchową rzeczywistość Europy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tutaj rozwijał się szacunek dla dziedzictwa narodowego, które świeciło blaskiem wielu ludów. Tutaj kształtował się charakter narodowy, podstawowe zasady moralne, wrażliwość i wyobraźnia, duma, godność i honor, wartości, których tak często nam dzisiaj brakuje. Tutaj wprowadzał na salony polski język Mikołaj Rej. Niedaleko stąd pisał Kochanowski. A całe Kresy to potęga polskiej i europejskiej literatury: Mickiewicz i Słowacki, Miłosz, Lem i Herbert, ale też Fredro, Leśmian, Staff, Brzechwa, Bruno Schulz, Parandowski, Makuszyński i setki innych. A ileż by jeszcze na tej urodzajnej ziemi wyrosło geniuszy, gdyby ich, jako dzieci, nie zadźgano nożami. Kresy to też Ossolineum, Uniwersytet Jana Kazimierza, głośna na cały świat szkoła matematyczna z profesorami - Stefanem Banachem i Hugonem Steinhausem na czele. To setki pałaców i dworków, w  których kwitło życie kulturalne. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I to wszystko obrócono w pył. Wielki fragment  europejskiej cywilizacji runął w przepaść. Zieje tam dzisiaj pustka.” &lt;/em&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapalmy znicze... przez pamięć na naszych dziadków i pradziadków. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żeby nie pozostała po nich pustka... także w naszych sercach.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-4613822884251379324?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/4613822884251379324/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=4613822884251379324&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4613822884251379324'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/4613822884251379324'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/jesli-zapomne-o-nich-ty-boze-zapomnij-o.html' title='&quot;Jeśli zapomnę o nich, Ty Boże zapomnij o mnie&quot;...'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr863jb6yjI/AAAAAAAAACs/0HqhB348FnU/s72-c/wolyn.png' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-8064390385576528733</id><published>2009-09-27T02:37:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T02:42:05.812-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wspomnienia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pamiątki'/><title type='text'>Pamiątkowo</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr8zYD_3EaI/AAAAAAAAACk/Zj9-zkp3YBs/s1600-h/box.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 196px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr8zYD_3EaI/AAAAAAAAACk/Zj9-zkp3YBs/s200/box.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386080167841436066" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;strong&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;strong&gt;&lt;em&gt;Najpiękniejszych chwil w życiu nie zaplanujesz. One przyjdą same. &lt;/em&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;/Phil Bosmans  - jest flamandzkim księdzem katolickim, zakonnikiem ze zgromadzenia Monfortanerów. Od ponad czterdziestu lat mieszka w niewielkim klasztorze w Kontich pod Antwerpią/&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Moja starsza córka (kiedyś Panna W., a teraz już Pani W.), która nie ma jeszcze dzieci, ale za to od niedawna ma swojego własnego męża i swój własny dom, poczuła się na tyle dorosła, że postanowiła „zrobić wreszcie porządek” z pamiątkami z dzieciństwa, z którymi do tej pory nie potrafiła się rozstać. „Zrobienie porządku” nie mogło jednak polegać, z powodu tych właśnie „trudności w rozstaniu”, na wyrzuceniu zbiorów do śmietnika. Zadzwoniła do mnie, emocjonalnie rozdarta między dzieciństwem a dorosłością, czyli między chęcią usunięcia starych misiów, lalek, kartek pocztowych i mnóstwa innych, kiedyś ulubionych drobiazgów, a silną potrzebą pozostawienia ich tam, gdzie są – pod ręką.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;- To zrób sobie Pamiątkowo &lt;/em&gt;– wypaliłam.&lt;br /&gt;&lt;em&gt;- Pamiątkowo? &lt;/em&gt;– spytała ze zdziwieniem, ale za moment skojarzyła &lt;em&gt;– Takie jak to twoje? Zawsze zastanawiałam się po co przechowujesz te szpargały. Teraz rozumiem.   &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uśmiechnęłam się do słuchawki telefonu z wyższością człowieka, który swoje rozterki z przechodzeniem do świata dorosłych ma już dawno za sobą. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moje Pamiątkowo, to spory karton, który zawsze, od lat, targałam ze sobą przy każdej przeprowadzce. W każdej z nich traciłam coś, co gdzieś po drodze ginęło i już nigdy nie udawało się tego odnaleźć. Zupełnie tego nie rozumiem, jak może zginąć ulubiony, własnoręcznie wydziergany sweter w kolorowe pasy, albo ukochane skórzane sandały, które były przeze mnie wystawiane na najgorsze próby – chodziłam w nich po żarze ogniska zanim kiedyś w końcu odważyłam się zrobić to bosymi stopami, wchodziłam w nich do jeziora, jeśli musiałam umyć jakiś biwakowy talerz. Jesienią wrzucałam je na sam koniec szafki z butami i za każdym razem czułam taką samą radość, gdy wyciągałam je wraz z nadejściem lata. To była zguba, z którą zdecydowanie najtrudniej było mi się pogodzić, choć ginęły mi także ulubione płyty, książki i wiele innych, znacznie mniej ważnych dla mnie przedmiotów, a same sandały, gdyby nie zaginęły podczas tamtej przeprowadzki, to pewnie i tak nie wytrzymałyby już kolejnego sezonu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moje kartonowe Pamiątkowo nigdy jednak nie doznało w tych przeprowadzkach najmniejszego uszczerbku. Zawsze lubiłam ten moment, gdy w kolejnym nowym miejscu, po rozpakowaniu rzeczy i zapełnieniu nimi wszystkich szaf, szafeczek, komód i pawlaczy, mogłam usiąść na podłodze na środku pokoju i skrupulatnie przejrzeć jego zawartość. Było tam parę przedmiotów, z którymi związana byłam od najwcześniejszego dzieciństwa. Istniały zawsze, bo były starsze ode mnie. Przeznaczenia niektórych z nich nawet się nie domyślałam – jak na przykład sensu istnienia pięciu ciężkich, szklanych pałeczek o przekroju kwadratu o boku ok. 1 cm i długości mniej więcej 8-9 cm. W ich środku były zatopione jakieś kolorowe kwiatki. Leżą tak do dziś i nadal nie mam pojęcia co to takiego. Przechowuję także drewnianą, intarsjowaną szkatułkę, która wygląda jak gruba książka. Trzeba znać tajemny zameczek, by wiedzieć, jak ją otworzyć. Wtedy wysuwa się z niej szufladka, w której ochroniony bibułkami leży zasuszony niewielki bukiecik kaczeńców. Pierwsze kwiaty, pierwsza miłość... dziś mają już ponad trzydzieści lat. Od tamtego czasu świat się zmienił i ja się zmieniłam, a ten kruchy bukiecik trwa nienaruszony i nie wiem... może to on spowodował, że do dziś, od wyniosłych róż, znacznie bardziej lubię drobne bukieciki niezapominajek, fiołków, stokrotek, pachnącego groszku...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyciągam z kartonu puste miniaturowe ramki do zdjęć i stare zdjęcia nadal oprawione w ramki, których już nikt nie ustawia na kominku, bo starego kominka też już dawno nie ma. Miga do mnie okiem porcelanowa główka bardzo starej lalki, która – od kiedy sięgnę pamięcią – zawsze była już tylko główką, choć mówiono mi, że kiedyś miała szmaciany tors. Jeszcze kilka widokówek z różnych stron świata i kartki świąteczne, jakich w PRL nie produkowano. Przysyłała je moja mieszkająca w Wiedniu ciotka, a dla mnie były symbolem jakiegoś kompletnie mi nieznanego, kolorowego świata. Jeszcze parę innych drobiazgów i stosy zdjęć. Dziwni, czasem już dla mnie nie identyfikowalni panowie z wąsami i w surdutach, panie w powłóczystych sukniach, dziadek w mundurze armii generała Andersa, młodziutka mama w baletkach, próbująca swych sił w jakimś objazdowym teatrzyku, tata z ręką na temblaku, złamaną podczas jazdy na motorze, babunia... ciepłe, ciemne, mądre oczy wyzierające zza drucianych okularów i długie siwe włosy spięte w gruby węzeł na karku. Mały urwipołeć z jasnymi, kręconymi lokami i łobuzerskim wyrazem śmiejących się ślepków - dziecko, z którego wyrosła – aż się wierzyć nie chce – taka duża osoba, jak ja. Na rowerku, na sankach, zbierająca na łące stokrotki, potem zmierzająca do szkoły w granatowej sukience z marynarskim kołnierzykiem i z tornistrem na plecach, melancholijna nastolatka i roześmiana studentka, zadumana panna młoda – wciąż jeszcze zbuntowana, bo – co prawda w białej – ale szytej w stylu kowbojskim sukience i wyszywanych kowbojskich kozaczkach na nogach. No i na złość oszołomionej rodzinie – z bukietem ślubnym z kremowych chryzantem :) A pan młody – a jaki inny mógłby do takiej dziwaczki pasować? – w dżinsach i jakiejś rozpiętej kurtce. O gościach weselnych przez litość już nie wspomnę. A wśród nich moja przerażona tym „anturażem” rodzinka :) Mijał jednak rok za rokiem, a żadnej, wieszczonej systematycznie przez moje ciotki, katastrofy nie było. Na zdjęciach zaczęły za to pojawiać się Panny – Panna W i Panna C. Mimo dzielących je 6 lat różnicy wieku, wyglądały niemal jak bliźniaczki. Dziś, jeśli widzę na zdjęciu tylko jedną z nich i nie sprawdzę, z którego roku zdjęcie pochodzi, rozpoznać je potrafię na ogół jedynie po ubraniach, jakie nosiły i po ulubionych zabawkach, z którymi się fotografowały.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zresztą mam coraz mniej okazji do rozwikływania takich zagadek. Po jednej z ostatnich przeprowadzek postanowiłam wreszcie zrobić porządek ze zdjęciami. Kupiłam cztery grube albumy fotograficzne i przesiedziałam nad nimi sporo czasu, wklejając do nich zdjęcia. I gdy już albumy były gotowe, wtedy... jakoś przestałam je oglądać i dziś częściej (znak czasów) zaglądam do cyfrowych plików w moim komputerze, niż do tych tradycyjnych obrazków. Nauczona tym doświadczeniem, nie próbuję już ulepszać mojego Pamiątkowa. Stoi na jednej z półek mojej szafy, a ja zawsze, gdy ją otwieram, napotykam wzrokiem sfatygowane pudło, które kiedyś pieczołowicie okleiłam różowym papierem drukowanym w bukieciki polnych kwiatków. I czasem wydaje mi się, że to nie wypłowiały papier, ale że na półce w szafie zaplątał się kawałek mojej własnej łąki. Łąki mojego życia, która zaczyna się w tym kartonie, a gdzie się skończy? Tego nie wie nikt. Los czasami wybiera za nas. Poddajemy się wtedy jego woli, nie chcąc, albo nie potrafiąc zmienić jego wyroków. Tej łąki mogło wcale nie być, albo mogła być jakaś inna. Może piękniejsza, a może mniej prawdziwa. Ale jest właśnie taka, jaka jest. I wiem, że tam trwa, nawet w samym środku najciemniejszej nocy, a każdy przeżyty dzień rozkwita na niej kolejnym kwiatem, albo... chwastem. Jak na każdej prawdziwej łące.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-8064390385576528733?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/8064390385576528733/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=8064390385576528733&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/8064390385576528733'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/8064390385576528733'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/pamiatkowo.html' title='Pamiątkowo'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr8zYD_3EaI/AAAAAAAAACk/Zj9-zkp3YBs/s72-c/box.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-160441563193751413</id><published>2009-09-27T02:25:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T02:36:58.459-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kobiety'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rzym'/><title type='text'>Rzym, limeryki i... święto kobiet</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr8xwn6L4wI/AAAAAAAAACc/f0TRK9De4bI/s1600-h/Italy-Rome-ancient-Roman-remains-ruins-7-CS.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 136px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr8xwn6L4wI/AAAAAAAAACc/f0TRK9De4bI/s200/Italy-Rome-ancient-Roman-remains-ruins-7-CS.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386078390774915842" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Nie lubię Święta Kobiet. Nie dlatego nawet, że przylgnęło do niego określenie „święta wymyślonego przez komunistów”. W końcu już w starożytnym Rzymie obchodzono na początku marca Matronalia, święto związane z początkiem nowego roku, macierzyństwem i płodnością – święto, które oddawało honory kobiecości (napiszę o nim niżej), a w każdej starożytnej cywilizacji kobieta miała wyznaczoną swoją niepoślednią rolę. I nie dlatego przede wszystkim, że w PRL fetowano ten dzień z równie parcianą elegancją, jak parciana była cała PRL. Nie lubię go dlatego, że szacunek zinstytucjonalizowany jest dla mnie wart mniej więcej tyle samo, co jego brak.&lt;br /&gt;Jak każda chyba kobieta, zdecydowanie bardziej cenię sobie codzienne przyjazne gesty i męskie wsparcie w trudnych chwilach. Zresztą wiem doskonale, że i mężczyźni nie przepadają za tym świętem. Czy nie najlepiej zatem jest potraktować je żartobliwie? :)  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Jeśli baby, to te Kameralne,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;choć zwyczaje mają fatalne&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- miast się kuchnią zajmować&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i skarpety cerować,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;w blogach teksty pisują banalne &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Idealna kobita to domowy najmita&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- taka myśl w głowach wam świta&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lecz prawdziwy mężczyzna&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;niewątpliwie to przyzna,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;że w skrytości te wiersze przeczytał :) &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Urok, charme, ciepło i lekkość słowa &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- tym nas wabi kameralna rozmowa&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sławiąc dziś imię Baby&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i jej wdzięczne powaby,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;jestem linki wam rzucić gotowa &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Zatem każdy kto ceni &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;melancholię jesieni&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;albo przepych wiosennej zieleni,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;letnie niebo nad głową&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;lub śnieżycę zimową,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;niech w słuchacza tych bab się zamieni.   &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Linki do Bab Kameralnych z Salonu24: &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;http://panilyzeczka.salon24.pl/index.html  http://sosenka.salon24.pl/index.html  http://ufka.salon24.pl/index.html  http://odadozet.salon24.pl/index.html  http://julll.salon24.pl/index.html  http://mloda.polka.salon24.pl/index.html  http://suselkowata.salon24.pl/index.html  http://obrazki.salon24.pl/index.html  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Specjalny pokłon oddaję Xsiężnej, która, nie prowadząc sama blogu, jest Dobrym DuchemBab Kameralnych :)   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;br /&gt;I jeszcze mały łyk historii... :)&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Eskwilin – najwyższe i największe z siedmiu wzgórz Rzymu. Dziś jest to stosunkowo zaniedbana dzielnica miasta, przyciągająca do siebie turystów przede wszystkim Bazyliką Santa Maria Maggiore, w której odnaleźć można połączenie wielu różnych stylów – romańskiego, renesansowego i barokowego. Fascynujące swym pięknem mozaiki pochodzą z V wieku, a kasetonowy sufit (dar Aleksandra VI Borgii) złocony jest podobno złotem pochodzącymz pierwszej wyprawy Kolumba do Ameryki. Z Bazyliką związana jest legenda... o śniegu.Podobno w 352 r.n.e. papieżowi Liberiuszowi ukazała się we śnie Matka Boska, która poleciła mu zbudować kościół w miejscu, w którym spadnie śnieg. I ten śnieg spadł – dokładnie 5 sierpnia,w samym środku upalnego lata. Leżał tylko w jednym miejscu – na wzgórzu Eskwilin. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tam właśnie została wzniesiona Bazylika Santa Maria Maggiore, a dla upamiętnienia tego cudownego zdarzenia, corocznie odbywają się specjalne msze, podczas których spod kopuły bazyliki sypane są białe płatki kwiatów, które wirując w powietrzu, udają płatki śniegu.&lt;br /&gt;Druga świątynia, jaka przyciąga turystów, to San Pietro in Vincoli, ufundowana specjalnie dla relikwi, jaką są dwa łańcuchy (vincoli), którymi św. Piotr był skuty w lochach Więzienia Mamertyńskiego.Jednak bardziej niż te relikwie, odwiedzający chcą na własne oczy zobaczyć słynny posąg Mojżesza dłuta Michała Anioła. To przy nim tłoczy się zawsze największa gromada zwiedzających. Na Eskwilinie możemy odwiedzić także pozostałości po Złotym Domu Nerona, który despotyczny władca rozkazał wybudować po pożarze Rzymu i oczywiście słynny targ na Piazza Vittorio Emanuele II. Jeśli już tam dotrzemy, to warto znaleźć czas na zajrzenie do zaniedbanego ogrodu z tajemniczymi ruinami i dziwną bramą, na której widnieją czarodziejskie znaki i formuły alchemiczne. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak wygląda dzisiejszy Eskwilin, a wieki temu...&lt;br /&gt;   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Marcowe słońce odbija się od dwunastu świętych spiżowych tarcz poświęconych Marsowi, niesionych przez Saliów (kapłanów Marsa i opiekunów tarcz) w uroczystej procesji przemierzającej Eskwilin. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W niebo płyną dźwięki fletów i pieśń śpiewana przez Saliów, a ich stopy wykonują taneczne ruchy. To nadchodzi czas planowania wojennych wypraw i zarazem czas rozpoczynania prac polowych. &lt;br /&gt;Mars, jako bóg wojny, jest traktowany zarazem jako obrońca i stróż pól oraz urodzajów. Mężczyźni przypatrują się pląsom kapłanów, a potem zmierzają tłumnie ku miejscu, w którym odbywać się będą wyścigi rydwanów. Przez cały dzisiejszy dzień czyścili broń, a teraz pora na rozrywkę.   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem ku gajowi i świątyni Junony na Eskwilinie podąża inny pochód, odziany w zwiewne tuniki i spowity wonią kwiatów. To rzymskie kobiety, które celebrują dzisiaj Matronalia. Niosą naręcza kwiatów, aby złożyć je w ofierze bogini tyleż troskliwej, co surowej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jej rzymskie podobizny przedstawiają Junonę jako wysoką, postawną kobietę o poważnym, niemal srogim wyrazie twarzy i posturą godną raczej nie delikatnej kobiety, lecz żołnierza. Była nieprzejednana dla konkubinatu i stała się uosobieniem zazdrości o swojego męża. Opiekunka kobiet, w tym kobiet brzemiennych, była zarazem mściwa, bezlitosna i okrutna dla kochanek Jowisza i jego nieślubnych dzieci, dla tych, którzy sprzeciwili się jej woli i kobiet, które uważały się za piękniejsze od niej.  Wiedząc o tym, Rzymianie początkowo zakazywali nie tylko prostytutkom, ale i monogamicznym nałożnicom wstępu do jej świątyń. Nie wolno im było nawet dotknąć murów świątyni. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Junona miała wiele przydomków, ale ta eskwilińska była chyba najbardziej „ludzka” – jako Junona Lucina, bogini światła i narodzin, miała pieczę nad brzemiennymi, rodzącymi i nowonarodzonymi oraz tymi, które bezskutecznie pragnęły potomka. Czczono ją także jako patronkę płodności i urodzaju (choć była to także „specjalizacja” innej bogini pomniejszego znaczenia, Fauny), pierwszeństwo w sprawach ochrony ogniska domowego i państwowego dając jednak Weście. &lt;br /&gt;  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze chwila, a kobieca procesja dotrze przed ołtarze, na których palą się już wonne kadzidła, rozsnuwając swój zapach wokół przystrojonych kwiatami i wełnianymi wstążkami posągów bogini.&lt;br /&gt;Tu zostanie złożona ofiara z krowy mająca zapewnić kobietom przychylność ich patronki.Później rozejdą się do swoich domostw, wymieniając po drodze uwagi na temat podarunków, które tego dnia dostały od swoich mężów. Przed nimi będzie jeszcze jedno zadanie do spełnienia. Przygotują uroczysty poczęstunek, przy którym ten jeden raz w roku będą usługiwały swoim niewolnicom.  Nie tylko w kulturze starożytnego Rzymu kult bogini-matki miał tak znaczący wymiar. Greckim odpowiednikiem Junony jest Hera, ale przecież podobne kulty rozwijały się i w innych kulturach. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Epoka kamienia miała swoją Wenus z Willendorfu i Wenus z Laussel – i jeśli nawet nie były to boginie, to w każdym razie na pewno symbole płodności i kobiecości. Ameryka prekolumbijska czciła inkaską Mama Ocllo i Mama Pacha oraz Wielką Boginię Majów Ixchel. Mezopotamia miała swoją Nitu, Sumerowie – Innar, a Babilonia – Isztar. Fenicjanie oddawali cześć Asztoreth, czyli Asztarte, a w Anatolii, a potem całej Azji Mniejszej królowała Wielka Macierz Bogów, czyli Kybele. Skandynawia miała swoją Freję, Celtowie – Danu i Morrigan, a wśród bóstw wedyjskich podobna rolę pełniła Prithivi. Bogini Amaterasu była naczelnym bóstwem panteonu shintoistycznego (Japonia), wyprzedzając swoim znaczeniem wszelkie inne bóstwa, także te płci męskiej.&lt;br /&gt;  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Właściwie wszystkie te boginie miały różne twarze, jak Junona. Miały twarz zatroskaną i opiekuńcze dłonie, ale i twarz czasem wykrzywioną nie zawsze słusznym gniewem – jak ich ziemskie, kobiece odpowiedniki.  Zdarzało im się nawet wtedy wywoływać powodzie, trzęsienia ziemi i różne inne klęski żywiołowe. Potrafiły być w tym bardzo pomysłowe. Miały wielką moc, której towarzyszył niedoskonały, ludzki charakter. Zostały przecież powołane do życia przez człowieka. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z nami, ziemskimi kobietami, jest jednak trochę łatwiej, bo nie trzeba się nas lękać i budować nam ołtarzy. Większość z nas nie potrzebuje nawet daniny w postaci kwiatów z okazji Dnia Kobiet, że o ofiarnych krowach już nawet nie wspomnę. Zupełnie nam wystarczy, że będziemy kochane :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-160441563193751413?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/160441563193751413/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=160441563193751413&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/160441563193751413'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/160441563193751413'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/rzym-limeryki-i-swieto-kobiet.html' title='Rzym, limeryki i... święto kobiet'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr8xwn6L4wI/AAAAAAAAACc/f0TRK9De4bI/s72-c/Italy-Rome-ancient-Roman-remains-ruins-7-CS.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-5110686483104294199</id><published>2009-09-27T02:11:00.000-07:00</published><updated>2009-09-27T02:25:00.340-07:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Norwid'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='tożsamość narodowa'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Polska'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Ojczyzna'/><title type='text'>Porozmawiajmy zatem</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr8vTaxGaiI/AAAAAAAAACU/I9x1tTXRtA0/s1600-h/Maki.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr8vTaxGaiI/AAAAAAAAACU/I9x1tTXRtA0/s200/Maki.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5386075690007685666" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-family:times new roman;"&gt;&lt;strong&gt; &lt;/strong&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-family:times new roman;"&gt;&lt;strong&gt;– zainspirowane dyskusją z Michałem Bąkowskim (Wydawnictwo Podziemne) o patriotyzmie, tożsamości narodowej i... Norwidzie &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;Pan Michał Bąkowski postawił mi kilka pytań w dyskusji, jaka rozpoczęła się w innym wątku. Pytań dla mnie bardzo istotnych. Ich waga nie pozwala mi odpowiedzieć na nie kilkoma zaledwie zdaniami i stąd ten nowy wątek. Na początek wklejam w całości wypowiedź Pana Michała, bo to ona stała się przyczyną powstania tego wpisu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;em&gt;Nie stawajmy w szranki. Czy rzeczywiście trzeba? Rozmowa jest podobno nerwem życia, czy nie można w zamian porozmawiać? W rozmowie zawiera się cała (niemal) istota życia duchowego. Rozmawiając, żyje się pełniej. Czy możemy więc porozmawiać? &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Ma Pani za złe Mackiewiczowi, że podawał Europę Wschodnią jako kraj swego pochodzenia. Dlaczego? Czyż nie jest to bliższe "Litwo, ojczyzno moja..." niż "patriotyzm języka", do którego sprowadza się dzisiejszy "patriotyzm"? Proszę pamiętać, że jego kuzyn był Litwinem, inny bolszewikiem, a brat rodzony prlowskim zdrajcą. Ludzie różnie w tamtych czasach wybierali, a czy sądzi Pani, że z dwóch braci Szeptyckich ten był bardziej patriotyczny, który został polskim generałem, niż ten, który był unickim kardynałem i ojcem narodu ukraińskiego? Kochać można kraj, raczej niż naród. To też jest patriotyzm. I Mackiewicz kochał swój kraj, w którym większość mówiła po rusku (jak by dziś powiedziano, białorusku), polski naród poszedł sobie gdzie indziej i patrzył na kraj Mackiewicza jak na kresy, a to nie był dla niego kres czegokolwiek, tylko samo centrum. Kochał ten kraj i ludzi w swoim kraju ("jako część krajobrazu"), a obojętne mu było, jakim mówili językiem. Niechże mu Pani daruje i nie ma już do niego pretensji. Bardzo proszę. &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Mówi Pani "ojczyzna była w sercu", a czy tak nie powinno być? Polska jest w tym względzie dziwnym wypadkiem, bo często jej nie bywało, więc serce było dla niej przytulnym miejscem. Ale proszę mi powiedzieć - tylko rozmawiamy, nie wchodzimy w szranki! - czy uważała Pani zawsze prl za nie-Polskę? Bo ja nie. Józef Mackiewicz musiał mnie walnąć obuchem po głowie, żeby mnie przebudzić z patriotycznej drzemki. Kto tak naprawdę w prlu uważał, że nie mieszka w państwie polskim? Tak uważała nawet ogromna większość politycznej emigracji, co dopiero ludność prlu! Patrząc wstecz, ludzie mówią teraz, "to nie było polskie państwo, ale teraz jest!"  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A co Pani sądzi? Bez wchodzenia w szranki, po prostu rozmawiając. &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Mówiła Pani kilkakrotnie o utracie tożsamości. Wyznaję, że nie rozumiem tego (tylko rozmawiamy!). Czy mi się zdaje, czy Norwid pisał, że "Polak w Polaku olbrzym, a człowiek w Polaku karzeł" (proszę mi wybaczyć, cytuję z pamięci), więc i co z tej tożsamości? Czy nie lepiej by było trochę mniej tożsamości, ciut mniej patriotyzmu, a więcej człowieczeństwa?   &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;                                              * * * &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zacznijmy od Norwida (dobrze, że Pan go przypomniał). Ja przypomnę coś jeszcze. Norwid rozwinął przywołaną przez pana myśl pisząc także, iż "Polska jest ostatnie na globie społeczeństwo, a pierwszy na planecie naród” i to znacznie lepiej oddaje jego poglądy na naród&lt;br /&gt;i społeczeństwo polskie, które nie bez racji traktował jako opozycję pojęć, bowiem te dwa pojęcia nie są tożsame, choć dziś w mowie potocznej traktuje się je właściwie zamiennie. A to jednak dosyć istotne rozróżnienie, które zresztą – o ile się je zechce stosować -  tłumaczy wiele nieporozumień dotyczących oceny Polaków. Norwid nigdy nie zaprzeczał wielkości narodu polskiego – wielkości jego historii, kultury, jego dokonań. Naród jest rozumiany jako wspólnota etniczna na tyle silna, by potencjalnie móc stworzyć własne państwo. Społeczeństwo natomiast, to jedynie zbiorowisko ludzkie powiązane wspólnotą bytu materialnego i organizacyjnego na określonym terytorium. Społeczeństwo może funkcjonować jako byt wielonarodowy, wielowyznaniowy i wielojęzyczny. Nic zatem dziwnego, że wysiłki zarówno zaborców, jak i władz komunistycznych skupiały się głównie na niszczeniu poczucia narodowej tożsamości. Chcieli zniszczyć naród, ale potrzebne im było społeczeństwo niewolników. Z Polakami to się nigdy nie udało. Proszę zwrócić uwagę, że bezcelowość zaszczepiania społeczeństwu polskiemu zasady internacjonalizmu zrozumiał Gierek ze swoją ekipą i wykorzystał to spostrzeżenie w swojej „propagandzie sukcesu” dla chwilowego uspokojenia wzburzonych nastrojów. To od niego zaczęło się odwoływanie do naszego poczucia tożsamości i naszej dumy narodowej, a hasłami „Polak potrafi” i „aby Polska rosła w siłę...” oblepiono całą Polskę.W tym sensie teza Mackiewicza znajduje tu częściowe potwierdzenie, bo było to nic innego, jak tylko specyficzny „wentyl bezpieczeństwa”. Jednak czy nie przyspieszyło to dodatkowo (niezamierzenie całkiem) późniejszego rozwoju wydarzeń? Każdy ciemiężca wie, jak niebezpieczne jest danie asumptu do poczucia narodowej dumy. Władze komunistyczne albo o tym zapomniały, albo nie miały już innego wyjścia.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając do Norwida – widział on rozdźwięk pomiędzy wielkością narodu polskiego, a miernotą współczesnego mu społeczeństwa, które wszak nigdy nie jest jednorodne. Na jednym jego krańcu plasują się bohaterowie, na drugim zaprzańcy, a o sile jego tak naprawdę stanowi jego środek, czyli ludzie, którzy dadzą się pociągnąć za sobą bohaterom, pozostaną w miejscu, albo zaczną usprawiedliwiać zaprzaństwo. Norwid, mimo że wskazywał na marazm umysłowy społeczeństwa, to jednak wierzył, że literatura posiada w sobie moc jego wykreowania na nowo. Jeśli krytykował społeczeństwo, to głównie potencjalnego ówczesnego odbiorcę sztuki, czyli polskiego szlachcica, który w swojej masie był antyintelektualny, a w sztuce poszukiwał dokładnie tego, czego dziś szukają odbiorcy pop kultury – rozrywki. To jemu Norwid zarzucał, że hołduje nawykowi  "czytań łatwych i pisań lekkomyślnych" i  tłumaczył, że „Ojczyzna jest to wielki – zbiorowy - Obowiązek”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest to zarazem odpowiedź na Pańskie pytanie: Czy nie lepiej by było trochę mniej tożsamości, ciut mniej patriotyzmu, a więcej człowieczeństwa? Nic bowiem nie stoi na przeszkodzie, by człowieczeństwo służyło narodowi i krajowi.   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pisze Pan, że kochać można kraj raczej, niż naród. A ja twierdzę, że trudno jest to oddzielić, gdy krajem tym jest własna Ojczyzna. Wie Pan, ja kocham Italię. Nie waham się tak powiedzieć, bo moje uczucia do tego kraju są zbyt silne, by dało się je zamknąć w określeniu „lubię”.  Lubię Francję czy Hiszpanię, na swój sposób lubię też Monaco, Węgry, Litwę czy Danię. &lt;br /&gt;Ale Italia to osobna historia; za dużo by mówić. A jednak, choć kocham ten kraj, to Włochów jedynie lubię i nie czuję się częścią ich społeczności, choć ich kraj to dla mnie niemal jak drugi dom. I na tym przykładzie najlepiej widoczna jest różnica między Ojczyzną a innym krajem, który się kocha. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ojczyzny nie da się oddzielić od narodu, bo to nie tylko ziemia, ale i (a może i przede wszystkim) tradycja, historia, kultura – to wszystko, co naród wytworzył przez wieki swojego istnienia. Brak tej więzi czy kwestionowanie tego dorobku, to ucieczka od własnej tożsamości. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Społeczeństwo należy poddawać krytyce, jeśli na to zasługuje i należy je próbować zmieniać na miarę własnych możliwości. Taka zawsze była rola elit intelektualnych i artystycznych, które dziś zamieniły swoją tradycyjną powinność na blichtr życia salonowego. O to należy mieć do nich pretensję, a do społeczeństwa o to, że tak łatwo poddaje się manipulacjom. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale naród będzie trwał, dopóki będzie trwać w społeczeństwie pamięć. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To tylko myśliciele spod lewicowych sztandarów starają się przeciwstawić narodowi społeczeństwo obywatelskie wskazując na to, że więź narodowa może się łatwo przekształcić&lt;br /&gt;w nacjonalizm. Ja tu żadnej sprzeczności nie dostrzegam. W społeczeństwie obywatelskim jest miejsce także na narodową tożsamość.Tak więc, Panie Michale, już chyba wyjaśniłam, że ludzie, wśród których żyję, nie mogą stanowić dla mnie jedynie „części krajobrazu" (nadal tylko rozmawiamy) :) &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pyta mnie Pan także o PRL. Od czasu, gdy zaczęłam myśleć samodzielnie, nie mówiłam i nie pisałam o nim nigdy inaczej, jak właśnie PRL. Miałam pełną świadomość, że żyję na polskiej ziemi i jestem integralną częścią polskiego narodu, ale miałam też i tę świadomość, że to nie jest MOJA POLSKA. Ta moja była w sercu, tak samo jak była w sercach innych rodaków i tak samo, jak jest teraz. I czekała, by mogła zaistnieć także poza nim. Byłam więc „u siebie” i „nie u siebie” zarazem. Nie wiem jaki przykład byłby tu najlepszy. Może taki, że wywłaszczają Pana przemocą&lt;br /&gt;z Pańskiego domu, ale nadal pozwalają w nim mieszkać, choć nie wolno już Panu malować ścian na ulubiony kolor, ani zmieniać mebli podług swojego gustu i potrzeb. Czy jest to nadal Pański dom, czy też nie? Wiem, że na pewno tęskniłby Pan za czasami, gdy dom był od początku do końca Pańską własnością. Jeśli by Pan pamiętał, to może próbowałby Pan odzyskać dawne status quo. Jeśli by Pan zapomniał, że może być inaczej, nie szukałby Pan rozwiązań wyjścia z tej sytuacji. Tak samo działa poczucie tożsamości narodowej, choć ta pamięć jest pamięcią zbiorową, a nie tylko indywidualną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; A mnie znów przychodzi na myśl Norwid...  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;em&gt;Dalej - dalej - aż kiedyś stoczyć się przyjdzie do grobu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I czeluście zobaczym czarne, co czyha za drogą,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Które aby przesadzić, Ludzkość nie znajdzie sposobu,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Włócznią twego rumaka zeprzem jak starą ostrogą... &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;I powleczem korowód, smęcąc ujęte snem grody,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W bramy bijąc urnami, gwizdając w szczerby toporów,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aż się mury Jerycha porozwalają jak kłody,&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Serca zmdlałe ocucą - pleśń z oczu zgarną narody... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy nie jest to jasne odwołanie do zbiorowej świadomości, do pamięci historycznej? Czy nie zostało to powiedziane wyraźnie, że bez odwołania się do naszych narodowych ideałów, o które przychodziło walczyć własną krwią (Włócznią twego rumaka zeprzem jak starą ostrogą...),  „Ludzkość nie znajdzie sposobu” na wydobycie się z otchłani zapomnienia i przyjdzie jej „stoczyć się do grobu”? Przecież generał Bem jest w tym wierszu uosobieniem bohaterstwa, realizacji wzniosłych ideałów i wielkiej historii, którą należy ocalić w naszej pamięci, bo to za jej przyczyną można „ocucić zmdlałe serca i zgarnąć pleśń z oczu”.&lt;br /&gt;  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Panie Michale, 123 lata zaborów i pół wieku totalitarnego zniewolenia, to czas narodzin prawie&lt;br /&gt;10 kolejnych pokoleń, przerwany jedynie okresem dwudziestolecia międzywojennego, gdy dane nam było odetchnąć wolnością. To wystarczająco dużo czasu, by zrujnować naród duchowo&lt;br /&gt;i moralnie, by go obezwładnić przekonaniem, że jest bezsilny i że niczego nie może zmienić.&lt;br /&gt;Jeśli mimo to nie pogrążyliśmy się w niebycie, to jedynie dlatego, że nie zagubiliśmy nigdy woli istnienia – właśnie jako naród, bo przecież po II wojnie światowej „swoje” państwo na mapie już mieliśmy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdzie bylibyśmy dzisiaj, gdybyśmy o Wolnej i Najjaśniejszej nie mówili zawsze z wielkiej litery?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wie Pan, czasem myślę, że naszym antenatom w jakimś sensie było łatwiej niż współczesnym znaleźć w sobie ten ogromny szacunek dla dokonań własnego narodu. Łatwiej, bo nie mieli nawet namiastki własnej państwowości. PRL niektórych zaślepił. Nie taka, jaką bym chciał, ale to moja Polska – uważali. A co mówić o tych, którzy nie „zasmakowali” nawet PRL? Dostali wolność bez najmniejszego starania. Nie rozumieją, że wolność jest jak miłość. Nie dostajemy jej raz na zawsze. Musimy ją pielęgnować i troszczyć się o nią, aby jej nie stracić. Bezmyślna wymiana naszych własnych wartości na cudze, bo te drugie wydają się nam wygodniejsze lub bardziej kolorowe, paradoksalnie, ogranicza naszą wolność, miast ją potęgować, a na szerszą skalę pozbawia nas poczucia przynależności do własnego narodu. Robimy wszystko, by się niczym nie różnić od innych, a gdy to osiągniemy, zaczynamy mówić z dumą, że jesteśmy Europejczykami lub kosmopolitami. Nie pamiętam już kto to kiedyś powiedział, ale to dobra ilustracja do tego procesu – &lt;em&gt;„Śmiejecie się ze mnie, bo jestem inny, a ja śmieję się z was, bo jesteście wszyscy jednakowi”. &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;George Byron pisał w „Giaurze” -&lt;em&gt;  „Walka o wolność, gdy raz się zaczyna spada z krwią ojca dziedzictwem na syna”.&lt;/em&gt; I to jest prawda. Dziś ważna część naszej walki o wolność to Pamięć. Wdzięczna Pamięć. A druga ważna część, to Prawda.  A co my, jako społeczeństwo, robimy z naszą odzyskaną wolnością? Ksiądz Tischner zadawał to pytanie: &lt;em&gt;„W dzisiejszym świecie nie wolność jest problemem. Wolność już jest. Pozostało pytanie: co zrobić z wolnością?”&lt;/em&gt;, a Jan Paweł II dopowiadał: &lt;em&gt;„Wolności nie można tylko posiadać, nie można jej zużywać. Trzeba ją stale zdobywać i tworzyć przez prawdę”. &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W czasach wolności społeczeństwu jako całości zawsze milsza będzie myśl o konsumowaniu tej wolności, bez oglądania się na trudną przeszłość i bez zatroskania o przyszłość rozumianą szerzej, niźli tylko przyszłość indywidualna. I to nawet wtedy, gdy będą to robić w takt słów swojej ulubionej piosenki „Na miły Bóg, życie nie tylko po to jest by brać, życie nie po to by bezczynnie stać, lecz aby żyć, siebie samego trzeba dać”.  To jest właśnie rola elit intelektualnych, by podtrzymywać świadomość narodową. Mnie dziś ogarnia niepokój, gdy najlepiej słyszalne wśród ludzi młodych zdają się być te głosy, które podnoszą, ze „dosyć już grobów i krzyży”, bo trzeba żyć teraźniejszością. Nie rozumiem dlaczego nie można by tych dwóch aspektów życia połączyć. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może to zresztą specyficzny rys społeczeństwa na każdym etapie jego rozwoju? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Norwid ubolewał:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;em&gt;Syn — minie pismo, lecz ty spomnisz, wnuku,&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;Co znika dzisiaj (iż czytane pędem)&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;Z&lt;/em&gt;&lt;em&gt;a panowania Panteizmu-druku, &lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;Pod ołowianej litery urzędem — &lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;I jak zdarzało się na rzymskim bruku,&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Mając pod stopy katakomb korytarz, &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nad czołem słońce i jaw, ufny w błędzie, &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak znów odczyta on, co ty dziś czytasz, &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale on spomni mnie... bo mnie nie będzie!  &lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może to tak już jakoś jest, że napomnienia współczesnych są słabo słyszalne i dopiero wnuki potrafią docenić ich wartość? Oby tylko nie było za późno.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-5110686483104294199?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/5110686483104294199/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=5110686483104294199&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/5110686483104294199'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/5110686483104294199'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2009/09/porozmawiajmy-zatem.html' title='Porozmawiajmy zatem'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/Sr8vTaxGaiI/AAAAAAAAACU/I9x1tTXRtA0/s72-c/Maki.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-1498518145580305360</id><published>2008-03-03T09:54:00.000-08:00</published><updated>2008-03-03T10:01:34.923-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='magia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='światło'/><title type='text'>Magia wspomnień zaklęta w światło...</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp0.blogger.com/_ndwkeBQt5P0/R8w8CUHRmsI/AAAAAAAAAA0/vWTfDQQFLic/s1600-h/sunlight-forest-01.jpg"&gt;&lt;img src="http://bp0.blogger.com/_ndwkeBQt5P0/R8w8CUHRmsI/AAAAAAAAAA0/vWTfDQQFLic/s200/sunlight-forest-01.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5173576082398485186" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;i&gt; Mam kilka całkiem własnych, zaklętych kręgów światła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszy...  to ciepły, złocisty krąg, jaki dawała stara lampa w domu, którego już nie ma. Stała przy obszernym fotelu, na którym lubiłam siadać z podkurczonymi nogami, owinięta kocem i z książką. Bardzo często tą książką były moje ulubione bajki z dzieciństwa. Ten krąg pozwalał mi zapomnieć o całym świecie, który kręcił się wokół mnie ze swoimi radościami i problemami, ale do mnie dochodziły zeń tylko jakieś odległe odgłosy. Ja wchodziłam w świat, gdzie na powrót stawałam się małym dzieckiem. Moja rodzina wiedziała wtedy, że nie istnieję. Nie warto było do mnie mówić, bo albo wcale nie słyszałam, albo patrzyłam nieprzytomnym wzrokiem i odpowiadałam coś od rzeczy :) Nawet pies to rozumiał. Kładł się przy mnie na podłodze, albo siedział, układając mi głowę na kolanach i patrząc na mnie swoimi brązowymi oczyma. Potem ten psi łeb robił się coraz cięższy i cięższy... A ja w tym świetle i cieple&lt;br /&gt;witałam się ze Znajduszkiem, smutnym Księciem, Panią z czerwoną parasolką i panem Polikarpem z nieodłącznym fularem w tylnej kieszeni surduta...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drugi krąg światła łączył się z Bożym Narodzeniem. Małe, kolorowe, choinkowe lampki wieszałam nie tylko na choince, ale i na girlandach nad drzwiami i na girlandzie oplatającej ciężki marmurowy żyrandol z „łapami” z brązu, który na łańcuchach wisiał nad naszym stołem. Aż do zdjęcia tych ozdób opuszczałam sypialnię i spałam na kanapie w tym pokoju :) Uwielbiałam zasypiać w świetle tych kolorowych maleńkich lampioników. Przychodziły wtedy do mnie najpiękniejsze, kolorowe sny. I to dziwactwo rodzina także przyjmowała ze stoickim spokojem :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeci... odblask lampki nocnej na spokojnych twarzyczkach moich dzieci. Chorowały wtedy obie na wirusowe zapalenie płuc. Okropnie długo. To była pierwsza spokojna noc...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czwarty... to taki nieduży promień słońca, który nagle wypadł spomiędzy drzew i prześwitywał przez włosy kogoś bardzo kochanego. To dziwne jak dokładnie zapadł mi w pamięć kolor tych włosów poplątanych ze słonecznym światłem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piąty... niewielki krąg światła rzucany przez wiszącą nad głowami lampkę, w zatłoczonej i gwarnej knajpce. Krąg, który zamknął swoją przestrzenią tylko dwie zbliżone do siebie twarze. Nie było wtedy nikogo i niczego innego w tej knajpce...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szósty... otwierający się nad horyzontem krąg nowego dnia, jakie daje wschodzące na różowo słońce, rozpraszane przez opary unoszące się nad nieruchomą taflą jeziora. Powoli wydobywane z mroku zarysy drzew. Przenikliwy chłód ciągnący od wody i senność powiek wyrwanych ze snu tylko po to, by zobaczyć to wschodzące słońce we dwoje...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siódmy... rozświetlone pasma spadających gwiazd. Chwilowe mosty łączące niebo z taflą wody. Za krótkie, by zdążyły się po nich wznieść wszystkie wypowiadane życzenia. Może niektóre z nich zdążyły...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ósmy... niewidzialny krąg światła, bo widział go tylko on. Na moich włosach. Powiedział: masz włosy całe ze złota, a ja, spoglądając w jego oczy, zrozumiałam, że mówi prawdę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziewiąty... złośliwy krąg, bo oświetlał moje skręcone w pierścionki na deszczu włosy. Wiedziałam, że muszę wyglądać okropnie, ale oczy mojego ukochanego chłopaka mówiły mi co innego. Wtedy zrozumiałam, że kompletnie nie ma gustu... :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziesiąty... trochę kiczowaty krąg światła rzucany przez różowy abażur małej lampki na kraciasty koc przykrywający kaleką, pozbawioną nóg, starą kanapę, z której została tylko tapicerowana góra. Była dosyć niewygodna, ale i tak było to najlepsze miejsce do siedzenia w wynajmowanym pokoju, który musiał zastąpić prawdziwe, własne mieszkanie. Można było zamknąć się w tym kręgu przed całą resztą świata, a kicz zamieniał się w czarodziejską poświatę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedenasty... przestrzeń pomiędzy szafą na książki, niziutką szafką, na której stoi rozświetlona choinka, a ścianą z uczepionym do niej, dodatkowym sznurem lampek. Przestrzeń z zamkniętym w niej, drżącym kręgiem światła rzucanym przez migające kolorowe punkciki lampek. Przestrzeń zarazem moja i nie moja.&lt;br /&gt;A może jednak moja... bo dająca nadzieję na nowy początek?...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwunasty... dopiero na niego czekam. Pojawi się kiedyś. Jak zawsze niespodziewanie i zupełnie nie wiadomo gdzie. Ale na pewno się pojawi... :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-1498518145580305360?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/1498518145580305360/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=1498518145580305360&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/1498518145580305360'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/1498518145580305360'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2008/03/magia-wspomnie-zaklta-w-wiato.html' title='Magia wspomnień zaklęta w światło...'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp0.blogger.com/_ndwkeBQt5P0/R8w8CUHRmsI/AAAAAAAAAA0/vWTfDQQFLic/s72-c/sunlight-forest-01.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-5440697192987940721</id><published>2008-02-26T16:34:00.000-08:00</published><updated>2008-02-26T16:41:56.038-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pałac'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dzieciństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='strych'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wspomnienie'/><title type='text'>Pałac na strychu</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp2.blogger.com/_ndwkeBQt5P0/R8SxSu5OfYI/AAAAAAAAAAs/WOtw1smdURs/s1600-h/attic.jpg"&gt;&lt;img src="http://bp2.blogger.com/_ndwkeBQt5P0/R8SxSu5OfYI/AAAAAAAAAAs/WOtw1smdURs/s200/attic.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5171453207511989634" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Miałam kilka lat i mieszkałam wtedy w Sopocie. To była stara willa wciśnięta w zieleń rozłożystych drzew rosnących ciasno w wąskiej uliczce, niedaleko od głównej arterii miasta – dziś promenady im. Bohaterów Monte Cassino, zwanej pieszczotliwie przez mieszkańców Monciakiem.&lt;br /&gt;Niewiele pamiętam z tamtych lat prócz tego, że nie mieszkały w tym domu żadne dzieci, a mnie dla rozrywki zabierano  na spacery na Dziurawe Deski i na jakiś plac zabaw, gdzie mogłam pobawić się z rówieśnikami.  Lubiłam te wycieczki, bo drodze można było po raz kolejny nieodmiennie zachwycić się Kolorową Wodą. Dziurawe Deski, to było moje własne, opisowe określenie na sopockie molo. Oczywiście deski nie były dziurawe, ale ułożone w taki sposób, że między nimi pozostawały szersze lub węższe szczeliny, przez które prześwitywała woda. Bałam się tej wody, bo jeśli nawet morze widziane z plaży było błękitne i spokojne, to woda oglądana przez te szczeliny wyglądała groźnie – była ciemna, falowała i marszczyła się, jakby tylko czyhała na połknięcie takiego niedużego stworzonka, jak ja. Szłam więc pełna niepokoju czy te deski się pode mną nagle nie załamią i starałam się nie patrzeć pod nogi.&lt;br /&gt;To był główny powód, dla którego moje kolana były wiecznie oklejone plastrami :) Chyba jednak potrzebowałam tego łyku adrenaliny, bo wycieczki na molo były moimi ulubionymi. Kolorowa Woda była po prostu fontanną podświetloną barwnymi reflektorami. Najpiękniej wyglądała oczywiście wieczorem. W dzień niczym bowiem nie różniła się od innych, zwyczajnych fontann. Rzadko miałam okazję widzieć ją w wieczornej, pełnej krasie. Może dlatego myślałam, że woda w niej jest zaczarowana i czasami zaczyna być kolorowa z jakieś tajemniczej przyczyny. Vis a vis fontanny, do kamienicy przytulała się jednym bokiem przybudówka - niewielka lodziarnia nazywana przeze mnie Zieloną Budką z racji koloru jej drewnianych ścian. Sprzedawano w niej najlepsze na świecie lody cytrynowe. Niewątpliwie poza cytrynowymi były i inne, ale dla mnie te inne nie istniały.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stara willa podzielona została po wojnie na kilka odrębnych mieszkań (3 albo 4, o ile dobrze pamiętam). My mieszkaliśmy na pierwszym piętrze. Wyżej prowadziły drewniane schody, na których końcu znajdowały się odrapane drzwi. Za nimi był &lt;/i&gt;&lt;i&gt;praktycznie &lt;/i&gt;&lt;i&gt;nie używany, straszliwie zagracony strych, o czym na początku nie wiedziałam. Nikt tam nie chodził, bo i nie było po co. Bardzo często wpatrywałam się w te drzwi, siedząc w moim ulubionym miejscu na półpiętrze klatki schodowej. Dlaczego właśnie tam? Bo było tam okrągłe okienko, przez które świat wyglądał jakoś inaczej niż widziany przez zwykłe, prostokątne okna. Wpatrywałam się w drzwi, ale za nic w świecie nie spróbowałabym ich otworzyć. Od niedawna znałam baśnie braci Grimm, a wśród nich baśń o Sinobrodym, który jako żywo mógłby być pierwowzorem seryjnego mordercy. Zabijał swoje kolejne żony za to, że otwierały mimo zakazu tajemne drzwi, za którymi w niszach stały zwłoki wszystkich jego poprzednich nieposłusznych małżonek i w ten sposób koszmarna „kolekcja” ciągle się powiększała.&lt;br /&gt;Byłam niemal pewna, że owe drzwi u szczytu schodów kryją podobną, straszliwą tajemnicę. Wreszcie jednak ta tajemnica stanęła przede mną otworem, a wydarzenie to przeniosło mnie do zupełnie nowego dla mnie świata. Powód był banalny – niepotrzebna już nikomu etażerka, której „żal wyrzucić, bo może się jeszcze kiedyś przyda”. Ku mojemu zdziwieniu, mama udała się z tą etażerką prosto do tajemniczych drzwi, które nawet nie były zamknięte na klucz, a ja, trzymając się kurczowo jej sukienki, ostrożnie próbowałam rozejrzeć się po ciemnym pomieszczeniu.&lt;br /&gt;Było w nim tylko jedno okienko, bliźniaczo podobne do tego z półpiętra.&lt;br /&gt;Mój wzrok powoli przystosowywał się do niewielkiej ilości światła, jaka przesączała się przez brudną, zasłoniętą pajęczynami jak firanką, szybę i zaczynał rozpoznawać kolejne przedmioty. Dostrzegłam stary kuchenny kredens, który pod grubą warstwą kurzu był chyba biały i tuż obok niego toaletkę z pękniętym na pół lustrem, a pod przeciwległą ścianą stojący ukośnie, z racji swego kulawego na jedną nogę kalectwa, fotel. Poza tym mnóstwo było tam innych, nie zidentyfikowanych przeze mnie przedmiotów. Tyle udało mi się spostrzec za pierwszym razem. Potem wracałam na ten strych coraz częściej, codziennie odkrywając na nim coś nowego.&lt;br /&gt;Czułam się jak prawdziwy poszukiwacz skarbów, którego łupem stały się kolejno drewniane, bogato rzeźbione szachy w dziwnym, skórzanym, czarnym pudełku w białe kropki, lampa naftowa na podstawce z brązu, szlifowana szklana szkatułka na sypki puder i dziwne drewniane urządzenie z kółkiem, którego nazwy dowiedziałam się dużo później – kołowrotek. Gdybym to wiedziała już wtedy, pewnie koniecznie chciałabym ukłuć się wrzecionem, by zamienić się w Śpiącą Królewnę :)&lt;br /&gt;Odkryłam też wielki kufer podróżny z metalowymi okuciami, zapinany na dwa skórzane pasy. Pomagał nam potem w kolejnych przeprowadzkach, a potem znów lądował na strychach. Dopiero w moim własnym domu awansował do roli mebla pokojowego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Strych z okrągłym okienkiem stał się szybko moim pałacem. Znosiłam tam wszystkie swoje największe skarby i starannie układałam je w szufladkach starej toaletki. W krótkim czasie zapełniły się muszelkami i kolorowymi kamykami, których nie pozwalano mi przynosić do domu, bo ponoć zwiastowały „kamienny”, czyli trudny los. Dołączyły do nich znajdowane na plaży brązowe szkiełka, tak doskonale oszlifowane przez piasek i morską wodę, że podtrzymywały moją niezłomną wiarę w ich „bursztynowość”.&lt;br /&gt;Moje nowe Królestwo udało mi się zachować w zupełnej tajemnicy.&lt;br /&gt;Byłam w nim jak mała samotna królewna na Szklanej Górze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem widziałam w swoim życiu jeszcze wiele strychów, ale żaden z nich nie przypominał już pała&lt;/i&gt;&lt;i&gt;cu.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chodź, wybierzemy się na strych oboje,&lt;br /&gt;W starą dżunglę nad naszym pokojem,&lt;br /&gt;Gdzie nietoperz zwisa&lt;br /&gt;Soplem z pluszu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Strych: misterium.&lt;br /&gt;Głucha podświadomość&lt;br /&gt;Gwarnych ludźmi roztargnionych domów,&lt;br /&gt;Środek między: "émouvant" i "louche"...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sznury, na nich zwieszone upiory,&lt;br /&gt;Duszne tchnieniem krochmalu i pary,&lt;br /&gt;Wejściem naszym&lt;br /&gt;jakby zaskoczone...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na podłodze twardy, gorzko-słodki&lt;br /&gt;Pokład z jabłek wiezie nas jak wrotki&lt;br /&gt;Po raz pierwszy w życiu&lt;br /&gt;Przymierzone.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drzemią kufry, które czas wysuszył,&lt;br /&gt;Ziewa pudło pełne kapeluszy,&lt;br /&gt;Z czasów, kiedy najdroższy był&lt;br /&gt;Herse...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trocinowy malarski manekin&lt;br /&gt;Skrzypi, wzdycha z goryczą kaleki,&lt;br /&gt;Żyje jeszcze,&lt;br /&gt;Bo mysz ma za serce [...]&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-5440697192987940721?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/5440697192987940721/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=5440697192987940721&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/5440697192987940721'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/5440697192987940721'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2008/02/paac-na-strychu.html' title='Pałac na strychu'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp2.blogger.com/_ndwkeBQt5P0/R8SxSu5OfYI/AAAAAAAAAAs/WOtw1smdURs/s72-c/attic.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-1064682280415056692</id><published>2008-01-25T08:21:00.000-08:00</published><updated>2008-01-25T08:30:37.410-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='racjonalizm'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wolność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Powstanie Styczniowe'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabory'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='serwilizm'/><title type='text'>Polski fortepian</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp1.blogger.com/_ndwkeBQt5P0/R5oOi4YalVI/AAAAAAAAAAk/r8e85s6Xr5o/s1600-h/fortepian.jpg"&gt;&lt;img src="http://bp1.blogger.com/_ndwkeBQt5P0/R5oOi4YalVI/AAAAAAAAAAk/r8e85s6Xr5o/s200/fortepian.jpg" border="0" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5159452315519456594" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;i&gt; Od lat, w rocznice kolejnych zrywów wolnościowych pojawia się wciąż ta sama dyskusja pomiędzy zwolennikami chłodnej kalkulacji zysków i strat, dla których każde nieudane powstanie jest symbolem co najmniej głupoty, a czasem wręcz „zbrodni na narodzie”, a tymi, którzy czują wewnętrzną potrzebę uszanowania pamięci tych, którzy walczyli o wolność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ci pierwsi, na ogół podkreślają, że szeregowym powstańcom oddają hołd, a jedynie dowódców oskarżają o głupotę i nieodpowiedzialność. Przyznaję, że nie bardzo rozumiem konieczność takiego rozróżnienia. Wszak decyzje o powstaniach zapadały nie, jak to pisze Łukasz Warzecha w swoim blogu na Salonie24 - bezrefleksyjnie i beż żadnej kalkulacji, ale właśnie skutkiem kalkulacji NIE TYLKO okoliczności zewnętrznych lecz także świadomości i nastawienia przyszłych powstańców oraz nastrojów społecznych. Żeby nie być gołosłownym, przyjrzyjmy się skrótowo okolicznościom wybuchu kolejnych powstań.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już I rozbiór Rzeczpospolitej, w XVIII w., dawał jasność, że państwa ościenne będą dążyć do całkowitej likwidacji naszego państwa. Początkowe przygnębienie zamieniło się wkrótce w chęć podjęcia walki w imię odzyskania niepodległości. Dążenia te były powszechne i pojawiły się jednocześnie w różnych stronach Polski – od Warszawy, przez Kraków, po Wilno i aż po polską emigrację. Myśli o powstaniu nasiliły się w rok później,  po II rozbiorze, kiedy to rosyjski okupant postanowił zredukować wojsko polskie do liczby 15 tys.  żołnierzy, podczas gdy liczebność armii rosyjskiej okupującej terytorium Polski sięgała 40 tys. Prawdopodobnie była to prowokacja, która miała dać asumpt do całkowitego spacyfikowania buntujących się Polaków. Prowokacja udana – bo rezultatem była&lt;strong&gt; Insurekcja Kościuszkowska.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;I rzecz dziwna – to powstanie nie miało żadnych szans zwycięstwa, po nim dokonał się ostateczny podział Rzeczpospolitej, a jednak nikt nie kwestionuje jego moralnego znaczenia dla narodu, zdając sobie sprawę z roli, jaki odegrało dla zespolenia narodu i ochronienia jego tożsamości w obliczu kompletnej obojętności Europy wobec tragedii narodu polskiego.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Później nastąpiły próby odzyskania wolności poprzez związanie się z Napoleonem Bonaparte. Jego wyprawa na Rosję zakończyła się klęską i zniweczeniem nadziei na odzyskanie naszych ziem. A jednak znów nikt nie mówi o braku refleksji i głupocie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piętnaście lat później wybuchło &lt;strong&gt;Powstanie Listopadowe&lt;/strong&gt;, do którego przyczyniła się dodatkowo  polityka cara Aleksandra i jego następcy, Mikołaja, nagminnie łamiących  postanowienia konstytucji. Okazało się m.in., ze tzw. „legalna opozycja” w osobach posłów na Sejm, która posługiwała się metodami zgodnymi z obowiązującym prawem, nie przyniosła żadnego skutku, bowiem Aleksander I już w 1820 roku polecił nie zwoływać Sejmu, który okazał się za bardzo niezależny. Obrady przywrócono dopiero w 1825 roku, jednak wówczas nie wpuszczono na salę posłów opozycji i utajniano obrady.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Daję to pod rozwagę tym, którzy „głupocie” zrywów powstańczych przeciwstawiają „mądrość” i „chłodną kalkulację”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powstanie Listopadowe zresztą było wyjątkowo dobrze „wykalkulowane” i przygotowane. Mieliśmy własny rząd oraz regularne, uzbrojone i  doskonale wyćwiczone wojsko, a do walki zgłaszali się ochotnicy nie tylko z zaboru rosyjskiego,  ale także przedzierali się z obu pozostałych.&lt;br /&gt;Mimo to, skończyło się ono klęską. Nie pomógł zapał ludności ani męstwo i bohaterstwo wojska. Nie pomogły też sensowne kalkulacje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Wiosna Ludów&lt;/strong&gt;, podczas której Polacy znów włączyli się do walki o swoją niepodległość, także nie przyniosła nam żadnych wymiernych efektów – ani piędzi ziemi więcej, a jedynie na dziesięć kolejnych lat rozpętała w zaborach jeszcze surowsze antypolskie represje. Jednak sprawiła, że w Europie przypomniano sobie o Polsce i znów zaczęto mówić o jej niepodległości. Zatem czym był powodowany udział Polaków w Wiośnie Ludów? Głupotą? Bezrefleksyjnością? Chłodną kalkulacją? Jaki był wynik zysków i strat?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Minęło kolejnych 15 lat zanim wybuchło następne powstanie – to, które najchętniej uznaje się (obok Powstania Warszawskiego) za szaleństwo, głupotę i zbrodnię przeciwko narodowi - &lt;strong&gt;Powstanie Styczniowe.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Bo – podobno – źle skalkulowane. Przyjrzyjmy się jednak dokładniej okolicznościom, które mu towarzyszyły. Przede wszystkim przegrana Rosji w wojnie krymskiej wydawała się świadczyć o jej chwilowej słabości. Wprowadzenie zaś przez cara Aleksandra II pewnych reform ustrojowych zdawało się tę jej słabość potwierdzać. Taka przynajmniej nadzieja zaświtała w głowach zniewolonych. Śmierć Mikołaja I, pogromcy Powstania Listopadowego, była czynnikiem emocjonalnym, który tę nadzieję dodatkowo podtrzymywał. Od kilku lat istniały już organizacje spiskowe. Wiele z nich prowadziło tajne szkolenia wojskowe dla młodzieży. W społeczeństwie narastały nastroje patriotyczne i wolnościowe. W latach 1860-1861 spontanicznie rodziły się wielkie manifestacje uliczne. Car był zdecydowany na zbombardowanie Warszawy z Cytadeli, gdyby nie udało się rozpędzić manifestacji przy pomocy rosyjskiego wojska. Pierwsze ofiary padły na Krakowskim Przedmieściu w lutym 1861 roku, gdy wojsko zaczęło strzelać do manifestantów. Ich pogrzeb przekształcił się w kolejną manifestację, a demonstracje i nabożeństwa żałobne poświęcone ich pamięci były organizowane w innych regionach. Aleksander II poczynił zatem pewne ustępstwa, co z jednej strony zostało odczytane jako jego słabość, z drugiej zaś ocenione jako posunięcia li tylko taktyczne, służące wyłącznie odsunięciu na jakiś czas groźby powstania.&lt;br /&gt;Ocena była słuszna skoro już w kwietniu wojsko carskie ostrzelało bezbronnych ludzi, zabijając 100 osób i raniąc kilkaset. Wzmogły się także represje i aresztowano nawet za noszenie stroju narodowego lub śpiewanie pieśni patriotycznych. W przeddzień rocznicy śmierci Tadeusza Kościuszki rosyjski namiestnik gen. Karol hr. Lambert wprowadził stan wojenny, co zresztą nie powstrzymało warszawiaków przed manifestacją. Oczywiście została ona rozbita, a wojsko rosyjskie nie zawahało się przed wywlekaniem ludzi z kościołów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Być może to właśnie naruszenie sfery sacrum spowodowało, że dla powstańca styczniowego  patriotyzm splótł się z katolicyzmem do tego stopnia, że sam niemal stał się religią (na marginesie – być może właśnie ten atrybut powstania styczniowego jest jednym z istotnych powodów jego totalnej krytyki).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Warto zwrócić uwagę, iż mimo tych okoliczności, powstanie nie wybuchło natychmiast, ale planowano je na wiosnę 1863 roku. W końcu 1862 r. struktury konspiracyjne „czerwonych” obejmowały już prawie 25 tys. członków. Powstańcom wciąż jednak brakowało broni i amunicji. &lt;/i&gt;&lt;i&gt;W tym kontekście pomysł Wielopolskiego dotyczący „branki”, której jedynym celem było sparaliżowanie działalności organizacji spiskowych, nie może być oceniony inaczej, jak tylko jako zdrada polskich idei wolnościowych.&lt;/i&gt;&lt;i&gt;&lt;strong&gt;  &lt;/strong&gt;Jaki bowiem czas byłby lepiej skalkulowany?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polska nie miała już wtedy własnego wojska i nie można było liczyć na to, ze będzie je mieć kiedykolwiek z łaski zaborcy. Młodzi Polacy wcieleni do wojska carskiego na 25 lat w wyniku „branki” nie mieli być przecież chronieni, ale ginąć w walkach w nie swojej sprawie, broniąc interesów swojego ciemiężcy. Temu, że powstanie było „głupotą i zbędną bohaterszczyzną” przeczy chociażby fakt, iż po kilku tygodniach  przyłączyli się do niego także przeciwni mu początkowo "biali", przejmując zresztą w krótkim czasie kierownictwo powstania.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;W tym, że powstanie zakończyło się klęską, ma swój wymierny udział Wielopolski, który spowodował przyspieszenie jego wybuchu. Najwidoczniej nie rozumiał, do czego zdolny jest człowiek, któremu nagle odbiera się wszelką nadzieję.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polskie zrywy niepodległościowe, w czasach, gdy Polski nie było na mapie Europy,  przez całe pokolenia były jedyną informacją dla innych narodów, że wciąż jeszcze istniejemy. A dla Polaków, pielęgnowana z czcią pamięć o nich, była źródłem nadziei, że „nie zginęła Polska, póki my żyjemy”.&lt;br /&gt;W czasach niewoli nadzieję daje nie myśl o zdolnych reformatorach i sprytnych zarządcach, ale o bohaterach, dla których wolność była ważniejsza od życia. To na nich się czeka, bo tylko oni tę upragnioną wolność mogą przynieść. Jeśli jeszcze nie tym razem, to może następnym. Tylko z taką myślą i taką pamięcią systematycznie niszczony naród może przetrwać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;strong&gt;&lt;i&gt;Racjonalizm, jeśli już chcemy mu się poddać, nie powinien polegać na całkowitym odrzucaniu nieracjonalnej części naszego człowieczeństwa, w której przecież jest miejsce dla miłości, pasji czy nawet poświęcenia. &lt;/i&gt;&lt;/strong&gt;&lt;i&gt;Powinien natomiast otwierać oczy na to, że nie wszystkie aspekty oceny zdarzeń historycznych dadzą się łatwo położyć na szale. Nie zawsze można pominąć emocje uczestników tych zdarzeń, szczególnie wtedy, gdy nie ma możliwości, by je zweryfikować. Należy pamiętać, że decyzje dowódców były podejmowane w sytuacji odmiennej niż współczesna, bez znajomości późniejszych konsekwencji, które nie zawsze dawały się przewidzieć i nie zawsze czynnikiem decydującym była dobrze skalkulowana „szansa powodzenia”. Czasem o terminie wybuchu powstania przesądzał jakiś nieoczekiwany zwrot sytuacji. Gdyby wszystko zawsze dało się obliczyć i przewidzieć, nie byłoby przegranych bitew. Nie jesteśmy też w stanie przeprowadzić symulacji pokazującej, jak wyglądałaby nasza sytuacja, gdyby te wszystkie powstania nie miały miejsca. Możemy jedynie spekulować. Wątpię w to, że bierna akceptacja stanu niewolnictwa byłaby lepszym rozwiązaniem.  W tym kontekście stanowcza ocena, że coś było „głupotą” może świadczyć jedynie o naszym braku wyobraźni.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Cyprian Kamil Norwid pisał:&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Patrz!... z zaułków w zaułki&lt;br /&gt;Kaukaskie się konie rwą -&lt;br /&gt;Jak przed burzą jaskółki,&lt;br /&gt;Wyśmigając przed pułki:&lt;br /&gt;Po sto - po sto - -&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Gmach - zajął się ogniem, przygasł znów,&lt;br /&gt;Zapłonął znów - - i oto - pod ścianę -&lt;br /&gt;Widzę czoła ożałobionych wdów&lt;br /&gt;Kolbami pchane - -&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I znów widzę, acz dymem oślepian,&lt;br /&gt;Jak przez ganku kolumny&lt;br /&gt;Sprzęt podobny do trumny&lt;br /&gt;Wydźwigają... runął... runął - Twój fortepian!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ten!... co Polskę głosił - od zenitu&lt;br /&gt;Wszechdoskonałości dziejów&lt;br /&gt;Wziętą hymnem zachwytu -&lt;br /&gt;Polskę - przemienionych kołodziejów:&lt;br /&gt;Ten sam - runął - na bruki - z granitu!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lecz Ty? - lecz ja? - uderzmy w sądne pienie,&lt;br /&gt;Nawołując: "Ciesz się późny wnuku!...&lt;br /&gt;Jękły głuche kamienie -&lt;br /&gt;Ideał sięgnął bruku - - "&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Polska miała być wdeptana w ziemię. Nasze ideały, nasze pragnienia, wolność, jaka należna jest każdemu człowiekowi, były nam odbierane przemocą, były bezczeszczone.&lt;br /&gt;Nie było miejsca na    n e g o c j a c j e    czy   k o m p r o m i s y.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Na barykadzie nie dało się siedzieć okrakiem, gdy zagrożony był absolutnie podstawowy BYT narodowy. To wielkie szczęście, że w naszym narodzie rodzili się ludzie, którzy za cenę własnego życia nie pozwalali nam zapomnieć, że jesteśmy Polakami, przypominali o poczuciu ludzkiej godności i niezłomnej niezgodzie na potulny serwilizm.&lt;/i&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3702248230342071766-1064682280415056692?l=ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/feeds/1064682280415056692/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3702248230342071766&amp;postID=1064682280415056692&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/1064682280415056692'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3702248230342071766/posts/default/1064682280415056692'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ellenai-kroplawolnosci.blogspot.com/2008/01/polski-fortepian.html' title='Polski fortepian'/><author><name>Ellenai</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10281050994468038677</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_ndwkeBQt5P0/SudgERtm1PI/AAAAAAAAALI/HPyU4Ig7UgU/S220/silence_by_donjuki.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp1.blogger.com/_ndwkeBQt5P0/R5oOi4YalVI/AAAAAAAAAAk/r8e85s6Xr5o/s72-c/fortepian.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3702248230342071766.post-5327849554726653269</id><published>2008-01-04T16:20:00.000-08:00</published><updated>2008-01-04T16:54:41.333-08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zima'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='jesień'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='cisza'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='lato'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wiosna'/><title type='text'>Na skraju ciszy</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://himalaisci.blox.pl/resource/snieg.jpg"&gt;&lt;img src="http://himalaisci.blox.pl/resource/snieg.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Między ciszą a ciszą sprawy się kołyszą, sprawy martwe i żywe, nie do końca prawdziwe. I idą,  i płyną, póki nie przeminą...&lt;/strong&gt;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;Między ciszą a ciszą mam na głowie dziesiątki problemów – dużych, małych i całkiem niewielkich. Próbuję je rozwikłać lub przynajmniej odnaleźć zagubioną gdzieś pomiędzy nimi nadzieję na przyszłość. Raz się to udaje lepiej, a raz gorzej. Biorę na siebie zbyt dużo, biegnę, pędzę, brakuje mi czasu, denerwuję się, że znów muszę coś przełożyć na później. Od czasu do czasu buntuję się, ordynuję sobie zwolnienie biegu  – i przynajmniej polityką postanawiam (który to już raz) się nie przejmować. Oczywiście udaje mi się to tylko przez chwilę.&lt;br /&gt;Dlatego lubię ten moment, gdy nadchodzi Cisza, uspokaja wzburzone, pędzące donikąd fale i spowalnia czas. Życie nabiera wtedy zupełnie innych smaków. Nagle nigdzie mi się nie spieszy, różne sprawy mogą sobie poczekać, problemy odpływają gdzieś w niebyt (skąd tylko dochodzą raz po raz ich pogróżki, że wcześniej czy później powrócą). Wiem, że same się nie rozwiążą, ale teraz niepodzielnie panuje Cisza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla swojego nadejścia, Cisza potrzebuje specjalnych okoliczności.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;&lt;strong&gt;WIOSNA&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Może to być nagłe, z twojego punktu widzenia nawet bezczelnie wręcz niespodziewane, nadejście wiosny. Biegniesz w pogoni za swoimi sprawami, wciąż jeszcze owinięta kożuchem i szalikiem, bo przez kilka ostatnich miesięcy zdążyłaś się już przyzwyczaić do przenikliwego wiatru i mrozu, a tu nagle czujesz jakieś ciepłe tchnienie niosące ze sobą zapach mokrej ziemi. Jest tak zaskakujące i niespodziewane, że odruchowo wciągasz powietrze najgłębiej jak potrafisz... i nagle przestaje istnieć wszelkie „muszę dziś jeszcze”, a pojawia się trudne do opanowania „chcę”. I nagle rozumiesz też, ze wcale nie musisz z nim walczyć. Nic nie musisz. CHCESZ natychmiast znaleźć się na skarpie wiślanej albo w Parku Skaryszewskim, albo w Łazienkach, by obejrzeć dokładnie pierwsze ślady zieleni. Jak najszybciej – żeby tylko nie przegapić tego, czego z utęsknieniem wyczekiwałaś przez długie zimowe miesiące, a o czym tylko akurat ostatnio jakoś dziwnie zapomniałaś. Po drodze jednak ”najszybciej” jest Ogród Saski, więc zapuszczasz się alejkę, myśląc zarazem: „Boże, jak długo tu nie zaglądałam”. Cieszysz się, widząc niezmiennie trwające na swoim miejscu białe posągi i tylko widok fontanny wprowadza cię w chwilową irytację: „Dlaczego ona wciąż jeszcze śpi?  Powinna przecież tryskać strumieniami wody”. Ale uspokajasz się. To jeszcze tylko chwila – może kilka dni, gdy znów ożyje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;LATO&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Może to być wyczekiwany od dawna wyjazd na wakacje. Jeszcze tylko trzeba upchnąć w walizce książki – na wszelki wypadek kilka, bo przecież inne na pogodę, a inne na niepogodę.&lt;br /&gt;Aparat fotograficzny dla zatrzymywania chwil w locie i ładowarka – jakże by inaczej? O! I jeszcze ten notatnik, bo a nuż zechce się coś napisać. Zamek już ledwo się dopina... I telefon komórkowy, bo przecież bez telefonu nie da się żyć. Na szczęście telefon – jak zwykle – do zawsze wypakowanej ponad wszelką miarę torebki. I wyruszamy. Po drodze kłębiące się w głowie pytania – czy zgasiłam ostatniego papierosa, czy też zostawiłam go dymiącego na brzegu popielniczki? Czy zamknęłam okna? A co z żelazkiem? Czy na pewno wyłączyłam żelazko? Czy zamknęłam drzwi także na ten dodatkowy zamek? A w pracy? Czy o czymś nie zapomniałam? Ja
